Wpisy archiwalne w kategorii
.Favero
| Dystans całkowity: | 8330.10 km (w terenie 241.89 km; 2.90%) |
| Czas w ruchu: | 362:43 |
| Średnia prędkość: | 22.97 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 70.40 km/h |
| Suma podjazdów: | 92569 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 171 (0 %) |
| Maks. tętno średnie: | 146 (0 %) |
| Suma kalorii: | 203605 kcal |
| Liczba aktywności: | 161 |
| Średnio na aktywność: | 51.74 km i 2h 15m |
| Więcej statystyk | |
Roam2Rome&Beyond, dz. 13, czyli zobaczyć Neapol i przeżyć ;-)
Noc na dziko upłynęła spokojnie, mimo kręcących się późnym wieczorem rybakow, którzy coś łowili siatką na motyle 🤣

Rano duża rosa i wszystko upaćkane w słonym piachu, bo to, na czym się rozbiłem, to nie była trawa, tylko jakby rzadkie skrzypy (?). No i przed 7 już lampa. Zwinąłem się bez jedzenia i o 8 ruszyłem.
Po 2 km postój w kawiarni na toaletę, założenie soczewek i kawę z cornetto crema limone. Pyszne! Spieszyć się nie musiałem, bo bilet do Piscina Mirabilis miałem na 10:30, to raptem 5 km. Czas wykorzystałem na zastanowienie się, czy chcę dokładniej zwiedzić Neapol. Doszedłem do wniosku, że trzeba dać mu szansę, a że znalazłem fajny booking (mieszkanko w samym centrum po 47!), to wziąłem dwie noce. Jakoś o 9:30 stamtąd ruszyłem.
Do Pisciny dotarłem krótko przed 10. Akurat otwierali i zgodzili się mnie wpuścić z wcześniejszą turą. Na którą składały się oprócz mnie... dwie osoby :-) Piscina niesamowita! 12000 m3 wody się tam mieściło, zbudowana 2000 lat temu! :o


Po zwiedzaniu byłem już głodny, więc najpierw trochę szukałem piekarni, a potem przejechałem z 10 km w stronę Neapolu szukając ławki w cieniu w celu śniadaniowym. Wreszcie się znalazła, i to z widokiem!

Potem już koszmar (KOSZMAR!) jazdy przez aglomerację. Kostka, bazaltowe bloki albo asfalt tak strasznie zniszczony, że jechać szybciej niz 16 kmh się po prostu nie dawało! Do tego chaotyczny ruch i straszny hałas. Ryk silników, trąbienie, krzyki... Mimo że miałem tylko 20 km na kwaterę, to jeszcze po drodze musiałem zrobić postój!
Kwatera w ścisłym centrum. Fajnie, ale trzeba się tam przedrzeć przez tłum. I trafić też ciężko. Ale okazała się super, więc uznajmy, że warto było :-)

Dotarłem jakoś po godz. 13 (jeszcze były małe zakupy w Todisie), po czym musiałem się umyć z piachu i soli i odpocząć. Na miasto wyszedłem o 16, ale już piechotą. Długi spacer po całym szerokim centrum zajął mi kilka godzin, ale odwiedziłem wszystkie miejsca, które chciałem, oprócz tych biletowanych, które sobie zostawiam na jutro. Miasto mroczne, chotyczne, gorące i halasliwe. Robi wrażenie i piechotą da się ogarnąć, ale męczy bardzo. Wróciłem wykończony ;-)


Dzielnica hiszpańska

Galeria Umberto I

Kościół San Francesco rżniety z bazyliki ŚP i z Pantheonu


Papież futbolu wiecznie żywy w Neapolu


Wpadłem też do szynku ;-)

Na cuoppo di mare
Jeszcze krótki wypad po pizzę na kolację (zdecydowanie wolę pizza romana!) i spać.

Rano duża rosa i wszystko upaćkane w słonym piachu, bo to, na czym się rozbiłem, to nie była trawa, tylko jakby rzadkie skrzypy (?). No i przed 7 już lampa. Zwinąłem się bez jedzenia i o 8 ruszyłem.
Po 2 km postój w kawiarni na toaletę, założenie soczewek i kawę z cornetto crema limone. Pyszne! Spieszyć się nie musiałem, bo bilet do Piscina Mirabilis miałem na 10:30, to raptem 5 km. Czas wykorzystałem na zastanowienie się, czy chcę dokładniej zwiedzić Neapol. Doszedłem do wniosku, że trzeba dać mu szansę, a że znalazłem fajny booking (mieszkanko w samym centrum po 47!), to wziąłem dwie noce. Jakoś o 9:30 stamtąd ruszyłem.
Do Pisciny dotarłem krótko przed 10. Akurat otwierali i zgodzili się mnie wpuścić z wcześniejszą turą. Na którą składały się oprócz mnie... dwie osoby :-) Piscina niesamowita! 12000 m3 wody się tam mieściło, zbudowana 2000 lat temu! :o


Po zwiedzaniu byłem już głodny, więc najpierw trochę szukałem piekarni, a potem przejechałem z 10 km w stronę Neapolu szukając ławki w cieniu w celu śniadaniowym. Wreszcie się znalazła, i to z widokiem!

Potem już koszmar (KOSZMAR!) jazdy przez aglomerację. Kostka, bazaltowe bloki albo asfalt tak strasznie zniszczony, że jechać szybciej niz 16 kmh się po prostu nie dawało! Do tego chaotyczny ruch i straszny hałas. Ryk silników, trąbienie, krzyki... Mimo że miałem tylko 20 km na kwaterę, to jeszcze po drodze musiałem zrobić postój!
Kwatera w ścisłym centrum. Fajnie, ale trzeba się tam przedrzeć przez tłum. I trafić też ciężko. Ale okazała się super, więc uznajmy, że warto było :-)

Dotarłem jakoś po godz. 13 (jeszcze były małe zakupy w Todisie), po czym musiałem się umyć z piachu i soli i odpocząć. Na miasto wyszedłem o 16, ale już piechotą. Długi spacer po całym szerokim centrum zajął mi kilka godzin, ale odwiedziłem wszystkie miejsca, które chciałem, oprócz tych biletowanych, które sobie zostawiam na jutro. Miasto mroczne, chotyczne, gorące i halasliwe. Robi wrażenie i piechotą da się ogarnąć, ale męczy bardzo. Wróciłem wykończony ;-)


Dzielnica hiszpańska

Galeria Umberto I

Kościół San Francesco rżniety z bazyliki ŚP i z Pantheonu


Papież futbolu wiecznie żywy w Neapolu


Wpadłem też do szynku ;-)

Na cuoppo di mare
Jeszcze krótki wypad po pizzę na kolację (zdecydowanie wolę pizza romana!) i spać.
- DST 34.02km
- Teren 1.00km
- Czas 02:07
- VAVG 16.07km/h
- VMAX 43.50km/h
- Temperatura 34.0°C
- HRmax 126
- HRavg 94
- Kalorie 619kcal
- Podjazdy 330m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 12
Od świtu lampa, na kempingu daszek ze szmaty, ale cienia na piazzoli błyskawicznie ubywało. Jak startowałem tuż przed 9, to akurat już tylko rower się w nim mieścił ;-)
Na pierwszy ogień Sperlonga. Slynna z jaskini, w której dachu są jedne z najtrudniejszych dróg Europy. Niestety, nie udało mi się do niej dotrzeć. Zatrzymał mnie plot, musiałbym się sporo cofnąć. Ale i tak pięknie :-)


Willa Tyberiusza
Na drugi ogień Gaeta. Spory port i historyczne centrum, ale ciężko o dobry kadr. Nieco rozczarowała.


Potem długo drogami wzdłuż wybrzeża, z niezbyt silnym bocznym wiatrem i w ciężkim upale. Aż mnie stopy zaczęły palić, ale uratował mnie kranik ;-)

Potem się zrobiło albańsko (chociaż bez pizdy nad głową, niestety).

A potem były kilometry prywatnych plaż, gdzie się wynajmuje leżak za 5 eur, a morza nie widać zza kilometrów muru.
No i wreszcie Pozzuoli. Momentami pięknie!

Wiedziałem już, że kemping, gdzie chciałem spać, jest zamknięty na stałe, więc się nie przejąłem. Pojechałem do sklepu, a potem na hike wokół krateru wulkanu Monte Nuovo. Hike rozczarował, bo widoków tyle co nic. A liczyłem na fumarole, trzęsienia ziemi, fajerwerki. W końcu to środek Campi Flegrei...

No i wreszcie 5 km na upatrzoną dzikową miejscówkę nad jeziorem.
Okazała się dobra, ale obsadzona przez wędkarzy. Nic to! Umyłem się w jeziorze (okazało się słone) i pojechałem na pobliską ławkę. Akurat na kolację i wieczorne posiedzenie. Miejsce na namiot upatrzone, od godziny nikt się nie pojawił w pobliżu, więc niedługo się rozbijam :-)

Sypialnia

Salon z aneksem
Jedyny minus to mocno slyszalna impreza z pobliskiej (chyba) plaży po drugiej stronie torów...
Na pierwszy ogień Sperlonga. Slynna z jaskini, w której dachu są jedne z najtrudniejszych dróg Europy. Niestety, nie udało mi się do niej dotrzeć. Zatrzymał mnie plot, musiałbym się sporo cofnąć. Ale i tak pięknie :-)


Willa Tyberiusza
Na drugi ogień Gaeta. Spory port i historyczne centrum, ale ciężko o dobry kadr. Nieco rozczarowała.


Potem długo drogami wzdłuż wybrzeża, z niezbyt silnym bocznym wiatrem i w ciężkim upale. Aż mnie stopy zaczęły palić, ale uratował mnie kranik ;-)

Potem się zrobiło albańsko (chociaż bez pizdy nad głową, niestety).

A potem były kilometry prywatnych plaż, gdzie się wynajmuje leżak za 5 eur, a morza nie widać zza kilometrów muru.
No i wreszcie Pozzuoli. Momentami pięknie!

Wiedziałem już, że kemping, gdzie chciałem spać, jest zamknięty na stałe, więc się nie przejąłem. Pojechałem do sklepu, a potem na hike wokół krateru wulkanu Monte Nuovo. Hike rozczarował, bo widoków tyle co nic. A liczyłem na fumarole, trzęsienia ziemi, fajerwerki. W końcu to środek Campi Flegrei...

No i wreszcie 5 km na upatrzoną dzikową miejscówkę nad jeziorem.
Okazała się dobra, ale obsadzona przez wędkarzy. Nic to! Umyłem się w jeziorze (okazało się słone) i pojechałem na pobliską ławkę. Akurat na kolację i wieczorne posiedzenie. Miejsce na namiot upatrzone, od godziny nikt się nie pojawił w pobliżu, więc niedługo się rozbijam :-)

Sypialnia

Salon z aneksem
Jedyny minus to mocno slyszalna impreza z pobliskiej (chyba) plaży po drugiej stronie torów...
- DST 125.16km
- Teren 3.00km
- Czas 05:22
- VAVG 23.32km/h
- VMAX 49.10km/h
- Temperatura 36.0°C
- HRmax 146
- HRavg 109
- Kalorie 2515kcal
- Podjazdy 638m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 11
Start lekko po 9 i już chłodno nie jest. Sprawnie przebijam się Tuscolaną do Parco degli Acquedotti, a tam jak zwykle cuda panie!


Potem jest sporo lokalnych, ale ruchliwych dróg w okolicy Ciampino oraz kiepskie nawierzchnie. To akurat zresztą cały dzień. Zaczynam podjazd na Lago Albano i zaskakuje mnie, jak jest solidny. Ale wchodzi dobrze, więc luz. A na górze cudne widoki na jezioro i Castel Gandolfo.

Potem mały skok w bok w miejsce, gdzie rzekomo wygląda, jakby przedmioty toczyły się po szosie pod górę, ale nic takiego nie zaobserwowałam. Normalna droga w dół. I drugi skok w bok do Nemi. Tu akurat ślicznie :-)

Wreszcie długi zjazd przez Velletri i mocno rolnicze tereny do Cisterna di Latina, gdzie dłuższy postój pod Lidlem połączony z lanczem. Na lancz pączki z nadzieniem ze smaru msszynowego ;-)

A potem już długo po płaskim. Bardzo długo. Najpierw via Appia, potem boczne drogi przez plantacje kiwi-mutantów w Ninfie,

potem zamknięte ogrody, które miałem oglądać i znów rolnicze tereny. Płasko, nudno, boczny wiatr i ciężko o wodę.
Pod koniec dnia popełniam jeszcze błąd nawigacyjny i ładuje się w zamkniętą drogę. Po kilometrze okazuje się, że mostu brak, więc wracam jak niepyszny.
Wreszcie jest Terracina, eurospin z zimną colą i składnikami na kolację. Oraz kawałek dalej mnóstwo kempingow, ale tylko Europa ma miejsca na namioty.
Kemping spoko, świetne wifi i nawet krzesło pożyczyli :-) cena 25. Idzie żyć :-)

Ps. Ktoś woe, co to jest? Huann? :-)



Potem jest sporo lokalnych, ale ruchliwych dróg w okolicy Ciampino oraz kiepskie nawierzchnie. To akurat zresztą cały dzień. Zaczynam podjazd na Lago Albano i zaskakuje mnie, jak jest solidny. Ale wchodzi dobrze, więc luz. A na górze cudne widoki na jezioro i Castel Gandolfo.

Potem mały skok w bok w miejsce, gdzie rzekomo wygląda, jakby przedmioty toczyły się po szosie pod górę, ale nic takiego nie zaobserwowałam. Normalna droga w dół. I drugi skok w bok do Nemi. Tu akurat ślicznie :-)

Wreszcie długi zjazd przez Velletri i mocno rolnicze tereny do Cisterna di Latina, gdzie dłuższy postój pod Lidlem połączony z lanczem. Na lancz pączki z nadzieniem ze smaru msszynowego ;-)

A potem już długo po płaskim. Bardzo długo. Najpierw via Appia, potem boczne drogi przez plantacje kiwi-mutantów w Ninfie,

potem zamknięte ogrody, które miałem oglądać i znów rolnicze tereny. Płasko, nudno, boczny wiatr i ciężko o wodę.
Pod koniec dnia popełniam jeszcze błąd nawigacyjny i ładuje się w zamkniętą drogę. Po kilometrze okazuje się, że mostu brak, więc wracam jak niepyszny.
Wreszcie jest Terracina, eurospin z zimną colą i składnikami na kolację. Oraz kawałek dalej mnóstwo kempingow, ale tylko Europa ma miejsca na namioty.
Kemping spoko, świetne wifi i nawet krzesło pożyczyli :-) cena 25. Idzie żyć :-)

Ps. Ktoś woe, co to jest? Huann? :-)

- DST 121.99km
- Teren 3.00km
- Czas 05:43
- VAVG 21.34km/h
- VMAX 56.40km/h
- Temperatura 36.0°C
- HRmax 137
- HRavg 104
- Kalorie 2356kcal
- Podjazdy 1021m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 10, restowy, po mieście Rzym
Laterano, Aventino, Campidoglio, Colosseo, Monti (piechotą 12 km), Spagna, Re di Roma, Catacombe Callisto, Giannicolo, Mausoleo Augusto, San Pietro, Sonnino, Tuscolana.
Długi, owocny, wspaniały i męczący rest. Zwłaszcza, że upał potworny. Dobrze, że na kwaterze mam klimę ;-)
Ps. Będzie dużo zdjęć, jak będę miał czas i dobry net ;-)
Długi, owocny, wspaniały i męczący rest. Zwłaszcza, że upał potworny. Dobrze, że na kwaterze mam klimę ;-)
Ps. Będzie dużo zdjęć, jak będę miał czas i dobry net ;-)
- DST 44.16km
- Teren 1.00km
- Czas 02:32
- VAVG 17.43km/h
- Temperatura 36.0°C
- HRmax 118
- HRavg 89
- Kalorie 712kcal
- Podjazdy 348m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 9, PielgRZYMka :-)
Rano Monterano. Pokręcona trasa, kiepska, betonowa droga i straszne czechy. Całe szczęście, że się tam wczoraj nie pchałem z bagażem. Chociaż spać byłoby gdzie. Ale trasa taka, że coś czuję, że bym zawrócił...
Ale miejsce ogólnie ciekawe. O takie.





Potem już prosto do Rzymu, mojego ukochanego miasta na świecie.
Oraz przez Rzym, po Rzymie, wzdłuż, w poprzek i na wskroś! Wiecznie kocham to miasto! ❤️










Ale miejsce ogólnie ciekawe. O takie.





Potem już prosto do Rzymu, mojego ukochanego miasta na świecie.
Oraz przez Rzym, po Rzymie, wzdłuż, w poprzek i na wskroś! Wiecznie kocham to miasto! ❤️










- DST 92.15km
- Teren 3.50km
- Czas 04:44
- VAVG 19.47km/h
- VMAX 54.50km/h
- Temperatura 37.0°C
- HRmax 141
- HRavg 107
- Kalorie 1520kcal
- Podjazdy 747m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 8
Dziś zapowiadał się długi dzień, bo oprócz standardowej stówyplus po pagórach mialo być sporo zwiedzania, i to z pierwszej ligi.
Start wyjątkowo wcześnie, bo o 8:20, ale jeszcze musiałem wdepnać po chleb i ricottę, więc finalnie ruszam krótko przed 9. Oczywiście na dzień dobry jest pod wiatr.
Do Bagnoreggio kilkanaście kilometrów falowania. Na wjeździe do miasteczka zrzucam sakwy w krzakach koło area sosta camper i ruszam na lekko w dół do Civita.
No, muszę przyznać, że obłęd. Dziękuję niniejszym Ewie G. za polecenie mi tego cudeńka lata temu!


Najlepsze jest to, że nawet niezbyt dużo komerchy, za to widać, że normalnie mieszkają tu ludzie! A to czyjś taras :o

Po 3 km spacerze do i po osadzie, ruszam lekko pod górę z powrotem. Zgarniam sakwy oganiając się od chmary małych czerwonych żuczków, którym chyba bardzo przypadł do gustu laserkowożółty kolor mojej koszulki ;-)
Dalej czesko w dół prawie do Vitorchiano. Uno dei borghi jest już wszelako na podjeździe. I znowu jest śliczne!

Tam odpoczywam trochę na ławce, a trochę moczę stopy w fontannie, obserwując pijące pszczoły :-)

Dalej już solidnie pod górę na Lago di Vico. Łącznie 600m podjazdu. W mojej marnej formie to sporo, a jeszcze są solidne nachylenia, 12-15% przeplatane płaskimi odcinkami, ale na tyle krótkimi, że człowiek nie zdąży odpocząć, a za chwilę znów piła. Raz doszło nawet do 17%. Do tego bardzo kiepska nawierzchnia. Sytuację ratowały niewielki ruch i fakt, że większość podjazdu była w lesie, ergo w cieniu.
Na górze jestem o 14:10. Stąd długi czeski zjazd do Sutri. Lecę gracko, teraz już z wiatrem, ale czuję, że dziś nie jest mój dzień. Jakieś zmęczenie / kryzys się wkrada i naprawdę kiepsko mi się jedzie.
W Sutri fantastyczne groty wydrążone w tufie przez Etrusków i Rzymian oraz rzymski amfiteatr, jedyny na świecie w całości wykuty w skale! Niestety, jest zamknięty.


Dalej już lekko pod górę, oczywiście czesko, w stronę Monterano. Po drodze robię zakupy w Eurospinie w Orelio Romano. Eurospin jest tuż za torami i oczywiście tuż przed nosem zamyka mi się szlaban. Ech, a tu ani grama cienia i buraki stoją na silnikach. Ech...
Po zakupach mam zgryz, czy zjeżdżać dziś do Monterano. Na wyjeździe będzie piła, a ja się czuję naprawdę marnie. Mogę co prawda dzikować na dole, nawet taki jest plan, ale co będzie, jak nie znajdę odpowiedniego miejsca? Wtedy będę musiał to jeszcze dziś podjechać, a naprawdę mi się nie uśmiecha...
W końcu zwycięża lenistwo i biorę booking w Canale Monterano. Na zwiedzanie skoczę rano na lekko. To nawet ma sens. W końcu to Monterano, a nie Montewieczorem ;-)

Kwatera nawet fajna, z klimą, balkonem do gotowania i lodówką. 55 eur trochę drogo, ale trudno. Kryzys nie wybiera ;-)

Start wyjątkowo wcześnie, bo o 8:20, ale jeszcze musiałem wdepnać po chleb i ricottę, więc finalnie ruszam krótko przed 9. Oczywiście na dzień dobry jest pod wiatr.
Do Bagnoreggio kilkanaście kilometrów falowania. Na wjeździe do miasteczka zrzucam sakwy w krzakach koło area sosta camper i ruszam na lekko w dół do Civita.
No, muszę przyznać, że obłęd. Dziękuję niniejszym Ewie G. za polecenie mi tego cudeńka lata temu!


Najlepsze jest to, że nawet niezbyt dużo komerchy, za to widać, że normalnie mieszkają tu ludzie! A to czyjś taras :o

Po 3 km spacerze do i po osadzie, ruszam lekko pod górę z powrotem. Zgarniam sakwy oganiając się od chmary małych czerwonych żuczków, którym chyba bardzo przypadł do gustu laserkowożółty kolor mojej koszulki ;-)
Dalej czesko w dół prawie do Vitorchiano. Uno dei borghi jest już wszelako na podjeździe. I znowu jest śliczne!

Tam odpoczywam trochę na ławce, a trochę moczę stopy w fontannie, obserwując pijące pszczoły :-)

Dalej już solidnie pod górę na Lago di Vico. Łącznie 600m podjazdu. W mojej marnej formie to sporo, a jeszcze są solidne nachylenia, 12-15% przeplatane płaskimi odcinkami, ale na tyle krótkimi, że człowiek nie zdąży odpocząć, a za chwilę znów piła. Raz doszło nawet do 17%. Do tego bardzo kiepska nawierzchnia. Sytuację ratowały niewielki ruch i fakt, że większość podjazdu była w lesie, ergo w cieniu.
Na górze jestem o 14:10. Stąd długi czeski zjazd do Sutri. Lecę gracko, teraz już z wiatrem, ale czuję, że dziś nie jest mój dzień. Jakieś zmęczenie / kryzys się wkrada i naprawdę kiepsko mi się jedzie.
W Sutri fantastyczne groty wydrążone w tufie przez Etrusków i Rzymian oraz rzymski amfiteatr, jedyny na świecie w całości wykuty w skale! Niestety, jest zamknięty.


Dalej już lekko pod górę, oczywiście czesko, w stronę Monterano. Po drodze robię zakupy w Eurospinie w Orelio Romano. Eurospin jest tuż za torami i oczywiście tuż przed nosem zamyka mi się szlaban. Ech, a tu ani grama cienia i buraki stoją na silnikach. Ech...
Po zakupach mam zgryz, czy zjeżdżać dziś do Monterano. Na wyjeździe będzie piła, a ja się czuję naprawdę marnie. Mogę co prawda dzikować na dole, nawet taki jest plan, ale co będzie, jak nie znajdę odpowiedniego miejsca? Wtedy będę musiał to jeszcze dziś podjechać, a naprawdę mi się nie uśmiecha...
W końcu zwycięża lenistwo i biorę booking w Canale Monterano. Na zwiedzanie skoczę rano na lekko. To nawet ma sens. W końcu to Monterano, a nie Montewieczorem ;-)

Kwatera nawet fajna, z klimą, balkonem do gotowania i lodówką. 55 eur trochę drogo, ale trudno. Kryzys nie wybiera ;-)

- DST 98.45km
- Teren 1.50km
- Czas 04:45
- VAVG 20.73km/h
- VMAX 60.60km/h
- Temperatura 32.0°C
- HRmax 135
- HRavg 108
- Kalorie 2227kcal
- Podjazdy 1455m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 7
Obudziły mnie kury czy owce krótko przed 6 i już nie zasnąłem. Zbierałem się jednak leniwie i start jak zwykle o 9 :-P
Na początek ostra piła z powrotem do Abbazia, ale zaraz odbijam na południe. Sporo falowania po baardzo diablodobranocnych okolicach niczego. Z jednym postojem na batona dobijam do Pitigliano jakoś przed 12. A Pitigliano jak zawsze szokująco piękne.



Po objechaniu całej starówki ląduję w coopie na górze, gdzie tradycyjna pyszna lazania na wagę. Pamiętam, jak byliśmy wygłodniali, gdy ją jedliśmy w 2014, ale teraz smakowała mi tak samo, mimo że byłem tylko normalnie głodny :-)
Dalej już konkretny podjazd do Laterza, skąd z kolei falujący zjazd nad samo Lago Bolsena. Od razu na dzień dobry wyhaczam publiczną plażę i spędzam tam ponad godzinę co chwilę plawiąc się i chłodząc. Zajebista siesta! :-)

Potem kawałek wokół jeziora do Marty,

skąd już podjazd do Montefiascone. Łagodny, ale długi, już go miałem trochę dość.
Ale za to na końcu czeka bardzo tani i - jak się okazuje - niezły dom pielgrzyma "I love host 24". Nikogo nie ma, ale drzwi otwarte, a w środku stojak na rowery, więc wstawiam i czekam na love hosta. Po chwili jest.
Cena się zgadza (22,50!), a pokój nie ma drzwi, tylko zasłonkę! :o Miejmy nadzieję, że host nie przyjdzie w nocy na love ;)
Poza tym trochę gorąco, ale nie dramat. Przy tej cenie zdecydowanie na plus.
Po kolacji złożonej z fig, jabłek i pomarańczy, idę jeszcze na spory spacer po miasteczku. Wyszło ponad 3 km, bo Montefiascone jest śliczne! Polecam! :-)



Na początek ostra piła z powrotem do Abbazia, ale zaraz odbijam na południe. Sporo falowania po baardzo diablodobranocnych okolicach niczego. Z jednym postojem na batona dobijam do Pitigliano jakoś przed 12. A Pitigliano jak zawsze szokująco piękne.



Po objechaniu całej starówki ląduję w coopie na górze, gdzie tradycyjna pyszna lazania na wagę. Pamiętam, jak byliśmy wygłodniali, gdy ją jedliśmy w 2014, ale teraz smakowała mi tak samo, mimo że byłem tylko normalnie głodny :-)
Dalej już konkretny podjazd do Laterza, skąd z kolei falujący zjazd nad samo Lago Bolsena. Od razu na dzień dobry wyhaczam publiczną plażę i spędzam tam ponad godzinę co chwilę plawiąc się i chłodząc. Zajebista siesta! :-)

Potem kawałek wokół jeziora do Marty,

skąd już podjazd do Montefiascone. Łagodny, ale długi, już go miałem trochę dość.
Ale za to na końcu czeka bardzo tani i - jak się okazuje - niezły dom pielgrzyma "I love host 24". Nikogo nie ma, ale drzwi otwarte, a w środku stojak na rowery, więc wstawiam i czekam na love hosta. Po chwili jest.
Cena się zgadza (22,50!), a pokój nie ma drzwi, tylko zasłonkę! :o Miejmy nadzieję, że host nie przyjdzie w nocy na love ;)
Poza tym trochę gorąco, ale nie dramat. Przy tej cenie zdecydowanie na plus.
Po kolacji złożonej z fig, jabłek i pomarańczy, idę jeszcze na spory spacer po miasteczku. Wyszło ponad 3 km, bo Montefiascone jest śliczne! Polecam! :-)



- DST 92.36km
- Teren 0.80km
- Czas 04:33
- VAVG 20.30km/h
- VMAX 56.40km/h
- Temperatura 32.0°C
- HRmax 131
- HRavg 106
- Kalorie 2066kcal
- Podjazdy 1380m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 6
Start lekko po 9, ale że dziś niedziela, to pierwsze kroki do Coopa po zakupy na cały dzień, bo po godz. 12 tutti i negozi sono chiusi ;-)
A że to duży sklep, to mimo że się sprężałem, to finalnie start w trasę o 10. Za to od początku pociągnąłem (jak na mnie) zacnie i pierwszy postój dopiero w Buonconvento, po ok 35 kilometrach. Miało być kolejne borgo piu bello, ale wyjątkowo nijakie się okazało. Słabizna, więc punkt o 12 ruszam dalej.
Potem jeszcze kawałek płasko i zaczął się podjazd do Pienzy. Po wodę zatrzymałem się w San Quirico i całe szczęście, bo to miasteczko akurat śliczne.

Zaś Pienza też bardzo ładna, ale mocno skomercjalozowana. Sklepy z antykami, prodotti tipici, całe autokary turystów... No nie ujęła mnie.




Potem dłuższy zjazd w dolinę Orcia i spory fragment leciutko pod górę krajówką, gdzie ładnie ciąłem 25-30. W ogóle mam wrażenie, że Flinta jest wyraźnie szybsza od Surliera. Fajnie :-)
Wreszcie z głównej szosy już solidnie pod górę do Bagni San Filippo. To była główna atrakcja dnia i nie rozczarowała bynajmniej :-)


Popluskałem się w wulkanicznych wodach prawie godzinkę (do 16:30), a potem piechotą na górę do roweru i o 17 ruszam na ostatni odcinek podjazdu. Zaledwie 400m w górę, ale ciężko idzie. Nawet wydawało mi się, że mocno słabuję, dopóki się nie połapałem, że są solidne nachylenia 9-12% i że tak naprawdę mam całkiem dobry VAM 700 :-)
Ale i tak ciężko szło i jeszcze gzy mnie żarły na podjeździe ;-)
Końcówka w dół przez Abbazia San Salvatore i niżej (zbyt nisko ;-) na agricamping Fabbrini. Regulana farma: osły, gęsi, kury, psy i co tam jeszcze. Nad ranem pewnie cicho nie będzie ;-)
No i mnóstwo gzów, ale co ciekawe, atakują tylko jak się przemieszczam. Jak spokojnie siedzę, to po chwili znikają. Dziwne fchuj.
A że to duży sklep, to mimo że się sprężałem, to finalnie start w trasę o 10. Za to od początku pociągnąłem (jak na mnie) zacnie i pierwszy postój dopiero w Buonconvento, po ok 35 kilometrach. Miało być kolejne borgo piu bello, ale wyjątkowo nijakie się okazało. Słabizna, więc punkt o 12 ruszam dalej.
Potem jeszcze kawałek płasko i zaczął się podjazd do Pienzy. Po wodę zatrzymałem się w San Quirico i całe szczęście, bo to miasteczko akurat śliczne.

Zaś Pienza też bardzo ładna, ale mocno skomercjalozowana. Sklepy z antykami, prodotti tipici, całe autokary turystów... No nie ujęła mnie.




Potem dłuższy zjazd w dolinę Orcia i spory fragment leciutko pod górę krajówką, gdzie ładnie ciąłem 25-30. W ogóle mam wrażenie, że Flinta jest wyraźnie szybsza od Surliera. Fajnie :-)
Wreszcie z głównej szosy już solidnie pod górę do Bagni San Filippo. To była główna atrakcja dnia i nie rozczarowała bynajmniej :-)


Popluskałem się w wulkanicznych wodach prawie godzinkę (do 16:30), a potem piechotą na górę do roweru i o 17 ruszam na ostatni odcinek podjazdu. Zaledwie 400m w górę, ale ciężko idzie. Nawet wydawało mi się, że mocno słabuję, dopóki się nie połapałem, że są solidne nachylenia 9-12% i że tak naprawdę mam całkiem dobry VAM 700 :-)
Ale i tak ciężko szło i jeszcze gzy mnie żarły na podjeździe ;-)
Końcówka w dół przez Abbazia San Salvatore i niżej (zbyt nisko ;-) na agricamping Fabbrini. Regulana farma: osły, gęsi, kury, psy i co tam jeszcze. Nad ranem pewnie cicho nie będzie ;-)
No i mnóstwo gzów, ale co ciekawe, atakują tylko jak się przemieszczam. Jak spokojnie siedzę, to po chwili znikają. Dziwne fchuj.
- DST 96.51km
- Czas 04:36
- VAVG 20.98km/h
- VMAX 55.10km/h
- Temperatura 33.0°C
- HRmax 140
- HRavg 110
- Kalorie 2389kcal
- Podjazdy 1385m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 3
Wczoraj długo nie mogłem zasnąć, więc przestawiłem budzik na lekko po 7 i w związku z tym start dopiero o 9. Czułem że to błąd, ale i tak się bardzo nie wyspałem ;-)
Pierwsze kilometry do eurospina, gdzie po 3 bułki i ogórka stałem w kolejce chyba ze 20 minut!! bo pani kasjerka coś komuś rozliczała z jakichś kartek. Nie mam pojęcia, o co chodziło, ale jakaś masakra.
Potem do Florencji. Imponująca i zatłoczona jak zawsze. Miło być na chwilę, ale wszystko tam mam zwiedzone, więc kilka nostalgicznych fotek i dalej.





A dalej wzgórza Chianti. Wino, oliwa, upał, czechy i kiepskie drogi :-P Bardzo ładnie, ale sporą cenę się płaci w zmęczeniu.

Wino...

... oliwki i... upał
Za Greve in Chianti pojawia się 15% piła w stronę Montefioralle, czyli uno dei borghi piu belli. Faktycznie śliczne, jak miniaturka Perugii.



To już Abbazia San Michele

Ogarniam piechotą, biorę wodę i dalej. A dalej czechy, czechy, czechy i nieziemski upał. Do 42 stopni. Wreszcie dłuższy zjazd do Poggibonsi, a stamtąd już konkretny podjazd na główne danie dnia, czyli San Gimignano. W tym upale bardzo mi dał w kość. Ale warto było! No obłęd! Niech przemówią obrazy...





San Gimignano. Tu się najbogatsi ścigali, który najwyższą wieżę wybuduje :-)
Zachwyty kończę ok 17, ale jeszcze wpadam do Coopa po ciastka i piciu na dalszą drogę. A to jeszcze 35 km czech z inklinacją ku górze. Ciężko idze, nawet jakieś skurcze mnie chcą łapać (po wewnętrznej stronie uda! To coś nowego!). Chyba mam lekki udar cieplny. Ale jadę. I jadę. Wyprzedza mnie jak wiatr grubasek na szosowce i nawet mi troszkę wstyd, ale nie tak bardzo. Jadę.
Wreszcie jest Conad na przedmieściach Sieny. Kupuję winogrona i grejpfruta na kolację (nic konkretnego raczej nie wcisnę, a chcę uzupełnić mikroelementy) i jeszcze 3 km pod górę na kemping. Docieram tuż po 20, kompletnie wypluty. Wciąż są 33 stopnie...
Decyduję, że jutro rest, więc przynajmniej prać dzisiaj nie muszę. Pod prysznice zdrowy hektar (ponad 200m), jeszcze ich dość długo znaleźć nie mogę. W ogóle kemping kiepski. Niby jest wifi i prąd, ale kompletnie nie ma gdzie usiąść, podłoże nierówne, no i do sanitariatów daleko. A ja tu jestem na 3 noce (rest, a potem dzień stacjonarny). No trudno, fatalnie też nie jest, a odpocząć muszę.
Zasypiam w połowie paczki winogron i kubka herbaty...
Pierwsze kilometry do eurospina, gdzie po 3 bułki i ogórka stałem w kolejce chyba ze 20 minut!! bo pani kasjerka coś komuś rozliczała z jakichś kartek. Nie mam pojęcia, o co chodziło, ale jakaś masakra.
Potem do Florencji. Imponująca i zatłoczona jak zawsze. Miło być na chwilę, ale wszystko tam mam zwiedzone, więc kilka nostalgicznych fotek i dalej.





A dalej wzgórza Chianti. Wino, oliwa, upał, czechy i kiepskie drogi :-P Bardzo ładnie, ale sporą cenę się płaci w zmęczeniu.

Wino...

... oliwki i... upał
Za Greve in Chianti pojawia się 15% piła w stronę Montefioralle, czyli uno dei borghi piu belli. Faktycznie śliczne, jak miniaturka Perugii.



To już Abbazia San Michele

Ogarniam piechotą, biorę wodę i dalej. A dalej czechy, czechy, czechy i nieziemski upał. Do 42 stopni. Wreszcie dłuższy zjazd do Poggibonsi, a stamtąd już konkretny podjazd na główne danie dnia, czyli San Gimignano. W tym upale bardzo mi dał w kość. Ale warto było! No obłęd! Niech przemówią obrazy...





San Gimignano. Tu się najbogatsi ścigali, który najwyższą wieżę wybuduje :-)
Zachwyty kończę ok 17, ale jeszcze wpadam do Coopa po ciastka i piciu na dalszą drogę. A to jeszcze 35 km czech z inklinacją ku górze. Ciężko idze, nawet jakieś skurcze mnie chcą łapać (po wewnętrznej stronie uda! To coś nowego!). Chyba mam lekki udar cieplny. Ale jadę. I jadę. Wyprzedza mnie jak wiatr grubasek na szosowce i nawet mi troszkę wstyd, ale nie tak bardzo. Jadę.
Wreszcie jest Conad na przedmieściach Sieny. Kupuję winogrona i grejpfruta na kolację (nic konkretnego raczej nie wcisnę, a chcę uzupełnić mikroelementy) i jeszcze 3 km pod górę na kemping. Docieram tuż po 20, kompletnie wypluty. Wciąż są 33 stopnie...
Decyduję, że jutro rest, więc przynajmniej prać dzisiaj nie muszę. Pod prysznice zdrowy hektar (ponad 200m), jeszcze ich dość długo znaleźć nie mogę. W ogóle kemping kiepski. Niby jest wifi i prąd, ale kompletnie nie ma gdzie usiąść, podłoże nierówne, no i do sanitariatów daleko. A ja tu jestem na 3 noce (rest, a potem dzień stacjonarny). No trudno, fatalnie też nie jest, a odpocząć muszę.
Zasypiam w połowie paczki winogron i kubka herbaty...
- DST 128.80km
- Teren 0.50km
- Czas 06:40
- VAVG 19.32km/h
- VMAX 55.80km/h
- Temperatura 37.0°C
- HRmax 154
- HRavg 123
- Kalorie 3143kcal
- Podjazdy 1887m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 2
Kemping nie zawiódł i rano też było przyjemnie. Aczkolwiek już około 9 czuć było nadchodzący upał. Start 9:15, najpierw ta piła 15% w dół, a potem zaczął się podjazd na biga Croce Arcana. 1100m, nachylenia typu 7-11%, ale ostatnie 5 km to mocno kamienisty szuter. No muszę przyznać, że podjazd dał mi nieco w kość. Nie jakoś bardzo, ale cieszyłem się, że przez kontuzję musiałem w tym roku zrezygnować z Alp ;-)
Na górze krótko przed godz. 12, ciepło, ale tutaj nie upał (wysokość ponad 1600). Widoki niespecjalne, więc wkrótce rozpoczynam zjazd. Też po szutrze, ale tylko 2 km. Z tym, że potem fatalny asfalt z dużymi nachyleniami (do 15%), więc nie poszalałem. Ale za to przetestowałem hamulce i jestem zadowolony z wyniku. Ani razu nic niepokojącego się nie zadziało, mimo że tarcze zaledwie 160 mm.
W Cutigliano od razu na krajówkę i dalej łagodny zjazd do La Lima, gdzie jest najdłuższy most wiszący Europy*. Osobiście zmierzyłem: 200 metrów! :-)

Potem trzeba było wrócić pod górę na główną i zrobić jeszcze dwa razy po 200m hopy, a potem już dłuuugi zjazd główną do Pistoia. Ten już fajny, a jak wreszcie wyprzedziłem wszystkie auta, to się zrobiło naprawdę super! :-)
Pistoia ma fajną cytadelę, ale zamkniętą na głucho, niestety.

Za to właśnie tam się połapałem, że jest późno (ok,. 17) i zwiedzanie dzisiaj Florencji, a potem jazda na kemping po drugiej stronie miasta, który jest na pewno bardzo drogi, a jeszcze może nie mieć miejsc (nie udało mi się dodzwonić, tylko ejaj w kółko!) to słaby pomysł. Więc wyszukałem hotelik w Prato i to się okazało dobrym ruchem, bo hotelik super, a do centrum rzut beretem.
Więc po kolacji poszedłem tam na spacer i było bardzo przyjemnie, choć strasznie gorąco. A w hotelu klima! 😎

Tu wymyślono slynne cantuccini

Katedra w Prato jak egipski sarkofag ;-)

Castello del Imperatore

*korekta: może kiedyś był najdłuższy (a może nie), ale na pewno już nie jest: tu poprawka od Lichego - dzięki!
Na górze krótko przed godz. 12, ciepło, ale tutaj nie upał (wysokość ponad 1600). Widoki niespecjalne, więc wkrótce rozpoczynam zjazd. Też po szutrze, ale tylko 2 km. Z tym, że potem fatalny asfalt z dużymi nachyleniami (do 15%), więc nie poszalałem. Ale za to przetestowałem hamulce i jestem zadowolony z wyniku. Ani razu nic niepokojącego się nie zadziało, mimo że tarcze zaledwie 160 mm.
W Cutigliano od razu na krajówkę i dalej łagodny zjazd do La Lima, gdzie jest najdłuższy most wiszący Europy*. Osobiście zmierzyłem: 200 metrów! :-)

Potem trzeba było wrócić pod górę na główną i zrobić jeszcze dwa razy po 200m hopy, a potem już dłuuugi zjazd główną do Pistoia. Ten już fajny, a jak wreszcie wyprzedziłem wszystkie auta, to się zrobiło naprawdę super! :-)
Pistoia ma fajną cytadelę, ale zamkniętą na głucho, niestety.

Za to właśnie tam się połapałem, że jest późno (ok,. 17) i zwiedzanie dzisiaj Florencji, a potem jazda na kemping po drugiej stronie miasta, który jest na pewno bardzo drogi, a jeszcze może nie mieć miejsc (nie udało mi się dodzwonić, tylko ejaj w kółko!) to słaby pomysł. Więc wyszukałem hotelik w Prato i to się okazało dobrym ruchem, bo hotelik super, a do centrum rzut beretem.
Więc po kolacji poszedłem tam na spacer i było bardzo przyjemnie, choć strasznie gorąco. A w hotelu klima! 😎

Tu wymyślono slynne cantuccini

Katedra w Prato jak egipski sarkofag ;-)

Castello del Imperatore

*korekta: może kiedyś był najdłuższy (a może nie), ale na pewno już nie jest: tu poprawka od Lichego - dzięki!
- DST 94.22km
- Teren 7.50km
- Czas 05:21
- VAVG 17.61km/h
- Temperatura 29.0°C
- HRmax 146
- HRavg 118
- Kalorie 2619kcal
- Podjazdy 1782m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze





















