Informacje

  • Wszystkie kilometry: 206602.15 km
  • Km w terenie: 5117.90 km (2.48%)
  • Czas na rowerze: 413d 03h 41m
  • Prędkość średnia: 20.84 km/h
  • Więcej informacji.
baton rowerowy bikestats.pl

Moje rowery

Szukaj

Znajomi

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy aard.bikestats.pl

Archiwum

Linki

Wpisy archiwalne w kategorii

rekordy i hardkory

Dystans całkowity:3655.40 km (w terenie 10.50 km; 0.29%)
Czas w ruchu:145:40
Średnia prędkość:25.09 km/h
Maksymalna prędkość:65.13 km/h
Suma podjazdów:13050 m
Liczba aktywności:10
Średnio na aktywność:365.54 km i 14h 34m
Więcej statystyk
Sobota, 7 czerwca 2014 Kategoria Surly-arch, rekordy i hardkory, Wycieczka

Maraton Podróżnika - rekord rzyciowy ;)

Trasa: http://maraton.podrozerowerowe.info/trasa/
Czas brutto: 23 h 13 min
Średnia brutto: 22,275 km/h
Miejsce: 8 (ex aequo z Danielem, Hipcią, Hipkiem, Tomkiem i Marcinem)

Relacja:

Przyjechaliśmy z Danielem na miejsce w piątek ok. godz. 21:30. Rozbijanie namiotu, pogaduchy, mycie zębów i tak nam zeszło do po 23. A że jutro zapowiada się nie taki znów łatwy dzień, więc pora spać.
Ja mam w sobie chyba coś z Wilka (choć akurat nie to, co bym chciał), bo też nie mogłem zasnąć. Jeszcze przed pierwszą wylazłem z namiotu, wciągnąłem kanapkę i banana, i dopiero potem zasnąłem. Po tym wszystkim sądziłem, że mnie będą musieli wołami rano ze śpiwora wyciągać, a tu o dziwo o 6 obudziłem się bez budzika. I wyspany.
Poranne przygotowania zaskakująco spokojne i bez jakichkolwiek nerwów o 7:35 wyjeżdżamy z bazy pod kościół w Skrzeszewie. Tu jeszcze znalazł się czas na zakupienie 6 słodkich bułek i dorzucenie ich do bagażu w aucie. Można jechać!
Drogą losowania tudzież skrytego lobbingu trafiam do grupy Waxmunda, czyli środkowej. Dobra moja, może po siku-stopach nie będę musiał bardzo gonić ;)
8:00, pierwszy odpala Wilk z grupą. Po ok. minucie Wax daje sygnał do ataku, jedziemy!

Odcinek 1: Skrzeszew -Łuków, 68 km
Bardzo spokojny, bardzo nudny. W zasadzie nic się nie działo. Próbowałem się trochę zapoznać z nowymi (dla mnie) osobami w grupie, ale Hipek mnie szybko przystopował oskarżając o podryw ;)
Jedyne urozmaicenie to odwiedzający nas co jakiś czas Kurier, przynoszący wieści z innych grup (w których działo się dokładnie tyle samo, co w naszej :p). A, no i jeszcze grupowy siku-stop krótko przed Łukowem i tuż po tym, jak sobie zrobiłem indywidualny i akurat zdążyłem dogonić grupę :P
Postój na rynku w Łukowie. Miło zdjąć buty, pomachać stopami, zjeść bułkę. Po namyśle postanawiam też znaleźć toaletę. Na szczęście powiedziałem Danielowi, dokąd idę, bo odjechaliby beze mnie! :o

Odcinek 2: Łuków – Kozłówka, 132 km
Startuję na samym końcu z Danielem i jeszcze kimś kto zaczekał (Gabrielem?). Prujemy, żeby dopaść grupę Transatlantyka. Bez problemu. No to wyprzedzamy i doganiamy naszą. Bułka z masłem. Jedziemy dalej. Znów wolno jak krew z nosa. Kurczę, jednak różnica między jazdą samotną a w grupie jest olbrzymia. Średnia 26 km/h (taką w tym momencie mieliśmy) to solo całkiem dobry wynik. W grupie wydawało się, że wolniej po prostu już się nie da. A tu widoki cały czas takie same (pola, wsie, pola, czasem las), większości osób nie znamy, więc gadać nie ma o czym, a jazda jeśli wymaga jakiegoś wysiłku, to psychicznego, żeby nie przyspieszyć. Tragedia.
Z tego wszystkiego zaczynamy grać w kalambury. Hipek zadaje „Aladyna”, potem ja „W pustyni i w puszczy”, a potem… staje się cud. Dogania nas Transatlantyk i wyprzedza z dużą różnicą prędkości. Ktoś (chyba) krzyczy „Dzida!” i się zaczyna! Podłączamy się z Danielem i innymi osobami (na pewno był Księgowy, kto jeszcze – nie pamiętam) pod Marka i suniemy 32 km/h. Jest lepiej, duuużo lepiej. Wręcz da się żyć!
Odcinek DK 19 z Kocka do Firleja to już ustabilizowana ucieczka z liderem w postaci Kuriera, który grzeje, jakby się szaleju opił. A my mniej więcej za nim, pilnując, by nam się Księgowy nie zgubił, bo jak go nie będzie, to kto będzie nawigował? Aha, jeszcze Wax ma GPS. Dobrze. Potem się okazało, że jeszcze i Hipek. Bomba!
Za Firlejem skręt na Kozłówkę i od razu psuje się nawierzchnia, a nią spada tempo. Do jakichś 32 km/h :P W pewnym momencie zatrzymuje nas policja twierdząc, że mieli zgłoszenie od kogoś, kto nas nie mógł samochodem „wyminąć”. Zastanawiamy się kilka chwil, czy był ktoś, kto przed nami panicznie uciekał tyłem, ale nikogo takiego sobie nie przypominamy. Wreszcie ustalamy, że zapewne chodziło o wyprzedzanie. No nic dziwnego, że ten ktoś nie mógł, przecież zasuwamy jak bikerzy-szaleńcy i trudno nas wyprzedzić! :P
Pogawędka z władzą kończy się obietnicą, że my już nie będziemy oraz wskazaniem, że jesteśmy na imprezie z pomiarem czasu, więc gdyby jednak mogli nas już puścić… Puścili, no to dzida!
W Kozłówce zatrzymują nas Magfa i Michał w dość nieoczekiwanym miejscu, bo okazało się, że parku nie ma co zrobić z autem. Nic to, ważne, że można na chwilę stanąć i zdjąć buty. Patelnia już się zrobiła nie lada, cienia niewiele, ale co tam! Jemy, pijemy, gadamy. Chyba zeszło dłużej niż 20 minut, bo czekaliśmy na całą stawkę, spodziewając się niezłego „opr” od Wilka. O dziwo, nic takiego nie nastąpiło. No to, skoro wolnoć Tomku, to postanowiłem sformować „grupę 30”, która IMO powinna się znacznie lepiej sprawdzić niż grupa wylosowana. Chętnych zebrało się sporo. No to dzida!

Odcinek 3: Kozłówka – Bychawa, 193 km
Wylatuję w dość rozstrzelonej pierwszej grupie, raczej na jej końcu, bo nie dość szybko się zebrałem. Sprawnie wyprzedzam Księgowego, zabierając go na koło i doganiam resztę. Po chwili dobija Daniel. Lecimy 32-35. Dobijają Kurier i Wax. Lecimy 40-42. O ja pierdziu! Nie dam tak rady długo! Chyba muszę stanąć i zaczekać na kogoś, kto jednak jedzie średnio 30, a nie 38… Wahając się, co robić, próbowałem wygrzebać coś z kieszeni na plecach i nagle usłyszałem, jak coś uderza w asfalt. Przekonany, że to wypadła mi komórka, zawracam. Grupa natychmiast znika. Cofam się, ale niczego na szosie nie widzę, musiało mi się wydawać. No trudno – decyzja czy zostać z grupą, podjęła się sama. Czekam.
Czekałem może minutę i widzę kogoś na horyzoncie. No to w pedał. Zupełnie nie pamiętam, kto był w tej grupce, ale jechało się doskonale. Po jakimś czasie zresztą dołączyły (chyba z przodu) kolejne osoby. W Lublinie na światłach się odliczamy, jest nas trzynaścioro, w tym Daniel, Gabriel i Hipki. Jakimś cudem dochodzimy też Kuriera. Ni cholery nie pamiętam jak, ale z Lublina wyjechał już z nami, więc chyba gdzieś musiał zaczekać. Pewnie dlatego, że nie miał GPS ;)
Za Lublinem wreszcie świetna jazda, bo mamy krajówkę z poboczem i idealną nawierzchnią. Do tego lekki wiaterek w plecy i sprawna grupa. No bajka! Nie wiem, ile było tej krajówki (do Niedrzwicy Dużej), ale był to fantastyczny odcinek i minął jak z bicza strzelił. Trochę pogadałem z Hipkiem, trochę z kimś tam i właściwie wcale nie czułem prędkości. A lecieliśmy ze 35, Hipek nawigował.
W Niedrzwicy skręt na Bychawę. Nadal dobra droga, zaczęło się też leciutkie falowanie. Tu Hipek pokazał klasę. Zastawszy nieco z tyłu nagle nas doszedł i powiedział, że on musi się zatrzymać. Wytłumaczył też, jak mamy dalej jechać (był jedyną osobą z GPS w tej grupie, bo Księgowy gdzieś nie wytrzymał tempa). Po prostu mistrzostwo koleżeńskiej postawy, byłem pod wrażeniem!
W samej Bychawie zjazd koło stacji Orlen, potem podjazd i z już z lewej słychać krzyki i gwizdy. To tam, w parku, ukryty jest kolejny punkt. No i dobra nasza, bo jest cień, są Magfa z Michałem i nasze bety w aucie. Na punkcie jesteśmy pierwsi (chociaż potem się dowiedziałem, ze przed nami musiał być Turysta, ale chyba się nie zatrzymał).
Znów żarcie, nalewanie do bidonów, przekładania żarcia do kieszeni i na wszelki wypadek do małej sakwy, którą miałem z sobą. No i szukanie toalety. Na szczęście była w barze za rogiem.
Ten postój już się bardzo przeciągnął, bo mimo intensywnych poszukiwań ciężko było znaleźć osobę z GPS, która chciałby jechać z nami. Hipki się nie zdecydowały, Keto owszem, ale nie miał wgranego śladu, a Wax gdzieś zniknął. Z kolei Księgowy jeszcze nie dojechał. No masakra normalnie, albo odpalamy danielowy telefon (były uzasadnione wątpliwości, czy bateria wytrzyma nawigację), albo stoimy. Wreszcie zjawia się Wax (po wszamaniu zapiekanki z pobliskiego baru). To dzida! Ale nie, Wax jeszcze coś tam poprawia, Kurier jeszcze otworzył piwko… Wreszcie Daniel odpalił telefon i powiedział, ze on jedzie za miasto siku, bo tu nie ma gdzie i że go dogonimy. Z nim załapał się Keto. Pojechali.

Odcinek 4: Bychawa – Szczebrzeszyn, 273 km
Po jakichś 3 minutach ruszamy i my, tj. Wax, Kurier, Gabriel i ja. I od razu dzida. A tu płasko już od dawna nie jest, więc dzida oznacza jakieś 25 km/h pod górkę i ile fabryka dała (a właściwie na ile dziury pozwolą) z górki. Ale jakoś z Gabrielem siedzimy cyborgom na kole. A po chwili dochodzi (!) nas Wilk! No to jedziemy w piątkę.
Właśnie byliśmy na kolejnym dołku i zaczynaliśmy podjazd, kiedy Gabriel stwierdził (chyba żartem), że „to miała być grupa 32”. Pewnie chodziło mu o to, że został na zjeździe, gdzie grzaliśmy ponad 50, ale chłopaki zrozumieli to po swojemu i z 25 natychmiast przyspieszyli do 32. Na czteroprocentowym podjeździe. Uch!
Mówię Gabrielowi, co myślę o jego niewczesnym żarcie i zostaję z tyłu. Nie mam zamiaru się zarżnąć. Na górce czekam na kolejną grupkę, żeby się z kimś zabrać. Zwłaszcza, że nie mam nawigacji, a z mapą to nie jazda, bo ciągle się trzeba zatrzymywać, żeby nawigować po tych zadupiach.
Czekałem dokładnie 3 minuty (dopiero 10 km od postoju, a już 3 minuty przewagi – masakra!) i wyłania się grupa w składzie: Koty, Tomek, Góral Nizinny i kolega ubrany na zielono z napisem „My Bike” na spodenkach (sorry, nie znam ksywki). Jadą dziwnie, bo każde osobno. No, ale może to dlatego, ze pod górę?
Oczywiście dołączam i pytam, czy mają GPS. Mają, a dokładnie Krzysiek (mąż Kota) ma. No to dobra moja, jedziemy. Tempo dobre, pod 30, tak akurat dla mnie na ten moment. Tylko ze ta grupa w ogóle nie pracuje! Każde jedzie osobno w kilkunastometrowych odstępach. Dziwne bardzo. Próbuję jechać z Tomkiem, który z reguły jest na przedzie. Daje radę, chociaż minimalnie mi odchodzi na podjazdach. Prawdopodobnie zasługa lekkiej szosówki w porównaniu do mojego 14-kilowego trekinga, plus fakt, że ja mam sakwę 2,5 kg, a on tylko jakąś małą torebkę pod ramą. Nieważne, grunt, że jedziemy.
Za Wysokiem zaczyna się ruch wahadłowy. Na pierwszych światłach odruchowo stajemy, ale potem już tylko dzida na czerwonym (za każdym razem było czerwone!) z planem, ze zjedziemy na stronę remontowaną, gdyby jechali z przeciwka. Ale jakoś za żadnym razem nie jadą. Więc po co to czerwone? A, wszystko jedno.
Natomiast zaczyna mnie martwić co innego. Pamiętam wyraźnie z opisu trasy, że mięliśmy nie jechać drogą z wahadłami i że właśnie dlatego, że są tam wahadła, Wilk zmienił przebieg trasy. Więc czy my aby nie pobłądziliśmy…? Pytam Krzyśka, z kiedy ma ślad. Mówi, że nie wie, ale nazywa się „wersja ostateczna”. Więc tu tak na marginesie dobra rada dla wszystkich z mojego służbowego doświadczenia: nadawajcie DATY w nazwach kolejnym wersjom plików, bo często się okazuje, że „ostateczna” ma potem jeszcze wiele zmian…
Nas dodatkowo dziwi to, że nikogo nie widać, ani przed, ani za nami. Daniela z Keto ani widu (a mieli nas wyprzedzić tylko w celu siku) i nikt nas też nie dogania… No ani chybi musieliśmy pobłądzić! Dobra, nic to, najwyżej pojedziemy starą trasa, przecież na pewno te warianty się spotykają jeszcze przed Szczebrzeszynem. W najgorszym wypadku będzie to skrót, ale trudno, najwyżej celowo dokręcimy różnicę!
Tym razem jednak wątpliwości udało się rozwiać w momencie, kiedy wreszcie podczas jazdy z prędkością 30 km/h i z narażeniem życia ;) wyciągnąłem mapę z sakwy. Dobra nasza – to jednak ta trasa! Po prostu musiało przybyć wahadeł od czasu wilczego rekonesansu.
Po chwili jeszcze bardziej się upewniamy, bo na ławeczce obok szosy widzimy Wilka, Kuriera i Waxa, jak sobie bezczelnie odpoczywają w środku odcinka między postojami! ;)
Okazuje się, że wreszcie doszli Keto i Daniela, ale ci nawet nie próbowali siąść im na koło. Szkoda, że mnie przy tym nie było – pierwszy raz w życiu bym zobaczył, jak Daniel świadomie odpuszcza! No, trudno, stało się. Ale dlaczego w takim razie nie spotkaliśmy Daniela po drodze, ani nie ma go tutaj? Proste: on i Keto minęli KurieroWaxoWilka podczas popasu, a Gabriel do nich dołączył i pognali dalej.
Zresztą nasi „niebiescy” (wszyscy trzej w strojach BB Touru) też do nas dołączyli, bo – jak się okazało – czekali tylko na Koty, dla których mieli karmę ;)
No to jedziemy dalej, trochę się pod drodze tasując. Wax przeprowadza mnie przez górki z okolic Komodzianki. I całe szczęście, bo nawigacyjnie ten odcinek był trudny. Po drodze widzę, jak Kurierowi na podjeździe spada łańcuch. Trochę mnie dziwi, że nie wrzuca go podczas jazdy (nawet ja to umiem), ale myślę sobie, że przecież zaraz założy i nas dojdzie. Tymczasem wylatujemy na krajówkę, gdzie czekają Magfa z Michał i autem. Od nich, podczas krótkiego postoju, dowiadujemy się, ze Kurier przy kolejnej próbie podjazdu zerwał łańcuch i czeka na kogoś ze skuwaczem. Nic to, na pewno ktoś mu się trafi a jak nie to nasi przemili „Techniczni” pomogą, więc jedziemy dalej.
Wilk z Waxem ciągną krajówką, potem trochę wychodzę na zmiany wraz z (chyba) Tomkiem i tak lecimy. Potem jest najdłuższy podjazd trasy (100m przewyższenia, ok. 8%), na którym jadę dość żwawo (12-13 km/h) i zostawiam grupkę nieco z tyłu. No, oczywiście oprócz Waxa i Wilka, którzy chyba nawet nie zwolnili :P
Na górze czekam na resztę i razem mijamy naszych niebieskich, którzy na kolejnym szczyciku (okazało się, że za zakrętem krył się ciut wyższy niż ten na którym ja czekałem) robią nam zdjęcia jak na górskiej premii ;)
Zjazd do Szczebrzeszyna w dobrym tempie i po dobrej drodze. Z rynku lecimy już tylko we Dwóch z Tomkiem, bo reszta stanęła na foto przy chrząszczu. Ja nie stawałem, bo byłem już pieruńsko głodny i marzyłem o obiedzie. Z odległości ok. kilometra dzwonię do Daniela i proszę, żeby mi zamówił schabowego.
Wjeżdżamy do zajazdu Klemens. Przy stoliku siedzą Daniel, Keto i Gabriel (ponoć już od kwadransa), a poza nimi nikogo. Nawet auta technicznego jeszcze nie ma! Czyli dobrze, jesteśmy w czubie.
Po chwili auto zajeżdża z rowerem na dachu i Kurierem w środku. Okazuje się, że przy próbie naprawy łańcucha boleśnie uderzył się w kolano (pedałem? śrubą?) i zastanawia się nad sensem dalszej jazdy. No pewnie, kwalifikacja na BB Tour mu niepotrzebna ;)
Czekając na schabowego (a długie to było czekanie), robię niezbędne porządki w sakwach, a przede wszystkim przebieram się. Jako że teraz przed nami jazda nocą, więc pora się przebrać w długie, ale zanim będzie trzeba założyć nową pieluchę, to można dać pooddychać częściom wrażliwym, wiec zakładam luźne spodnie i tak sobie paraduję.
Wreszcie jest schabowy. Taki sobie, szczerze mówiąc, albo ja ze zmęczenia nie miałem smaku, bo kompletnie mi nie wchodził. Jakoś go zmęczyłem, ale jak się okazało, że do marchewkowej surówki dodano dużo CZOSNKU (!!), to podziękowałem. Na deser piwo na spółkę z Danielem dla uzupełnienia mikroelementów.
Potem przyszła pora się przebrać i zbierać ekipę do dalszej jazdy. A jakoś nikt się nie kwapił :P Wreszcie zebrałem Daniela, Gabriela i Keto. Po chwili dołączyły Koty i Wilk oraz Góral Nizinny. To już da się pocisnąć. Jedziemy.

Odcinek 5: Szczebrzeszyn – Łęczna, 364 km
Za 10 km mięliśmy mieć zatrzymanie w „ostatnim przyjaznym sklepie po tej stronie nocy”. Potem ponoć już tylko czarne dziury, a tu w nocy pić i jeść trzeba. Auto ma podjechać i zabrać, co tam nakupimy. Coś tam próbowałem przebąkiwać, że na to auto, to możemy długo czekać i że może nie warto kupować „pół sklepu”, ale kto by mnie tam słuchał! Nakupili napojów i stoją, czekając na zmiłowanie Michała. A Michał nie nadjeżdża. Długo. Dzwonimy – już jedzie. Mija z 5 minut, dzwonimy drugi raz – już jest pod sklepem. Tylko nie tym, gdzie się umawialiśmy, cholera. W międzyczasie przelatują samotne Hipki, które w tym momencie zostają liderami (o Turyście nadal nic nie wiem). Szlag mnie trafia, bo stoimy jak te cipy i nic nie możemy zrobić! Żebym jeszcze nie ostrzegał, ale przecież mówiłem, ze tak będzie, no!
Wreszcie, na widok jadącej dużej grupy nie wytrzymuję, zgarniam Daniela (do spóły kupiliśmy tylko jedną IceTea, która zmieściła mi się do sakwy) i odpalamy. Grupę, chyba ponadpiętnastoosobową (rozpoznałem tylko Transatlantyka i Memorka) dochodzimy raz-dwa i już jedziemy grzecznie z wszystkimi. Z prędkościami rzędu 22-24. Wolno, zamulająco, ale jedziemy. Po kilku minutach nieśmiało proponuję „a może by tak nieco przyspieszyć?”. Pada odpowiedź, ze jak ktoś chce szybciej, to niech ciągnie. No to przepychamy się z Danielem i Gabrielem na przód i ciągniemy. Dołącza jeszcze Kurier. Oczywiście szybko okazuje się, że grupa ani myśli jechać szybciej i po prostu ją rozrywamy. Trudno!
Lecimy we czwórkę ok. 35 km/h – trochę za szybko jak dla mnie, ale wolę to niż 22. Kurier ciągnie niemiłosiernie, aż wreszcie trafia się jakiś zjazd po koszmarnych dziurach zakończony olbrzymią kałużą. Tu już Kurier nie zdzierżył, zatrzymał się i wydarł jak opętany, że on ma gdzieś taką trasę i ze porządny maraton, to powinien prowadzić krajówkami. 100% zgoda, aczkolwiek to nie ten rodzaj maratonu, niestety. Będzie nauczka na przyszłość, żeby jeździć tylko na "porządne" maratony, a jeśli na ten, to na fullu :P
W każdym razie, skoro już stoimy, to robimy siku i zastanawiamy się, co dalej, skoro żaden z nas nie ma GPSa ze śladem :P Problem się po chwili rozwiązuje, bo dochodzi nas Wilk z Kotami i Góralem Nizinnym i chyba jeszcze Tomkiem i Marcinem. No to dzida!
Tym razem to Wilk przejmuje prowadzenie i ciągnie nas niezmordowanie i bez zmian aż do Piasków. Tam nagle się zatrzymuje i oświadcza, że on tu zaczeka na Koty (gdzieś chyba nie wytrzymały tempa). No to my lecimy. Za jakiś kilometr wreszcie dochodzimy Hipki i już razem dzida dalej aż do Łęcznej.
W mieście, mimo hipkowej nawigacji, błądzimy. To głownie moja wina, bo ubzdurało mi się, ze postój ma być na Orlenie, więc pytamy o Orlen. Ktoś nas kieruje w inną część miasta, a tam się okazuje, ze to nie Orlen, tylko Lotos. No, ale niektórzy już stanęli w ogonku z kawą, więc czekamy, żeby nikogo nie zostawić. Marcin rusza dopiero, kiedy cześć grupy już odjechała na miejsce wskazane przez lokalsa jako „park dinozaurów” (to tam miał być postój). Lecimy więc we czwórkę z Hipkiem (znów po koleżeńsku zaczekał, a miał to potem przypłacić lekkim stresem), Marcinem i Gabrielem. Skręcamy, jak nam kazano, w lewo w wojewódzką nr 813 (zgadza się z opisem) i gdzieś tu ma być postój. Ale tu NIC nie ma! Ani nikogo. Po ok. kilometrze dogania nas auto techniczne i każe zawracać. Opieramy się, że przecież postój może być i tutaj, i nawet już się dobieramy do bagaży, ale rozsadek Michała zwycięża i nasz dobroczyńca przekonuje nas argumentem, że przecież inni będą tam czekać. Racja!
A tu kolejny klops: Hipek lamentuje, że mu się Hipcia gdzieś zgubiła! Proponuję, żeby zadzwonił, ale okazuje się, że ona nie ma telefonu. Nie bardzo to pojmuję, ale nie ma czasu drążenie tematu. Była przecież z Danielem, więc dzwonię do niego. Okazuje się, że oni już są przy dinozaurach (które my jakimś cudem minęliśmy) i tam na nas czekają. Powrót na szczęście nie jest długi – jakieś 300 metrów. Okej, są zaginieni, jest auto i bagaże. I ciemno jak w starożytnym Egipcie, żadnych dinozaurów nie widać, chociaż może i tam w oddali majaczy jakiś raptor... Jemy.
Szybciutko podjeżdżają kolejne grupy – widać przez to nasze błądzenie straciliśmy mnóstwo czasu, niestety. Jest i Wax, i dzieli się informacją, że Transatlantyk złapał 10 km przed Łęczną już trzecią gumę. Cholera, temu to niefart nie odpuszcza… A może źle opony dobiera…? No, ale co ja tu będę uczył Ojca… ;)

Odcinek 6: Łęczna – Parczew, 402 km
Po ok. 20 minutach stania (więc pewnie łącznie z 50 straconych na „genialnie” umiejscowiony postój w Łęcznej) pora się zbierać. Sygnał dają Hipki. Odpalają właściwie bez ostrzeżenia, a że od razu jest dzida, więc nie zdążam zdjąć kurtki, a potem musimy się z Danielem nieźle namachać, by ich dojść. Prawie ich mamy, kiedy Daniel zgłasza, ze mu nie działa licznik. Shit, stajemy. Poprawienie magnesu nic nie daje. Po chwili proszę Daniela, by mnie puścił, bo jemu będzie łatwiej nas dojść niż nam obu – Daniel jest po prostu odrobinę mocniejszy. Zgadza się, więc daję w pedał za światłami Hipków. Dochodzę ich po ok. kilometrze i ciągniemy 30. A właściwie Hipcia ciągnie. Jak lokomotywa. No szacun wielki!
Ale i Witek nie próżnuje, gdy przychodzi jego kolej, 30 nie schodzi z licznika (postanowiłem jechać ubrany w czołówkę, żeby chociaż na licznik popatrzeć :P). Gdy przychodzi moja kolej, to oczywiście nie daję rady aż tak, więc trzymam 28-29. Trochę wstyd, ale może być ostatecznie. Zresztą sam przed sobą się usprawiedliwiam, że to dlatego, ze nie zdążyłem zdjąć kurtki i jest mi za gorąco :P
Ten odcinek jest dla mnie wybitnie nużący. Hipek zagaduje jak umie, ale zbywam go półsłówkami (przepraszam!) i włączam muzykę z mp3. Może pomoże. Ale jednak co chwilę jest powód zamienić kilka słów (zwłaszcza, że Daniela coś nie widać), więc po bodaj dwóch utworach rezygnuję i znów jedziemy zespołowo. Wreszcie dochodzi Daniel. Zmachany jak nieszczęście, bo gonił nas solidnie. Nie wie, jak szybko jechał, bo licznik nadal nie działa. Okazuje się, że jakimś cudem przeciął kabel! Od tego czasu refrenem jazdy jest tekst: „jaka prędkość?” ;)
Na szczęście ten odcinek jest krótki (raptem 44 km) i wkrótce dojeżdżamy do Parczewa. Tu już faktycznie jest Orlen, więc stajemy na kawę czy energetyk. Ja kupuję dwie puszki i wciągam migiem. Oczywiście mam litr energetyku w aucie, ale ten odcinek był zbyt krótki, by auto miało szansę obsłużyć wszystkich jadących wolniej i nas dojść przed postojem, więc nawet się go nie spodziewamy. Słuszne jest zresztą, by pomagało osobom jadącym zgodnie z planem. My "dzidujemy" na własne życzenie, to i zmartwienie nasze, by się odpowiednio zaopatrzyć. Po stosunkowo krótkim czasie dochodzą na Wilk z Kotami, Góralem Nizinnym i chyba jeszcze kimś. Potem Wax z większą ekipą. No, skoro oni już są, to pora się zbierać.

Odcinek 7: Parczew – Międzyrzec Podlaski, 464 km
Ustalamy, że nie będziemy się trzymać oryginalnych miejsc postojowych, bo auta i tak nie ma, a ostatnie sto kilkanaście kilometrów trasy zostało podzielone bardzo nierówno: 75+31. My wolimy po połowie, a w Międzyrzecu Podlaskim jest stacja, więc tam odpoczniemy i może zjemy po hot dogu (w Parczewie była mała stacja i hot dogów nie serwowali).
Ruszam spokojnym tempem na rozkręcenie (chyba nawet poniżej 20), ale po chwili śmiga koło mnie Hipcia, aż zagwizdało. Cóż było robić? Dzida! Z wielkim trudem ją doganiam, a gdzieś z tyłu słyszę komentarz „zmarzła”. Aha, ten typ dzidy, to dzida rozgrzewkowa. Może być ;)
Na niebie powoli pojawiają się pierwsze oznaki świtu, temperatura wynosi ok. 10 st, a my lecimy te swoje 30 i jest dobrze. Z nami w grupie jeszcze Daniel, Gabriel (zawsze nieco z przodu, widać mu za wolno) i chyba Góral Nizinny. Lecimy równo, bez szarpania i nie pamiętam, jak do tego doszło (chyba przysnąłem :P), bo kojarzę tylko, że nagle się okazało, że jesteśmy sami z Danielem. Gdzie się podziała reszta (chyba zostali, ale dlaczego…?), tego nie wiem. Przed nami migoce kilka światełek. Wiemy, że są tam Wilk, Kurier i Gabriel, i jeszcze ktoś, ale długo nie możemy ich dojść. Ale przecież się zbliżamy! Jeszcze trochę… Wreszcie tamci robią siku-stop i ich mamy. Kurier dołącza do nas, a Gabriel obstawia (jak się potem okazuje) lepiej i postanawia jechać z Wilkiem, który jak zwykle czeka na Koty (zakochał się czy co? ;) Po chwili docierają i Hipki z Tomkiem i Marcinem, widać musiały gdzieś stanąć, ale naprawdę nic nie pamiętam (!) No to jedziemy z Kurierem, Hipkami&Co do Międzyrzeca.
Widno już zupełnie, na niskich łąkach mgła ściele się gęsto, a my marzymy o hot dogu. Marzymy tak intensywnie, że kiedy wreszcie jest ten Międzyrzec, nic nas nie może powstrzymać i popełniamy poważny błąd taktyczny. Okazuje się bowiem, że na hot dogi trzeba czekać, bo parówki nie zagrzane. Mowa jest o 15 minutach, ale mnie się zdaje, że to musiało być chyba z pół godziny łącznie z jedzeniem, a przecież hot doga z Orlenu się wciąga błyskawicznie, więc czekania pewnie ze 25 minut. Tylko Kurier miał fart i załapał się na jedyną ciepłą parówkę. A potem pojechał :P
Szkoda, że nie wpadliśmy na to, że parówki można było zjeść zimne - w ciepłej bułce...
Pod koniec postoju dołącza do nas Ricardo i chyba tez się załapuje na ostatnią paróweczkę, bo po chwili jest gotów do jazdy (choć prosi nas byśmy zaczekali z minutkę aż przeleje picie do bidonów). Wreszcie odpalamy.

Odcinek 8: Międzyrzec – Skrzeszew, 518 km
A właściwie to Marcin odpala, bo tym razem to on zmarzł i od razu narzuca tempo 35. Powoli dochodzimy go pod wodzą Tomka, a ja czuję, że coś ze mną nie tak. Czyżby ten hot dog miał się mścić aż zza zwieracza żołądka…? ;) Odpuszczam wyjście na zmianę i jadę ostatni – w razie czego nie chcę nikogo ubrudzić ;) Mdłości jednak na szczęście powoli przechodzą, a ja – z trudem, ale jednak trzymam koło komukolwiek, kto akurat jedzie przede mną. Natomiast Rysiek o dziwo odpada. No szkoda.
Gdzieś tak w połowie tego odcinka kończy się niezły asfalt, a zaczynają straszliwe dziury, z szutrowymi przekopami w poprzek drogi włącznie. Wszyscy klną na czym świat stoi, a Hipki nawet zostają nieco z tyłu (ale w zasięgu mojego niezbyt sokolego wzroku). Mimo tych obiektywnych trudności humor mi dopisuje, chyba dlatego, że już „czuć metę”. Po krótkim siku stopie tuż przed granicą 500 km ruszamy znów w szóstkę i nieco spokojniejszym tempem (nadal dziury) rzędu 25 km/h. Wreszcie przed Mogielnicą asfalt normalnieje i znów lecimy jak trzeba. Jeszcze wylot na DK62, krótka dyskusja, czy finiszujemy pod kościołem (gdzie był start) czy w bazie (ok. 2 km wcześniej), ale chyba nikomu oprócz Hipka się nie chce dokręcać, więc następuje  paradna dzida szutrówką na działkę Tranquilo.
Finisz honorowy z prędkością 15 km/h i już wyskakuje paparazzi Wilk, by nas sfocić. Jest 7:13 i niestety zostaliśmy wyprzedzeni.

Podsumowanie
Oczekiwana gloria zwycięzców ;) uleciała w siną dal, wraz z zimnymi parówkami na Orlenie… ;) Mamy 19 minut straty, czyli sporo mniej niż nas kosztował tamten postój. Ech, szkoda… ;) Ale z drugiej strony i tak Turysta wygrał (z dużą przewagą), a poza tym to nie był wyścig ;) i w ogóle fajnie jest być w jednej z czołowych grup, mieć dużo czasu na mecie, no i zmieścić się wyraźnie poniżej 24 godzin.
Moje osobiste cele na ten maraton (przejechać, postarać się zmieścić poniżej doby, bo na poprzedniej 500 się to nie udało), zostały w całości zrealizowane. Nawet z nawiązką, bo nie spodziewałem się tak doskonałej średniej.
A dodatkowo poznałem sporo fajnych ludzi, z którymi w przyszłości chętnie się jeszcze gdzieś przejadę. W szczególności grupa, z którą finiszowaliśmy, bardzo mi przypadła do gustu. Tomek, Marcin, Hipki – podziękowania i pozdrowienia serdeczne! J

PS. Dystans zmieniony wskutek pomiaru koła po powrocie. najwyraźniej ciśnienie było niższe, niż kiedy poprzednio mierzyłem obwód i licznik zawyżył całość przebiegu o ponad kilometr.
  • DST 518.12km
  • Teren 1.50km
  • Czas 18:07
  • VAVG 28.60km/h
  • VMAX 57.50km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Podjazdy 2038m
  • Sprzęt Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 28 lipca 2012 Kategoria Wypad, Surly-arch, rekordy i hardkory

No to po Malborku ;)

Wybraliśmy się po rekord dla N. i znów wymiotła na maksa! ;D

Kierunek jazdy zdeterminował wiatr (czekaliśmy do ostatniej chwili z decyzją), a że wiało z południa, więc padło na Malbork (do Gdańska ciut za daleko ;)

Mimo sprzyjających warunków łatwo nie było. Jednak prawa strona Wisły znacznie mocniej pofalowana niż lewa i pod koniec te pagórki dawały już w kość. Chociaż zarazem było zaskakująco ładnie. Zwłaszcza zachwyciła mnie dolina Osy w okolicach Rogóźna, to jest miejsce wyraźnie ładniejsze niż Roztocze! :) Aczkolwiek wyjazd z doliny ośmioprocentówką wśród roju gzów do przyjemności nie należał ;)

Z ciekawostek jeszcze bardzo malownicze ruiny zamku w Radzyniu Chełmińskim :)



oraz guma u N. przed Kowalem i wypadający koszyk na bidon. W sumie kosztowało nas to chyba z godzinę (wliczając postój na stacji w Kowalu na umycie rąk).

Dojechaliśmy o 23, zmęczeni niewąsko, aczkolwiek wystarczyło sił na umycie się
i upranie spodenek ;)

Łódź - Włocławek - Lipno - Golub-Dobrzyń - Radzyń Chełmiński - Rogóźno - Gubiny - Kwidzyn - Sztum - Malbork
  • DST 304.72km
  • Teren 1.00km
  • Czas 11:40
  • VAVG 26.12km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 34.0°C
  • Podjazdy 1188m
  • Sprzęt Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 18 września 2010 Kategoria Surly-arch, Wypad, rekordy i hardkory

Pikuś imienia Najświętszej Maryi Panny ;)

Łódź - Łęczyca - Krośniewice - Włocławek - Toruń - Grudziądz - Tczew (i dalej z N. aż do końca wypadu) - Malbork.

Wyliczyłem sobie, że na trasę potrzebuję nieco ponad 15 godzin, a że porę pojawienia się na miejscu determinował pociąg z Łodzi, którym miała dojechać N. (17:17 w Tczewie), więc wyruszyłem o godz. 02:00.

Noc była prawie bezchmurna i prawie bezwietrzna, więc do Krośniewic jechało się dobrze, choć na jednym postoju bardzo zmarzłem (niby aż 7 stopni, a jednak pierońsko zimno). Gdzieś przed Włocławkiem zaczęło świtać, co mi podniosło morale, ale jak się okazało przedwcześnie, bo razem ze słońcem pojawił się wiatr. Zachodni, czyli nie najgorszy, ale i od ideału daleki, tym bardziej, że naprawdę silny. Na odcinku Włocławek - Toruń dał mi się mocno we znaki (szosa wiedzie tam na północo-zachód-zachód) i od totalnego zniechęcenia uratował mnie tylko pewien cudowny traktor, który wyprzedził mnie tuż za Ciechocinkiem i za którym ciągnąłem równo 40 km/h aż do granic Torunia. To było piękne :)

Stamtąd już było lepiej, bo szosa znów wiodła mniej-więcej na północ, aczkolwiek zaczynałem odczuwać zmęczenie. Jednak forma już nie taka, jak by się chciało i przyznam, że walczyłem z chęcią zaczekania w Toruniu na pociąg, którym miała przyjechać N. Zwyciężyła jednak wola walki i świadomość, że w dalszej trasie będę miał lepszy kierunek względem wiatru. Więc pojechałem.

Od Stolna faktycznie jazda zrobiła się bajką. Wiatr, teraz już niemal huraganowy, wiał prawie dokładnie w plecy. 26 km do Grudziądza przeleciałem bodaj w 40 minut. Niestety przed samym miastem złapał mnie przelotny deszcz. Na szczęście długo nie padał i pojechałem dalej.

Teraz liczyłem się z ostrą walką na odcinku do Dolnej Grupy, ale szczęśliwie szosa była od lewej osłonięta drzewami i jakoś dało się jechać 19-20 km/h. Dalej już było nieźle, gdyż wiatr lekko skręcił i wiał teraz z SWW. Więc odcinki pokonywane na północ dawały żyć, a te na północny wschód były wręcz bardzo fajne. Sprawę co prawda skomplikował padający dwukrotnie deszcz, ale udało mi się go przeczekać (w tym raz pod drzewem, które prawie przesiąkło) i tak oto spokojnie zdążyłem do Tczewa na 16:30. Mogę się mylić, ale to chyba jednak było najszybsza trzysetka w moim życiu (314 km w 14h 30min :)

Potem już spokojne płynięcie z N. i z wiatrem aż do Malborka i nocleg w przyjemnym schronisku PTSM. Co prawda było nam dość zimno, ale jak się miało okazać, była to dopiero przygrywka do Naprawdę Zimnych Nocy! ;)
  • DST 335.96km
  • Teren 1.00km
  • Czas 12:50
  • VAVG 26.18km/h
  • VMAX 59.66km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Podjazdy 1135m
  • Sprzęt Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 20 czerwca 2010 Kategoria Surly-arch, Wycieczka, rekordy i hardkory

Cięciwą - Łuków, czyli pińceta ;)

To był spontan. W czwartek wpadłem na pomysł machnięcia "500" jeszcze przed wyprawą, w piątek okazało się, że ma być niezła pogoda i zmienny wiatr, w sobotę o 12 już jechałem :)
Kierunek zdeterminował wiatr wiejący w sobotę: wiało z NWW, a zatem Tomaszów i Radom. Mało! Dęblin? Mało, zresztą praktycznie cała tę trasę, tylko w odwrotnym kierunku przejechałem w Wielkanoc (tyle że w dwa dni). Wtedy wpadł mi do głowy Łuków, do którego wybierałem się zimą z Serweczem, ale nie wyszło. A jak Łuków, to i koniecznie cięciwa. A więc łukiem tam, a po cięciwie z powrotem (a wiatr miał się nazajutrz odwrócić na NEE - bajka, nie? :)
Ostatecznie wyszło tak.

Początek mocny. Odczuwalny wiatr w plecy, więc wyraźnie się oszczędzając, w Inowłodzu mam mimo to średnią 28,6. No ale to pierwsze koty za płoty, dalej będzie pod tym względem już tylko gorzej ;)

Pierwszy minikryzys łapie mnie tuż przed Radomiem, już po 135 km. Niepokojące. Robię więc dłuższy postój pod sklepem. Znaczy, jakieś 20 minut ;) Ciastko, dużo soku. Będzie dobrze!

Za Radomiem trasa wiedzie, przez urokliwą puszczę Kozienicką – naprzemienne głębokie lasy i polany, przez które prowadzi droga, są bardzo przyjemne, lecz przywodzą myśl, że już nie za długo zmierzch i trzeba koniecznie się z lasów wydostać, bo w nocy jest w nich choć oko wykol, a moja lampka jest chimeryczna.

Lasy jednak skończyły się niedługo za Pionkami i przez pola oraz nadrzeczne szuwary dotarłem do Wisły. Tu stuknęło mi 200 i zrobiłem kolejny dłuższy postój – na przebranie się w długie i zmianę butów (to ostatnie bezcenne – zabrałem sandały oraz zwykłe buty i kilkukrotnie zmieniałem – chyba tylko dzięki temu moje stopy wytrzymały tę trasę!).

Za Dęblinem zaczęły się niezłe pagórki, przyznam, że się nie spodziewałem. Ponadto szybko się ściemniało, więc niekiedy musiałem zaledwie się domyślać, czemu tak ciężko się jedzie ;) Oprócz pagórków zaczął się też remont drogi na Kock i kilka odcinków ruchu wahadłowego. Na szczęście aut niewiele, więc na bezczelna wchrzaniałem się na czerwonym :P W ogóle jakoś odludno tam było – przez kilkanaście albo i dwadzieścia kilka kilometrów – od Dęblina do Przytyczna - nie przejeżdżałem przez żadną wieś! W środkowej Polsce taka sytuacja jest nie do pomyślenia, a szkoda… W międzyczasie zaś wiatr – jak to wieczorem – prawie całkiem ucichł.

W Przytycznie rzut oka na mapę i już wiem: tu trza odbić w boczne dróżki, bo przez Kock za daleko, zresztą z tym ciągłym ruchem wahadłowym jazda jest nazbyt rwana. Oczywiście ciemno jest już kompletnie, zachmurzenie pełne, więc księżyca ni widu, a w przy drodze w lewo żadnego drogowskazu. Znak przy drodze w prawo (Michów i Lublin) upewnia mnie jednak, że w lewo to właśnie ta droga. Decyzję wspomaga spory jak na tak boczną dróżkę ruch samochodowy – widać wiedzie ona DOKĄDŚ… Ruszam.

Za chwilę droga się rozwidla, a ja nie mam dokładnej mapy… Próbuję prawej odnogi świadom, że to raczej nie ta, ale może to być niezły skrót do Serokomli. Niestety, a może na szczęście już po ok. kilometrze droga przechodzi w gruntówkę. Zawracam. Lewa odnoga prezentuje się nieźle – asfalt przyzwoity, ruch wystarczający, by mieć nadzieję, ale niewystarczający, by zmęczyć. Jadę.

Po raz pierwszy włączam lampkę sprowadzoną z Hong-kongu. Matko, jak ona niewiarygodnie mocno świeci! Czuję się jak na motocyklu! Dopóki asfalt jest gładki, gratuluję sobie w myślach zakupu, przy pierwszych drobnych nierównościach – wraca stara przypadłość – lampka przy każdym wstrząsie zmienia tryb świecenia, więc mam dyskotekę: mocne światło – słabsze światło – strobo. I tak w kółko. Co za debil wymyślił ten spieprzony wyłącznik i te spieprzone tryby?! Nie wystarczyłoby „włącz”?! Wtedy nic by się nie mogło popsuć…

Lampka tak mnie spieniła, że ją wyłączam i przez chwilę jadę na samym Cateye’u. Po chwili jednak stwierdzam, że nie ma co się obrażać na rzeczywistość i że mimo dyskoteki z lampką chińską (w dowolnym trybie świecenia) widzę w każdym razie lepiej niż bez niej, więc od tej pory włączam ją na stałe, co jakiś czas korygując tylko tryb, a z czasem i z tego rezygnując. Nawet przy strobo (bardzo szybkim, uniemożliwiającym akomodację) da się jakoś jechać ;)

A tymczasem droga wije się wśród lasów oraz pól i ogólnie nie bardzo wiadomo, czy to ta droga. Pierwsza wieś „Krzówka”, a na mapie mam napisane „Krzyżówka” – błąd na mapie czy w mojej nawigacji…? Dość długo nie ma żadnej kolejnej wsi, potem są dwie, których nazwy nic mi nie mówią i wreszcie jest – Adamów – dobra nasza, to tędy! :)

Bardzo dobra jest też nawierzchnia – jestem zbudowany postawą tutejszych drogowców ;)
W Wojcieszkowie wylatuję na drogę Kock-Łuków i nawierzchnia się pogarsza, ale ja już poczułem cel, więc rwę do przodu. Jeszcze godzina i o 00:45 staję na dłuższy postój na całodobowej stacji w Łukowie. Jedzenie, napój energetyczny, toaleta, zmiana butów. Chyba z pół godziny tam spędziłem, szukając motywacji do dalszej jazdy. Wreszcie znalazłem: stąd będzie już z każdą chwilą coraz bliżej domu! :) Ruszam o godz. 01:15, a licznik pokazuje 277 km…


Do Stoczka Łukowskiego trasa bez historii, wyznaczana ciągła walką z kiepską dość nawierzchnią i – w konsekwencji – ze zmieniającą jak w kalejdoskopie tryby lampką. Podczas krótkiego postoju za Stoczkiem widzę na niebie najpierwsze oznaki świtu – dobra nasza! Od Wilchty jest już na tyle widno, ze całkowicie gaszę przednie lampki, przetrwałem noc! A na liczniku 325 – będzie dobrze!

Teraz troszkę błądzenia po bocznych (acz tym razem nieźle oznakowanych drogach) – przez Warszawice i Dziecinów docieram w znane mi z wielkanocnego wypadu okolice mostu w Górze Kalwarii. Powoli też zrywa się wiatr. Północny. Nie tak źle, choć mogło i miało być lepiej…

Za Wisłą znów te – zaskakujące w tym miejscu – pagórki. Mając w nogach już ponad 350 km oraz za sobą kilkanaście godzin w siodle nie chce się, oj nie chce się pedałować pod górę… No, ale trzeba, bo takie mini-czechy będą już właściwie aż do samej Łodzi. Trudno, jak nie ja dam radę, to kto?! ;)

400 km stuka mi w Grójcu i uświadamia mi, ze jestem już bardzo, ale to bardzo zmęczony. Widać różnicę w formie z poprzednia poważną trasą („Pikuś z Przodkiem”) – wtedy byłem po wyprawie i chyba w życiowej kondycji, teraz jestem po przerwie i właściwie "z marszu", i mimo że trasa jest przecież o niebo łatwiejsza – „wysiadam”. No, ale przecież dojadę! :)

A tymczasem „mini-czechy” trwają w najlepsze, a ja sukcesywnie skracam dystanse między moimi zwyczajowymi mini-postojami. Na początku było to 30 km, potem przez większość trasy 25, od Łukowa już 20, a teraz 15. Oj, źle się dzieje, panie… Wreszcie, kiedy gdzieś między Białą Rawską a Rawą robię kolejny „postoik” po 8 (!!!) km od poprzedniego, dochodzę do wniosku, ze tak dalej być nie może. Wyłączam audiobooka, wrzucam Rammsteina i w pedał. Pomogło. Na raz dociągnąłem dobrze za Rawę, znów ponad 20 km, a na liczniku już 456 i za 10 padnie rekord życiowy. Widać przyczyna była w dużej mierze psychologiczna ;)

Następny kęs to już Rogów, gdzie zatrzymuje mnie zamknięty przejazd kolejowy. Wykorzystuję to na kolejny postój, ale już wiem, że teraz mnie nic nie powstrzyma. Na liczniku 470, rekord pobity, zostało ok. 35.

Przez Brzeziny przelatuję dość żwawo, jednak wyjazd z kotliny tuż za miastem pokazuje mi skalę zmęczenia – pod górkę wyprzedza mnie dość swobodnie jakiś wsiowy chłopiec na marketowcu. Cóż to jednak znaczy motywacja – po chwili ja go wyprzedzam i następny raz widzę dopiero podczas ostatniego „postoiku” przed Gałkówkiem :)

MakSzynka w menu w Andrespolu ;)


Stąd już z górki: Andrespol, tablica „Łódź” na Rokicińskiej a tuż za nią… stuka mi 500 km trasy. Unoszę ręce, jakbym wygrał etap Tour de France! Kierowcy dziwnie patrzą ;)

Trasą przez Janów, Ofiary i Młynek kończę ten wypad po rekord. Do domu docieram całkowicie zmordowany i nieźle obolały (stopy, dłonie, prawy Achilles, trochę kolana, kark, krocze…) i nawet nie bardzo mam siłę się cieszyć z wyczynu. Właściwie dopiero po trzygodzinnej drzemce do mnie dociera ;)

Łódź - Tomaszów - Radom - Dęblin - Łuków - Góra Kalwaria - Rawa maz. - Łódź
Życiówka. Czas całej wycieczki: 26:05.


PS. Z powodu "psychologicznego" pośpiechu, a potem zmęczenia nie miałem ochoty się zatrzymywać na zdjęcia - olałem nawet pod Przytycznem wielce inspirującą tablicę "Charlejów" (a co z Dawidsonowem? ;)
  • DST 513.24km
  • Teren 1.50km
  • Czas 20:41
  • VAVG 24.81km/h
  • VMAX 55.34km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 1503m
  • Sprzęt Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 25 grudnia 2009 Kategoria Surly-arch, Wycieczka, rekordy i hardkory

Nocny Maraton Rowerowy

czyli Od Zmierzchu do Świtu w najdłuższą noc roku ;)

Z Serweczem: Łódź - Uniejów - Koło - Krośniewice - Łowicz - Skierniewice - Jeżów - Brzeziny - Łódż

Chyba ze dwa lata temu przyszedł mi do głowy pomysł, żeby przejeździć najdłuższą noc w roku rowerem. Wszelako - o ile pamiętam - wówczas przyszedł mi on głowy już po świętach, a więc po ptokach ;) W zeszłym roku tak wyszło, ze nie miałem z kim jechac, a samemu w nocy jakoś łyso. Wreszcie w tym znalazł się Godny Towarzysz, więc ruszyliśmy :)

Przygotowani byliśmy na mróz, ostatnia niedzielna wycieczka przy -13 ujawniła braki w ekwipunku, więc przed świętami kupiłem rozmrażacz do szyb (żeby odmrażać napęd), pożyczyłem łapawice (żeby do środka wsadzić chemiczne ogrzewacze) i nakupiłem wysokokalorycznego żarcia (bo wyglądało na to, że przy mocno ujemnych temperaturach organizm pochłania coś z 400 kcal na godzinę (!)

Mróz jednak zawiódł, a zamiast tego na święta przyszła odwilż. Szczerze mówiąc, w to nam graj! Kiedy o 15:30 spotkaliśmy się na Pl. Wolności było 12'C. Właściwie chłodnawy sierpniowy wieczór mógłby wyglądać tak samo...

Start o 15:36, dokładnie o zachodzie słońca (wg Google). Prognoza mówiła, że w nocy temperatura ma spaść do +2 stopni i ma wiać silny zachodni wiatr. Póki co jednak jest prawie cisza. Uderzamy więc na zachód, żeby potem polecieć z wiatrem. Na pierwszy ogień: Koło.

Pomykamy w ciemnościach przez Lutomiersk, Puczniew, Mianów (gdzie zgubiłem część panelu od sigmy - usłyszałem, jak upada na ziemię, ale nie byliśmy w stanie znaleźć w ciemnościach - badziewny jest ten licznik i tyle :/), Kałów, Górę Bałdrzychowską, Porczyny, Uniejów (tu już zaczęło naprawdę solidnie wiać), Chełmno aż doKoła ;) Stąd miała być idylla: krajową "dwójką" prościutko na wschód...

I faktycznie, ruszyliśmy z Koła o 21:30 i leciało się bajecznie. Do Krośniewic nie schodziliśmy poniżej 30 km/h. Na skrzyżowaniu z krajową "jedynką" okazało się, że całość została gruntownie przebudowana i Krośniewice zyskały północną i zachodnią obwodnicę. Nareszcie skrzyżowanie dwóch najgłówniejszych dróg w Polsce jest bezkolizyjne :) Trochę co prawda z tego powodu nadrobiliśmy, ale warto było :)

Dalej nadal dobrze się leciało, aż do Łowicza, ale we znaki dało się już zmęczenie - mineło 9 godzin jazdy i zbliżaliśmy się do granicy 200 km. Prędkość spadła, ale wciąż utrzymywała się w okolicach 27 km/h. W sumie na odcinku od Koła do Łowicza średnią wywindowaliśmy z 23,5 na 25,5 :)

W mieście dłuższy postój na stacji benzynowej - kanapki, toaleta, rozgrzanie (zrobiły się zaledwie 3 stopnie) i takie tam ;) Okazało się, że Pan Sprzedawca ze stacji jest sakwiarzem i w bodaj w zeszłym roku wybrał się z kolegą z Domaniewic (koło Łowicza) do Rzymu :) czas leciał szybko na miłej pogawędce, ale trzeba było ruszać dalej.

Po dwóch kilometrach zawracamy - Serwecz zostawił na stacji portfel! :P Zguba się znalazła i znów lecimy (już przy raczej bocznym wietrze) na Nieborów. Siły powoli uchodzą - mamy w nogach 220 km i zaczynamy się zastanawiać nad tym, jak daleko jeszcze do łóżka. Zbliża się godzina 3 nad ranem...

W Skierniewicach robi się paskudna nawierzchnia i pod wiatr. Tempo spada błyskawicznie - z ok. 25 do ok. 15. Ten powrót będzie masakrą...

Do Jeżowa chcialiśmy dotrzeć skrótem przez Gzów (raz już tamtędy jechałem), ale skrót okazał się długawy (choć mniej-więcej zgodny z mapą) i w sumie nie wiem, czy zamiast zaoszczędzić kilometr aby z pół nie nadłożyliśmy. Poza tym nawierzchania była na nim kiepska, w nocy - nawet jak się ma dwie dobre lampki i jeździe obok siebie - to jednak jest to problem. No, ale wreszcie Jeżów. Odpoczywamy pod kościołem, ale krótko, bo zimno przy tym zmęczeniu już daje się we znaki. Po raz pierwszy zakładam na postoju puchówkę. Teraz już tylko pod wiatr...

Odcinek do Brzezin ciągnie się niemiłosiernie. Pagórki i coraz okropniejszy wmordęwind. Jak na zbawienie czekamy na kolejne punkty orinetacyjne: zjazd do lasu, potem olbrzymi silos po prawej, przejazd kolejowy, nastepny (tym razem ostry - do 6% - zjazd), nastepny las i już "zajebiście długa wieś" przed Brzezinami, czyli Przecław. Wleczemy się jak krew z nosa, cały czas leciutko pod górę, ale niestety nie na tyle, żeby osłoniło od wiatru, który dochodzi już - tak na oko - chyba do 8 m/s! Masakra!

W Brzezinach zatrzymujemy się na czynnej - na szczęście! - stacji. Wciągamy po kanapce, pijemy gorącą herbatę i cholernie niemrawo ruszamy dalej. Zaczyna świtać...

Prawie załamuje nas drogowskaz "Łódź: 19 km" - ja pierdziu, pod taki wiatr to będzie jeszcze z półtorej godziny!! I rzeczywiście tyle jechaliśmy - ze stacji wyruszyliśmy punkt siódma, a na Pl. Wolności jesteśmy o 8:30, czyli 41 minut po czasie (wschód słońca był o 7:49). No,ale JESTEŚMY!! Pamiątkowa fotka z sylwestrową estradą na Kościuszce, wzajemne podziękowania i każdy leci do siebie.

300 km stuknęło mi tuż przed placem, więc plan zrealizowany. Do domu docieram absolutnie wypluty. Patrzę na średnią: od Skierniewic spadła z 25,5 do 23. W sumie i tak nieźle. Potem wyliczyłem, że ostatnie 75 km jechaliśmy ze średnią 16,3. Spodziewałem się raczej 14...

Nic to, udało się! Najdłuższa noc w roku przerowerowana! Trzysetka w grudniu (i zarazem druga w moim życiu zimowa, a raptem piąta w ogóle - zaś dla Serwecza to w ogóle debiut na takim dystansie i zyciówka) zrealizowana! Hurra! No i spać...
  • DST 306.63km
  • Czas 13:20
  • VAVG 23.00km/h
  • VMAX 45.05km/h
  • Temperatura 4.0°C
  • Podjazdy 951m
  • Sprzęt Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 8 sierpnia 2009 Kategoria Surly-arch, Wycieczka, rekordy i hardkory

Pikuś z Przodkiem, ale prawie bez tyłka ;)

Pomysł zrobienia w tym roku 400 km w ciągu doby chodził mi po głowie już od roku zeszłego. Ale że w czerwcu, kiedy pora teoretycznie najlepsza po temu (najkrótsze noce), jakoś się nie zebrałem, a w lipcu byłem na wyprawie, to już się niemal wewnętrznie pogodziłem z faktem, że trzeba to przełożyć na rok przyszły. Wszelako w ostatnią środę przyszło mi do głowy, żeby jednak spróbować. Jest dobra, stabilna pogoda (raczej odmiennie niż było w czerwcu ;) noce jeszcze nie takie długie (ok. 8 godzin ciemności), no i po wyprawie jestem w życiowej formie. Zaplanowałem, przygotowałem się zarywając sporą część poprzedniej nocy przy brydżu i śpiąc "na zapas" w ciągu dnia kilka godzin przed startem i wyruszyłem w piątek o godz. 21. Była pełnia...

W nocy, odmiennie niż twierdziła prognoza, ale za to zgodnie z wieloletnimi obserwacjami, jest bezwietrznie. Też dobrze. Miało wiać w plecy, ale niech tam! Trochę męcząco leci się drogą nr 14, bo jednak TIRów sporo. Pierwszy krótki postój w Łasku - teraz zjeżdżam na boczną drogę na Widawę. Tamże drugi postój. Jedzie się świetnie - księżyc przyświeca, lampka też całkiem skutecznie, droga pusta, nie wieje. Żyć nie umierać.

W Wieluniu, tuż za trzecim postojem, stuka mi pierwsza setka. Machnąłem ją w 4h wliczając postoje! :D Od niechcenia zastanawiam się, czy to trochę nie za szybko i czy nie przyjdzie mi za to tempo (średnia ok. 28) później zapłacić... No, ale tak dobrze się leci, mamo... ;)

Kolejny postój w Kluczborku i już mam system: zatrzymuję się przy ławkach, zdejmuję buty i na chwilę się kładę. Nie dlatego, żebym był senny – po prostu stwierdzam, że w ten sposób nie pracują żadne części ciała potrzebne podczas jazdy. Zdjęcie butów pozwala natomiast zapobiec drętwieniu stóp, które mnie z reguły dopada na dłuższych dystansach – zwłaszcza w SPD. Na szczęście nie jest bardzo zimno – najniższa zanotowana temperatura to 9,4 stopnia, więc nawet na postojach (średnio po 10-12 minut) nie zdążę zmarznąć :)

Wreszcie o 4:15 rano docieram do Opola – myślę sobie „dobra nasza, 180 km w 7:15 godzin – nieźle!). Tuż za miastem zastaje mnie świt i... objazd na planowanej trasie! Hmm... dodatkowe kilometry mi chyba niepotrzebne – walę prosto na zamknięty odcinek – chyba się przebiję...? Przebiłem. Co prawda pół kilometra ryłem w piachu pod lekką górkę, ale chyba jednak mimo wszystko na tym wygrałem, bo objazd wyglądał z mapy na dość długi.

Prudnik. Wyliczyłem sobie, że jeśli będę tu o siódmej, to powinienem zdążyć na pociąg o 21:30 z Kłodzka przy założeniu, że górach dam radę jechać ze średnią 20 km/h i nie przesadzę z postojami. Sporo tych warunków... No, ale pierwszy niemal spełniony: w Prudniku jestem o 7:05. Walę na Głuchołazy. Zgodnie z przewidywaniami w dzień zaczyna wiać. Niestety – wbrew prognozom nie z północo-wschodu-wschodu, tylko z... południowego zachodu! No shit – niemal dokładnie w pysk!! Na szczęście wieje póki co słabo. Ale nie nastraja mnie to pozytywnie, oj nie nastraja...

W Głuchołazach, po 250 km, decyduję się na ciut dłuższy postój – trzeba wreszcie zjeść coś konkretniejszego (bułka, parówka – dotąd jadłem tylko słodycze) i uzupełnić zapas wody i soku. Staję przy Biedronce. Jest ósma rano i już robi się upał...

W Czechach na dzień dobry jest podjazd. Wyprzedza mnie trójka kolarzy amatorów. Jadą tylko ciut szybciej niż ja, więc przez chwilę próbuję dotrzymać im koła, ale jednak te 2 km/h pod około pięcioprocentową górkę robią różnicę. Odpuszczam – nie chcę się przemęczyć. Za chwilę i tak mam swoją satysfakcję, bo doganiam sporą grupkę rowerzystów, w tym kilka dziewczyn. Kręcą dzielnie pod górkę, ale i tak po chwilę zostawiam ich z tyłu. Dwóch próbuje dotrzymać mi tempa, jeden nawet wyprzedza, gdy górka wyostrza do ośmiu procent, ale po chwili już stoi i dyszy, a ja spokojnie mijam wypłaszczenie i jadę dalej : ) Ale fajni ci Czesi – tak się wybrać w kilkanaście osób (nie kolarzy) na wycieczkę rowerową po górach – kurczę, zazdroszczę im, że mają tylu zapalonych rowerzystów! W ogóle w Czechach przez cały spotykam mnóstwo bajkerów – po Polsce ma się wrażenie, jakby się przeniosło na inną planetę. Nie liczyłem, ale momentami wydawało się, że rowerów było więcej niż aut. Ech...

Tymczasem podjazd ciągnie się bez większych przerw aż do Vrbna pod Pradedem, gdzie i ja chwilę odpoczywam. Dalej do Karlovej Studanki znów pod górę, a tam już się zaczyna właściwy podjazd na Pradziada. Wchodzę w niego z marszu. Znak ostrzega przez 12% na odcinku 6 km. Jak zwykle jest to wierutna bzdura. Co prawda rzeczywiście jest 6 km do pierwszego wypłaszczenia, ale procent średnio raptem 7,5 i to bez istotnych różnic w nachyleniu. Ot, siedem do ośmiu przez cały czas. A do tego świetna nawierzchnia i droga bez agrafek. Ot, lekki zakręt od czasu do czasu, bo szosa trawersuje stromy stok. Świetnie poprowadzona!

Tu już jest bajkerów na kopy!! Wyprzedzam między innymi gościa na trójkołowej poziomce z lusterkiem wstecznym przymocowanym do głowy (nie do kasku, tylko na opasce bezpośrednio do głowy!), a mnie wyprzedza kilku kolarzy. Tempo mają dla niewyobrażalne. Ja jadę ok. 9 km/h, a oni – tak na oko – ze dwa razy szybciej. Uch... Na podjeździe robię jeden krótki postój dla pogłębienia oddechu, a potem już cięgiem przez tłumy kłębiące się pomiędzy schroniskami usytuowanymi na ok. 1200 m a szczytem. Wygląda na to, jakby pół Czech przyjechało tu na spacer bądź na rower! :) Co to będzie na zjeździe...? Stąd też pogarsza się nawierzchnia, aczkolwiek wciąż jest to lity asfalt, jeno nieco dziurawy.


Tuż pod szczytem wyprzedzam kilkoro ostatnich rowerzystów i już. Schronisko szczytowe. Luda kupa. Niezbyt fajnie w związku z tym, ale przynajmniej ma mi kto zrobić fotę ;)


Fajny jest też pomysł, żeby na szczycie wypożyczać takie śmieszne duże hulajnogi, na których ludzie sobie zjeżdżają. Sam kiedyś chciałem otworzyć tego typu biznes na Morskim Oku, ale u nas by to raczej nie przeszło, boć to wszak Park Narodowy przez Duże Pe i na rowerach nie wolno... Za to konie srać mogą, ile wlezie :p


No, w każdym razie o 12:20 wysyłam SMS to Transatlantyka, że Pradziadek (i zarazem pierwszy BIG) padł i o po przebiórce w suche i cieplejsze (na podjeździe się oczywiście spociłem, a teraz zrobiło się pochmurno i chłodno, jest raptem 17 stopni) rozpoczynam zjazd. Nawet nie jest tak źle – lawirując wśród tłuszczy i nie przekraczając 40 km/h zjeżdżam dość pewnie i tylko kilka razy muszę się wydrzeć „pozor!!!” na tłumoków, co ławą suną, zajmując całą (niemałą) szerokość szosy. Od schronisk robi się znacznie przyjemniej – asfalt prawie idealny, a droga pusta. Składam się w lemondkę i niemal nie schodzę poniżej 60 km/h, bo i zakrętów ostrzejszych jest bardzo mało, a agrafek zero. Bajeczny zjazd! Tam też wykręcam maksa wycieczki, a średnia wzrasta mi w ciągu 10 minut o 0,5 km/h mimo, że właśnie stuknęło mi 300 km trasy :)

Z Kralovej Studanki znów pod górkę i cieplej. Rozbieram się i z marszu wjeżdżam z 800 m na bezimienną przełęcz 1041 m. Nawierzchnia kiepska, ale na zjeździe daje się jechać 40-45. Za chwilę następny podjazd: z 750 na 930.


Na przełęczy Videlsky Kriż zatrzymuję się tylko na fotkę i pędzę dalej. W Belej pod Pradedem jestem tuż po godz. 14. Dwie przełączki w 1,5h – nieźle ;)

No, ale teraz przede mną drugi BIG - Červenohorske Sedlo oraz dość silny już teraz i kołujący wiatr. Jednak podjazd okazuje się równomierny i dość łagodny, a wiatr raz pomaga, raz przeszkadza. Średnio 6-7% - 450 m przewyższenia wciągam bez postoju.


Na górze fotka i lecę dalej – przede mną długi zjazd do Šumperka położonego ciut powyżej 300 m npm. W Velkich Losinach zatrzymuję się przed barem i szybko zjadam gulasz z bułką. Uff, potrzebny mi był jakiś solidniejszy posiłek! Przy ruszaniu udaje mi się załapać za traktor ciągnący 40 km/h – jedzie się bajecznie, ale krótko, po jakichś 3 km traktor odbija. Jednak od tego miejsca wiatr wiejący generalnie z kierunków południowych zaczyna wreszcie pomagać. Aż do Olšan lecę jak szalony – 30 praktycznie nie schodzi z licznika, a najczęściej jest to 35-40. Jednak pod koniec tego odcinka zaczyna się już podjazd. Nie jest ostro – 3-5%, ale prędkość oczywiście spada. W głowie kalkuluję swoje szanse zdążenia na pociąg o 21:35 z Kłodzka. Są mizerne – co prawda średnia 20 km/h po górach jest utrzymana (głownie dzięki szalonemu odcinkowi od Velkich Losin), ale ewidentnie za długo zeszło mi na postojach (mimo że ograniczyłem je - jak na swoje możliwości - do niezbędnego minimum) i teraz albo pora grzać prawie ciągiem albo zrezygnować z nocnego powrotu do Łodzi i pogodzić się z noclegiem w Kłodzku. O godz 17:40 w Červenej Vodzie przeliczam raz jeszcze kilometry na potrzebny na ich pokonanie czas (przede mną m. in. podjazd na ostatni BIG) i stwierdzam, że mam szansę zdążyć. A więc w pedał!


Na Suchym Vrchu melduję się o 18:20. Podjazd okazał się łatwy – 6 km około pięcioprocentówki, potem 3 km trzyprocentówki i ostatni kilometr to ok. 7-8%. Jedynym problemem okazały się roje much – kompletnie uprzykrzyły mi ostatni odcinek, z olbrzymim trudem się od nich oganiałem. Najbardziej pomagała jazda na stojąco, ale nie dałem rady tak pokonać całego podjazdu ;) Na ostatnim kilometrze stuknęło 400 km wycieczki. Hurra, dałem radę!!! Teraz choćby potop! ;)


Szybkie foty, przebiórka, bo zaczęło się już ochładzać i pędzę z powrotem. Zjazd średnio szybki, bo najpierw kiepski asfalt, a potem agrafki, ale tuż po 19 jestem z powrotem w Czerwonej Wodzie. Wysokość 540 m, a Kłodzko leży na 300. Mam przed sobą ok. 55 km i niecałe 2,5 godziny... Jeśli nie będę miał jakiejś awarii to dam radę! :D

Odcinek przez Borikovice okazał się nieźle pagórkowaty, ale oto już z rozpędu lecę przez granicę i widzę drogowskaz: Kłodzko 43. Mam dwie godziny – dobra nasza! Do Międzylesia głownie w dół, a w samym miasteczku wredna kostka. Dwa kilometry dalej staję, żeby założyć lampki (słońce powoli chyli się ku zachodowi) i chwilę odsapnąć. Zostało mi 35 km i ciut ponad 1,5 h. Żeby zdążyć spokojnie kupić bilet, to teraz już trzeba cięgiem. Pędzę. Gdy tylko jest choćby minimalnie dół, 35 nie schodzi z licznika. Niestety dość często jest pod górę i to miejscami dość ostro. Ot, takie trzydziestometrowe hopki do 7% nachylenia. Droga bardziej w czeskim stylu niż te, którymi jechałem w Czechach! Oczywiście to spowalnia, ale Kłodzko się nieubłaganie przybliża. Bystrzyca. Jeszcze 15 km i godzina z kilkoma minutami. Zdążę!

Wreszcie wpadam do miasta. Odrobinkę błądząc przelatuję je praktycznie całe i wreszcie rozpoznaję okolice dworca głównego. Jest godzina 20:58, kiedy zajeżdżam przed budynek dworcowy. Udało się!!! : )))

Nie zaprzeczę, zmachany jestem solidnie, ale widać, że były i rezerwy, skoro dałem radę tak przycisnąć pod koniec. Uświadamiam sobie, że gdybym musiał, to i do 500 bym dociągnął... Chociaż nie wiem - tyłek boli masakrycznie.
No, ale na szczęście (niestety? ;) nie muszę, bo pociąg odjeżdża właśnie stąd. No trudno, wsiadam ;)

Powrót trochę z przygodami, bo pociąg opóźnił się o prawie 2h z powodu potrącenia kogoś, kto szedł po torach (!!), ale wreszcie o 7:30 docieram do domu. Teraz już naprawdę czuję tę trasę i to nie tylko w nogach – chyba wszystko mnie boli ;) Spaaaać...

Podsumowanie: Oczywiście rekord życiowy. Nie tylko dystansu, ale i sumy podjazdów, a także liczby BIGów zaliczonych w ciągu dnia (3). Ładnie podeszły, że były tak blisko siebie ;)
Czas jazdy i postojów łącznie: 23h 58m.
Muszę przyznać, że udało mi się pięknie uKORONować niezwykle udany sezon :)

Trasa: Łódź - Wieluń - Kluczbork - Opole (dotąd, czyli 180 km, po ciemku) - Głuchołazy - Vrbno pod Pradedem, Kralova Studanka, Praded (BIG, 1491 m), Kralova Studanka, przełęcz 1041 m, Vidly, przełęcz Videlsky Kriż (930 m), Bela pod Pradedem, Červenohorske Sedlo (BIG, 1013 m), Šumperk, Bludov, Červena Voda, Suchy Vrch (BIG, 975 m), Červena Voda, Międzylesie, Bystrzyca Kłodzka, Kłodzko.

A teraz trasa dla niepiśmiennych ;)
  • DST 464.43km
  • Teren 1.00km
  • Czas 19:27
  • VAVG 23.88km/h
  • VMAX 65.13km/h
  • Temperatura 23.0°C
  • Podjazdy 4256m
  • Sprzęt Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 29 kwietnia 2009 Kategoria Surly-arch, Wypad, rekordy i hardkory

Składakiem nad Wigry, dzień 1.

Łódź - Głowno - Łowicz - Sochaczew - Leszno - Nowy Dwór Maz. - Nasielsk - Strzegocin - Begno (musiałem się trochę cofnąć, bo zbyt ogólnikowa mapa nie nadawała się do jazdy gminnymi drogami, a drogi jakoś same nie chciały poprowadzić tak, jak sugerowała mapa) - Garnowo - Gołymin - Maków Maz. - Sypniewo (stąd fatalna droga) - Ostrołęka - Miastkowo - Nowogród - Korzeniste (stąd ponownie fatalna nawierzchnia i zapadający zmrok) - Poryte (nazwa w pełni uzasadniona!!) - Stawiski - Szczuczyn - Grajewo.

Męczący wiatr z SE.
Rekord! 8-) (przy okazji z full bagażem tylnym)
  • DST 354.70km
  • Teren 1.00km
  • Czas 13:52
  • VAVG 25.58km/h
  • VMAX 45.00km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Podjazdy 915m
  • Sprzęt Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 7 marca 2009 Kategoria .Schwinn-arch, Wycieczka, rekordy i hardkory

Nieplanowany rekord :DDD

Łódź - Szczawin - Anielin Swędowski - Stryków - Koźle - Popów Głowieński - Bielawy - Sobota - Urzecze - Zduny - Złaków Borowy - Kiernozia - Sanniki - Gąbin - Płock - Murzynowo - Dobrzyń nad Wisłą - Włocławek - Kowal - Krośniewice - Łęczyca - Ozorków - Zgierz - Łódź
Szczegóły:

Miała być ambitna wycieczka okrężną drogą do Włocławka i powrót pociągiem. Taka była idea Wilka i tak miała być realizowana. Z czasem przyszła refleksja, żeby zamiast płacić za pociąg powrotny, zapłacić za nocleg w schronisku PTSM, a wrócić nazajutrz rowerem. Z takim planem pojechałem na spotkanie Wilka (stanęła umowa: o 13:00 w Sannikach).

Po chwili (6,5 km po mieście) już wracałem. Nawaliło mi siodełko! :o
W domu szybka wymiana na to z Authora i znów w drogę. Finalnie wyjechałem o godz. 8:30 - dokładnie godzinę później niż planowałem...

Do Sannik jechało się nie za fajnie, bo wiało w twarz (wprawdzie lekko, ale jak to zwykle bywa - upierdliwie) i była mżawka - od Strykowa urozmaicana niekiedy śniegiem.

Sobota, ośle! ;)


W związku z tym po pierwszej setce i spotkaniu Wilka w Sannikach (gdzie spóźniłem się o 10 minut) nastrój miałem niezbyt bojowy. Na dodatek podczas jedzenia na przystanku (brak baru w całym miasteczku!) koszmarnie zmarzłem.

Ale cóż to jednak znaczy dobre towarzystwo (a może zmiana kierunku i chwilowy koniec walki z wiatrem? A może pełny żołądek? A zapewne wszystkie te kwestie naraz ;) - po kilku kilometrach i rozgrzaniu się, odżyłem.

Ciągnęliśmy z Wilkiem równo aż do Płocka, tutaj zatrzymaliśmy się na zdjęcia pod katedrą oraz kawę/herbatę w pobliskiej pizzerii. Do Włocławka pozostawało 60 km i zbliżała się godz. 16.

Na pierwszym odcinku wiatr trochę przeszkadzał, bo zrobił się jakby północno-zachodni, ale za to po pierwsze przestało padać, a po drugie przed Dobrzyniem wykręciliśmy nieco na zachód i było już git, i jechało się naprawdę przyjemnie z wiatrem z tyło-boku. Na tamę Jeziora Włocławskiego zjechaliśmy krótko po zmroku (piękny zjazd - prędkość maksymalna trasy - tak szybko po ciemku jeszcze na pewno nie jechałem! ;)

Przez miasto przeprowadził nas GPS i już jesteśmy na dworcu. Podziękowaliśmy sobie za świetną wycieczkę, Wilk wsiadł do pociągu do Wawy i tyle go widziałem ;)
Ja zaś po konsultacji z domem w sprawie prognozy na jutro i decyzji, że warto zostać, pojechałem na ul. Mechaników do znajomego schroniska PTSM. Po drodze stuknęło mi 215 km trasy.

W schronisku pan recepcjonista był miły, ale stanowczy: miejsc brak. Mogę jechać do drugiego schroniska na ul. Łęgską.
- A tam będą miejsca?
- Tak.
No to pojechałem. Okazało się, że jest to po drugiej stronie miasta i że przejeżdżaliśmy pod tym schroniskiem jadąc na dworzec. Może gdybym o tym był wiedział, wstąpiłbym zapytać o miejsca... a tak to miejsc brak!! Są jakieś zawody koszykarskie i schronisko jest pełne zorganizowanych grup. Pani jednak przejęła się moim losem i zaczęła dzwonić po znajomych pensjonacikach z cenami podobnymi do schroniskowych (to PTSM kosztuje już 30 zł?!) w sprawie miejsc.

Ona dzwoniła, a we mnie kiełkowała decyzja... Skoro we Włocławku mnie nie chcą, a ja mam i tak z samego rana jechać do Łodzi "jedynką"... to po co czekać do rana? Teraz i ruch będzie mniejszy, i wiatr idealnie w plecy (nazajutrz miał skręcić na północno zachodni - też dobry, ale już nie idealny), i nie pada, no i byłby to rekord...

Pani mi w końcu znalazła miejsce, ale ja - skorzystawszy u niej z możliwości przebiórki w czyste rzeczy (w tym zakupione przedwczoraj w Lidlu pierwsze w moim rzyciu ;) gacie z "pampersem" - uratowały mi tyłek!! ;) - już nawet tam nie pojechałem. Pogrzałem prosto do trasy nr 1 i do domu. Na wylocie z Włocławka była godz. 20:30, a ja miałem przejechane 222 km...

Jedynka sobotnią, bezksiężycową nocą jest drogą dość przyjazną dla rowerzysty (okazało się, że jednak księżycową, jeno zachmurzenie 100% odebrało możliwość dowiedzenia się, że była niemal pełnia - późniejszy przyp. aut.). Po pierwsze, ma szerokie pobocze z rzadka tylko usiane dziurami - mając przyzwoitą lampkę i zachowując czujność, można je omijać nawet kiedy jest się wyprzedzanym. Po wtóre, tych wyprzedających nie było znów tak wielu, ot 2-3 auta na minutę, po trzecie naprawdę wiało mi idealnie w plecy. Mimo ciemności i zmęczenia ciąłem więc równo, sądząc po przełożeniach i kadencji średnio ok. 26-28 km/h. A momentami zdrowo powyżej 30 i to bynajmniej nie na zjazdach!

Na co trzeba uważać jadąc tamtędy po ciemku? Na przystanki PKS - wcinają się one w pobocze krawężnikiem i grubo ciosaną kostką - gdyby wpaść przy pełnej prędkości na taki krawężnik, to raz, że wywrotka, a dwa - pęknięta obręcz. Na szczęście jakoś widać te przystanki z daleka. Trzeba też uważać, którą stację benzynową wybiera się na postój (więcej niż siku w szczerym polu grozi wymarznięciem, trzeba było robić postoje w cieple). Otóż niektóre z nich są imprezowniami dla miejscowej - niezbyt wysokich lotów - młodzieży. Ja trafiłem na taką jedną. Przetrwałem, nawet nie było groźnie, ale na pewno mniej przyjemnie niż na szosie :p

Tuż za Krośniewicami znów zaczęło padać. Początkowo to zignorowałem, ale kiedy minąłem Łęczycę, a śnieg z deszczem nie ustawał, postanowiłem jednak założyć kurtkę :p Oczywiście do tego momentu byłem już przemoczony, ale od czegóż jeszcze jedna czysta kolarska koszulka na zmianę? :) To był chyba najdłuższy popas w drodze powrotnej - grzałem się na stacji z pół godziny, a koło mnie dwóch wioskowych panów w tym czasie wywaliło ponad 200 zł na jednorękiego bandytę...

Wreszcie, tuż po północy, znów jechałem. Przez chwilę nawet nie padało i już zaczynałem żałować swojej przebiórki, kiedy sypnęło zdrowiej. W Ozorkowie padł rekord życiowy (stuknęło 304 km), a kurtka była idealnie mokra (oczywiście z zewnątrz - trzeba czegoś więcej niż siąpienia, żeby przemoczyć goretex ;) Spodnie (jak najbardziej przemakalne) oczywiście też. Ale że to syntetyczne skiny z długą nogawką, więc wciąż grzały. O dziwo buty przemiękły mi ostatecznie dopiero na rogatkach Zgierza :p

Ale wtedy to już było mi wszystko jedno i ciąłem do domu. Choć może to nie najtrafniejsze określenie. Z powodu zmęczenia tempo nieco jednak siadło i kończyłem z prędkościami rzędu 21-23 km/h. Przez całą Łódź śmignąłem z zaledwie jednym postojem na światłach - nic dziwnego, była godzina druga w nocy. Przejeżdżając obok "mojego" parku, pozwoliłem sobie na głośny okrzyk radości. Jeszcze rundka honorowa wokół bloku (żeby stuknęło 333 :p) i już ściągałem z siebie mokre ciuchy. SMS że "wszystko w porządku i że ŁAŁ! do Transatlantyka, który jako jedyny wiedział o mojej nocnej jeździe, szybki wpis na BS i spaaaać...

PS. Gwoli własnej pamięci: na ostatnich kilometrach najbardziej bolały mnie dłonie. Trochę mniej przedramiona. Wniosek: warto kończyć trasę za dnia, żeby móc pod koniec dużo jechać na lemondce. Po zmroku to jednak strach...

Więcej zdjęć tutaj.
  • DST 333.16km
  • Teren 0.50km
  • Czas 13:28
  • VAVG 24.74km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 2.0°C
  • Podjazdy 1064m
  • Sprzęt Schwinnka
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 28 czerwca 2008 Kategoria Wycieczka, .Schwinn-arch, rekordy i hardkory

Rekord rzyciowy ;)

Udało się! Planowany od miesiąca (i niefortunnie zapowiadany na dwa tygodnie temu) rekord padł! :)

Trasa.
(wyjazd o godz. 5:20) Łódź - Giemzów - Wola Rakowa - Czarnocin - Będków - Ujazd - Skrzynki - Rzeczyca - Nowe Miasto n. Pilicą - Odrzywół - Klwów - Potworów (yeah!) - Przystałowice - Przysucha - Rusinów - Drzewica - Dąbrówka - Idzikowice - Opoczno - Radonia - Smardzewice - Tomaszów Maz. - Ujazd - Wolbórz - Baby - Wola Biskupia - Tychów - Rzepki - Wola Kutowa - Pałczew - Wola Rakowa - Giemzów - Łódź (powrót o godz. 22:05)


Do Nowego Miasta sprzyjający, dość silny wiatr z zachodu, który potem skręcił na północny zachód i od Potworowa zaczął zdecydowanie przeszkadzać. W Przystałowicach boczny podmuch o mało mnie nie przewrócił! Od okolic Wolborza wiatr ucichł.
Za Przysuchą udało mi się załapać na "tunel" traktora - pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś takiego (że aż tak długo) - "ciągnął" mnie pod wiatr przez 13 km!! :D (do Dąbrówki) (aczkolwiek ciągnął wolno - ok. 20 km/h, co widać poniżej w pkt. 8, ale przynajmniej sobie podczas jazdy odpocząłem :)

Minirelacja z wycieczki

Statystyki
  • DST 303.58km
  • Teren 2.00km
  • Czas 12:40
  • VAVG 23.97km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 6 kwietnia 2008 Kategoria Wypad, .Schwinn-arch, rekordy i hardkory

Z Wrocławia po rekord

Wrocław - Oleśnica (2:01 h w trasie) - Syców (4:12 h) - Ostrzeszów (5:30 h) - Grabów nad Prosną - Brzeziny (7:40 h) - Błaszki (8:20 h) - Warta (9:35 h) - Szadek (11:20 h) - Lutomiersk (12:30 h) - Górka Pabianicka (13:02 h) - Łódź (13:45 h)
Do Sycowa przeciwny wiatr, dalej do Błaszek sprzyjający (tyło-boczny), stamtąd - boczny lub lekko z prawego przodu.
Minirelacja z wycieczki
  • DST 220.86km
  • Teren 1.00km
  • Czas 09:35
  • VAVG 23.05km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Blogi rowerowe na www.bikestats.pl