Wpisy archiwalne w kategorii
Wyprawa
Dystans całkowity: | 63151.48 km (w terenie 1122.82 km; 1.78%) |
Czas w ruchu: | 3517:07 |
Średnia prędkość: | 17.96 km/h |
Maksymalna prędkość: | 78.01 km/h |
Suma podjazdów: | 889235 m |
Maks. tętno maksymalne: | 150 (0 %) |
Maks. tętno średnie: | 128 (0 %) |
Suma kalorii: | 29686 kcal |
Liczba aktywności: | 744 |
Średnio na aktywność: | 84.88 km i 4h 43m |
Więcej statystyk |
Pirenoja, dz. 7
Wczoraj rest, roweru nie dotknąłem, ale zrobiłem rozciąganie (to już ten wiek ;-) i solidny spacer w ramach regeneracji. I chyba pomogło, bo dziś byłem szybki jak Wilk w rui ;-)
A było co jeździć, bo dziś trzy bigi. Co prawda na lekko (mimo że z dość wypchaną sakwą), ale po sumie podjazdów widać, że bynajmniej lekko nie było.
Ale przede wszystkim na dziś kiepska prognoza, potencjalnie już od 13 miało padać. Więc zebrałem się dość wcześnie (jak na mnie), bo start o 8:30. I trzeba przyznać, że jechałem sprawnie. Pierwszy postój po 8 km wymuszony, bo trza kupić chleb. W boulangerie spora kolejka i jedna niemrawa sprzedawczyni, więc trochę to potrwało, a przecież jeszcze trza było trochę tego chleba na śniadanie zjeść.
Potem już longiem 700m na pierwszego biga, Col de Puymorens (ok 2000 npm). Na górze jestem o 10 i mam średnią prędkość... 19 kmh! Kilka ciastek i zjazd z drugiej strony, ale tylko 150m.
Tu już początek podjazdu na Port d'Envalira (2406, chyba najwyższy punkt tej wyprawy). Nachylenia znów dla ludzi (średnio 6%), więc jadę gracko. Przejście graniczne do Andory bez kontroli, tylko szykana, żeby zwolnić. Potem spore miasteczko na podjeździe, nazwa i tablica francuska, ale marki sklepów już andorańskie. Nadal nie wiem, w którym formalnie państwie to leży :-)
I ruch jak na wielkanoc w USC! Jakoś się przebijam i dalej do góry na przełęcz. Na miejscu jestem o 11. Rewelacyjny czas! No i wciąż dobra pogoda (choć marna przejrzystość jak co dzień), więc jest spora szansa, że większość trasy zrobię na sucho. Zatem szybka kanapka i zjazd. Ładne widoki nawet :-)


A na podjeździe pod granicę tym razem regularny korek! Ze dwa kilometry! Dobrze, że wyruszyłem wcześnie i nie musiałem podjeżdżać w tych spalinach!

Potem trzeba podjechać te 140m na Puymorens i dalej już 27 km zjazdu z powrotem do Bourg-Madame. W Carrefour jestem o 12:40. Olbrzymi sklep i ciężko cokolwiek znaleźć, więc schodzi mi mnóstwo czasu i na kempingu jestem dopiero o 13:30 (a to raptem półtora kilometra).
Tu lancz z (wreszcie!) francuskimi pysznościami i o 14 odpalam na trzeciego biga. Zostało mi 37 km i 1100, pogoda wciąż okej, chociaż od strony Envaliry idą chmury i słychać grzmoty...
Na podjeździe na Coma Morera (bodaj 2200) już czuć nóżki plus jest fatalna nawierzchnia, więc jadę wolniej. Ale też jest bardziej stromo, wiec jednak te 700 m/h robię. Wciągam z jednym postojem i na górze jestem tuż przed 16. Stoję tylko chwilę i w pedał. Może cały dzień będzie na sucho...?
Zjazd jest koszmarny. Trzęsie i telepie prawie jak na bruku. A ostatnie dwa kilometry jednak w ulewie, a nawet gradzie! Dojeżdżam posiekany (aż piecze skóra od uderzeń gradu) i kompletnie mokry, ale to już bez znaczenia. Uderzam prosto do sanitariatów (jedyny dach), gdzie przeczekuję najgorsze, a potem biegiem po ręcznik i obozowe ciuchy. No i wreszcie gorący prysznic, pranie, a w międzyczasie się przeciera :-)
Korzystając z poprawy ruszam więc do Karfura po cydr (za pierwszym podejściem nie udało mi się go znaleźć, a jakże tak dwa wieczory we Francji z rzędu i bez cydru? :-/). Z trudem i pomocą sprzedawcy z rybnego w końcu znajduję i wracam na kemping. Pogoda znów się psuje, ale jeszcze zdążyłem kulturalnie zjeść przy stoliku i dopiero pod koniec pisania tej relacji znów przywaliło. Oby się przez noc wypadało!
A było co jeździć, bo dziś trzy bigi. Co prawda na lekko (mimo że z dość wypchaną sakwą), ale po sumie podjazdów widać, że bynajmniej lekko nie było.
Ale przede wszystkim na dziś kiepska prognoza, potencjalnie już od 13 miało padać. Więc zebrałem się dość wcześnie (jak na mnie), bo start o 8:30. I trzeba przyznać, że jechałem sprawnie. Pierwszy postój po 8 km wymuszony, bo trza kupić chleb. W boulangerie spora kolejka i jedna niemrawa sprzedawczyni, więc trochę to potrwało, a przecież jeszcze trza było trochę tego chleba na śniadanie zjeść.
Potem już longiem 700m na pierwszego biga, Col de Puymorens (ok 2000 npm). Na górze jestem o 10 i mam średnią prędkość... 19 kmh! Kilka ciastek i zjazd z drugiej strony, ale tylko 150m.
Tu już początek podjazdu na Port d'Envalira (2406, chyba najwyższy punkt tej wyprawy). Nachylenia znów dla ludzi (średnio 6%), więc jadę gracko. Przejście graniczne do Andory bez kontroli, tylko szykana, żeby zwolnić. Potem spore miasteczko na podjeździe, nazwa i tablica francuska, ale marki sklepów już andorańskie. Nadal nie wiem, w którym formalnie państwie to leży :-)
I ruch jak na wielkanoc w USC! Jakoś się przebijam i dalej do góry na przełęcz. Na miejscu jestem o 11. Rewelacyjny czas! No i wciąż dobra pogoda (choć marna przejrzystość jak co dzień), więc jest spora szansa, że większość trasy zrobię na sucho. Zatem szybka kanapka i zjazd. Ładne widoki nawet :-)


A na podjeździe pod granicę tym razem regularny korek! Ze dwa kilometry! Dobrze, że wyruszyłem wcześnie i nie musiałem podjeżdżać w tych spalinach!

Potem trzeba podjechać te 140m na Puymorens i dalej już 27 km zjazdu z powrotem do Bourg-Madame. W Carrefour jestem o 12:40. Olbrzymi sklep i ciężko cokolwiek znaleźć, więc schodzi mi mnóstwo czasu i na kempingu jestem dopiero o 13:30 (a to raptem półtora kilometra).
Tu lancz z (wreszcie!) francuskimi pysznościami i o 14 odpalam na trzeciego biga. Zostało mi 37 km i 1100, pogoda wciąż okej, chociaż od strony Envaliry idą chmury i słychać grzmoty...
Na podjeździe na Coma Morera (bodaj 2200) już czuć nóżki plus jest fatalna nawierzchnia, więc jadę wolniej. Ale też jest bardziej stromo, wiec jednak te 700 m/h robię. Wciągam z jednym postojem i na górze jestem tuż przed 16. Stoję tylko chwilę i w pedał. Może cały dzień będzie na sucho...?
Zjazd jest koszmarny. Trzęsie i telepie prawie jak na bruku. A ostatnie dwa kilometry jednak w ulewie, a nawet gradzie! Dojeżdżam posiekany (aż piecze skóra od uderzeń gradu) i kompletnie mokry, ale to już bez znaczenia. Uderzam prosto do sanitariatów (jedyny dach), gdzie przeczekuję najgorsze, a potem biegiem po ręcznik i obozowe ciuchy. No i wreszcie gorący prysznic, pranie, a w międzyczasie się przeciera :-)
Korzystając z poprawy ruszam więc do Karfura po cydr (za pierwszym podejściem nie udało mi się go znaleźć, a jakże tak dwa wieczory we Francji z rzędu i bez cydru? :-/). Z trudem i pomocą sprzedawcy z rybnego w końcu znajduję i wracam na kemping. Pogoda znów się psuje, ale jeszcze zdążyłem kulturalnie zjeść przy stoliku i dopiero pod koniec pisania tej relacji znów przywaliło. Oby się przez noc wypadało!
- DST 122.76km
- Teren 0.35km
- Czas 05:57
- VAVG 20.63km/h
- VMAX 60.50km/h
- Temperatura 27.0°C
- HRmax 150
- HRavg 128
- Kalorie 3072kcal
- Podjazdy 2690m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Pirenoja, dz. 5
Wreszcie zasnąłem bez problemu i to mimo stresiku związanego z dzikiem. Na szczęście strumień szumiał na tyle głośno, że żadnych dziwnych odgłosów nie było ;-)
Pobudka o 7. Ciepło, bluza znów niepotrzebna mimo że to 900 m npm. Szykowałem się na spokojnie, ale i tak wystartowałem o 9. Widać, że brak kibelka dużo zmienia :-P
Pierwsze kroki na dół do Berga, bo trza zrobić zakupy w ostatniej Mercadonie. Na zjeździe okazuje się, że mam do wymiany tylne klocki. Wczoraj kompletnie o tym zapomniałem :-/
Pod Mercadoną szybka wymiana, potem kibelek i zakupy. Godzinę mi zjadło. Ruszam już w solidnym upale. Trudno.
Ostry podjazd z powrotem na rozjazd nad Bergą i dalej fajną boczną szosą, która wcale nie robi wiecej podjazdów niż główna. Spokój, cisza i piękne widoki.

Potem szosy się łączą i lecę juz bardzo ruchliwą C-16. Zakazu nie ma i Hiszpanie jadą kulturalnie, tylko jakiś Francuz mnie otrąbił :-P
Przed Guardiolą jem lancz na fajnym parkingu z dżizasami, potem przez miasteczko i ostatnie 2 km główną do Baga. Tu już zaczyna się big, ale muszę nabrać wody, a nie bardzo jest gdzie. A jeszcze ślad coś pokręcony i prowadzi... schodami. W końcu wodę biorę z umywalki w nieczynnej informacji turystycznej i zaczynam podjazd.
Niezły. 5-9%, do tego niewiele, ale jednak trochę cienia. Mijam skały z przystawiającymi się łojantami oraz (chyba) obóz kondycyjny policji, bo najpierw widzę dwa radiowozy, a potem grupkę ludzi biegnacych w ich kierunku ze sporym (i niemal identycznym u wszystkich) ekwipunkiem. Dobrze, że się nie przyczepili, że nie mam kasku! ;-) A jeszcze mnie pozdrawiali :-)
Pierwszy postój po 300m, świeży to już dzisiaj nie jestem (w planach był dziś rest, ale na dziku nie bardzo :-P). Kolejny znów po 300, bo o dziwo jest woda. Spotykam tam szosowca spod Barcelony i chwilę gadamy. Następne 700m na dwa razy i pod koniec mam już raczej serdecznie dosyć. A jeszcze robi się wiatr w pysk.
No, ale wszystko się kiedyś kończy i Coll de Pal też, na wysokości 2100m. Ciepło, 28 stopni, więc od razu zjazd. Pierwsze 1,5 km to asfalt donikąd, a potem już szuter. Kamienisty albo kopny albo jedno i drugie. Odcinki ponad 20% sprowadzam, a jest ich kilka. Wolę tak niż zaliczyć szlify.

A sztywny rower z pełnym bagażem sprawuje się na takiej drodze nieco gorzej niż full ;-)
Wreszcie jestem w La Molina, tylko 4 km, a ok 500m w dół! Teraz już asfaltem, dobra nasza! Długi, falujący zjazd, potem trochę po płaskim, a na koniec leciutki podjazd do Puigcerda z niestety przodobocznym wiatrem. Tu wyprzedza mnie elektriczka, więc siadam na koło i zamiast 19 jadę 24 kmh :-)
W miasteczku ostatnie zakupy (mleko do kawy!) i jadę na kemping już po francuskiej stronie. O dziwo jest płasko, a myślałem, że granica to jakaś grań, ale na szczęście nie :-)
Kemping trochę zapuszczony, ale strasznie mily właściciel, dostaję kabel do namiotu (i mogę się kulturalnie i bezpiecznie ładować!), pożyczam krzesło i stolik, super! A cena 9 za noc! :-D
No to biorę na trzy noce, bo jutro wreszcie rest, a pojutrze 2 solidne bigi na lekko. Szkoda tylko, że rest w niedzielę, ale na szczęście ten mały market po hiszpańskiej stronie (raptem kilometr stąd) będzie czynny do 14. Dobre i to :-)
Pobudka o 7. Ciepło, bluza znów niepotrzebna mimo że to 900 m npm. Szykowałem się na spokojnie, ale i tak wystartowałem o 9. Widać, że brak kibelka dużo zmienia :-P
Pierwsze kroki na dół do Berga, bo trza zrobić zakupy w ostatniej Mercadonie. Na zjeździe okazuje się, że mam do wymiany tylne klocki. Wczoraj kompletnie o tym zapomniałem :-/
Pod Mercadoną szybka wymiana, potem kibelek i zakupy. Godzinę mi zjadło. Ruszam już w solidnym upale. Trudno.
Ostry podjazd z powrotem na rozjazd nad Bergą i dalej fajną boczną szosą, która wcale nie robi wiecej podjazdów niż główna. Spokój, cisza i piękne widoki.

Potem szosy się łączą i lecę juz bardzo ruchliwą C-16. Zakazu nie ma i Hiszpanie jadą kulturalnie, tylko jakiś Francuz mnie otrąbił :-P
Przed Guardiolą jem lancz na fajnym parkingu z dżizasami, potem przez miasteczko i ostatnie 2 km główną do Baga. Tu już zaczyna się big, ale muszę nabrać wody, a nie bardzo jest gdzie. A jeszcze ślad coś pokręcony i prowadzi... schodami. W końcu wodę biorę z umywalki w nieczynnej informacji turystycznej i zaczynam podjazd.
Niezły. 5-9%, do tego niewiele, ale jednak trochę cienia. Mijam skały z przystawiającymi się łojantami oraz (chyba) obóz kondycyjny policji, bo najpierw widzę dwa radiowozy, a potem grupkę ludzi biegnacych w ich kierunku ze sporym (i niemal identycznym u wszystkich) ekwipunkiem. Dobrze, że się nie przyczepili, że nie mam kasku! ;-) A jeszcze mnie pozdrawiali :-)
Pierwszy postój po 300m, świeży to już dzisiaj nie jestem (w planach był dziś rest, ale na dziku nie bardzo :-P). Kolejny znów po 300, bo o dziwo jest woda. Spotykam tam szosowca spod Barcelony i chwilę gadamy. Następne 700m na dwa razy i pod koniec mam już raczej serdecznie dosyć. A jeszcze robi się wiatr w pysk.

No, ale wszystko się kiedyś kończy i Coll de Pal też, na wysokości 2100m. Ciepło, 28 stopni, więc od razu zjazd. Pierwsze 1,5 km to asfalt donikąd, a potem już szuter. Kamienisty albo kopny albo jedno i drugie. Odcinki ponad 20% sprowadzam, a jest ich kilka. Wolę tak niż zaliczyć szlify.

A sztywny rower z pełnym bagażem sprawuje się na takiej drodze nieco gorzej niż full ;-)
Wreszcie jestem w La Molina, tylko 4 km, a ok 500m w dół! Teraz już asfaltem, dobra nasza! Długi, falujący zjazd, potem trochę po płaskim, a na koniec leciutki podjazd do Puigcerda z niestety przodobocznym wiatrem. Tu wyprzedza mnie elektriczka, więc siadam na koło i zamiast 19 jadę 24 kmh :-)
W miasteczku ostatnie zakupy (mleko do kawy!) i jadę na kemping już po francuskiej stronie. O dziwo jest płasko, a myślałem, że granica to jakaś grań, ale na szczęście nie :-)
Kemping trochę zapuszczony, ale strasznie mily właściciel, dostaję kabel do namiotu (i mogę się kulturalnie i bezpiecznie ładować!), pożyczam krzesło i stolik, super! A cena 9 za noc! :-D
No to biorę na trzy noce, bo jutro wreszcie rest, a pojutrze 2 solidne bigi na lekko. Szkoda tylko, że rest w niedzielę, ale na szczęście ten mały market po hiszpańskiej stronie (raptem kilometr stąd) będzie czynny do 14. Dobre i to :-)
- DST 74.68km
- Teren 5.00km
- Czas 05:14
- VAVG 14.27km/h
- VMAX 58.30km/h
- Temperatura 34.0°C
- HRmax 136
- HRavg 112
- Kalorie 1952kcal
- Podjazdy 1773m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Pirenoja, dz. 4
Wczoraj doszedłem do wniosku, ze skoro wszystkie kempingi w okolicy są pełne lub mają max jedno miejsce, to warto by zadzwonić na następny i sprawdzić, czy mnie przyjmą. Dzwonię i lipa. Camping Resort w Berga jest full, a mniejszy Fontfreda (znacznie wyżej, ale po drodze na biga)... też jest full. Nie ma gdzie spać. Więc wieczorem wyszukałem sobie nieźle wyglądające miejsce na dzika w pobliżu początku biga i tam dziś zmierzam. A skoro dzik, to nie ma sensu być tam zbyt wcześnie, żeby uwagi nie zwracać obozem. W związku z tym, rano działam zupełnie bez spiny. Po zakupie bagietki w kempingowym markecie odpalam dopiero o 9:50.
Na początek dalszy łagodny zjazd doliną Ter aż do Ripoll. Tu okazuje się, że o dziwo mimo 15 sierpnia niektóre markety są czynne! Mercadona i Lidl zamknięte, ale Esclat i Dia otwarte. Szok! Niemniej, akurat wczoraj kupiłem wszystko, co potrzebne (bo myslałem, ze todo będzie cerrado), więc nawet się nie zatrzymuję. Natomiast jem lancz na ławeczce na skwerze i ok południa wbijam się w dwie przełączki.
Upał niewąski, więc jade spokojnie i jakoś te metry lecą. Za drugą przełączką jest niewielki falujący zjazd do Vilady, a tam widzę znak "kąpielisko Gorg de Salt". Mam czas, mam ochotę na kąpiel, a gorże zawsze lubiłem, więc postanawiam się przejść w bok i zobaczyć, jak tam jest. Ok 500m skalistą ścieżką i widzę takie oto miejsce:

Wygląda super, ale ludzi mnóstwo, kilka psów i woda bardzo mętna, więc wchodzę tylko po kolana, żeby się schłodzić. Po kilkunastu minutach wracam do roweru i jadę dalej. A dalej jest lekko czeska trasa wzdłuż jeziora zaporowego na Llobergat (ta sama rzeka, któa w Barcelonie uchodzi do morza, tylko tam prawie nie ma w niej wody, a tutaj super jezioro! :)

Potem jeszcze ostry podjazd na rozdroże nad Bergą i zaczynam biga.

"Stary zamek" nad Bergą
Ale tylko ze 150m, bo po chwili już jestem na moim zaplanowanym dziku. Jest mnóstwo dżizasów porozrzucanych po lesie, są co najmniej dwa źródełka, siłownia na świeżym powietrzu, plac zabaw, obita spitami skała i... ćma narodu! Mnóstwo ludzi piknikuje, wszystkie dżizasy zajęte! Ale miejsce na nocleg się zdecydowanie nadaje, a ludzie przecież się wieczorem wyniosą, prawda? Więc jem późny lancz na o dziwo wolnej ławce (bez stolika), kitram sakwy w krzakach po drugiej stronie szosy (tu raczej nikt nie dociera) i ok. godz. 16 ruszam na górę. To jeszcze 1000 podjazdu, więc nie w kij dmuchał.

Biga robię na dwa razy, ale mimo że na lekko, to czuć już wyraźne zmęczenie. Niby VAM 700, ale mam trochę dosyć. Należałby się jutro rest (i taki był plan), ale na dziku to nie ma sensu (ani nawet się nie da, bo trza nałądować cały sprzęt!), więc trzeba będzie wytrzymać jeszcze jeden (oby tylko) dzień. A póki co z biga ładne widoki, ale przejrzystość powietrza fatalna, więc fotki słabe.

Zjeżdżam w niecałą godzinę i sprawdzam sytuację na dziku. O godz. 19 ludzi wciąż sporo, ale jednak juz znacznie mniej. Upatrzony wcześniej dżizas wolny, a z sąsiedniego właśnie się zbierają biesiadnicy (chyba z 15 osób z dostawionym dodatkowym stolikiem i kilkoma turystycznymi krzesłami!). Zajmuję swoje miejsce rowerem i sakwami, przebieram w kapielówki i lecę sie myć do rzeczki, póki nie jest chłodno. Aktualnie 27 stopni. Rzeka zimna, ale nie lodowata i o dziwo woda nie jakoś bardzo miękka, więc mycie jest nawet fajne :)
Potem sobie gotuję, krzatam się i spokojnie czekam, aż ostatni piknikowicze się zmyją. Nastepuje to dopiero o zmroku, więc w te pędy rozbijam namiot, póki jeszcze cokolwiek widać. A juz po zmroku na sąsiednie gniazdo dżizasów (ok 100m dalej) robi najazd wataha (jak sądzę) młodzieży. Świecą szperaczami, hałasują jakby tłukli o siebie butelkami PET, drą ryje... no klasyk. Na szczęście do mnie nie docierają i wreszcie jakoś przed 23 się zmywają. Nareszcie cisza... to znaczy strumyk dość głośno szumi, a poza tym spokój. Z lekkim stresikiem (z powodu tej młodzieży), ale jednak kładę się spać i o dziwo zasypiam niemal natychmiast...
Na początek dalszy łagodny zjazd doliną Ter aż do Ripoll. Tu okazuje się, że o dziwo mimo 15 sierpnia niektóre markety są czynne! Mercadona i Lidl zamknięte, ale Esclat i Dia otwarte. Szok! Niemniej, akurat wczoraj kupiłem wszystko, co potrzebne (bo myslałem, ze todo będzie cerrado), więc nawet się nie zatrzymuję. Natomiast jem lancz na ławeczce na skwerze i ok południa wbijam się w dwie przełączki.
Upał niewąski, więc jade spokojnie i jakoś te metry lecą. Za drugą przełączką jest niewielki falujący zjazd do Vilady, a tam widzę znak "kąpielisko Gorg de Salt". Mam czas, mam ochotę na kąpiel, a gorże zawsze lubiłem, więc postanawiam się przejść w bok i zobaczyć, jak tam jest. Ok 500m skalistą ścieżką i widzę takie oto miejsce:

Wygląda super, ale ludzi mnóstwo, kilka psów i woda bardzo mętna, więc wchodzę tylko po kolana, żeby się schłodzić. Po kilkunastu minutach wracam do roweru i jadę dalej. A dalej jest lekko czeska trasa wzdłuż jeziora zaporowego na Llobergat (ta sama rzeka, któa w Barcelonie uchodzi do morza, tylko tam prawie nie ma w niej wody, a tutaj super jezioro! :)

Potem jeszcze ostry podjazd na rozdroże nad Bergą i zaczynam biga.

"Stary zamek" nad Bergą
Ale tylko ze 150m, bo po chwili już jestem na moim zaplanowanym dziku. Jest mnóstwo dżizasów porozrzucanych po lesie, są co najmniej dwa źródełka, siłownia na świeżym powietrzu, plac zabaw, obita spitami skała i... ćma narodu! Mnóstwo ludzi piknikuje, wszystkie dżizasy zajęte! Ale miejsce na nocleg się zdecydowanie nadaje, a ludzie przecież się wieczorem wyniosą, prawda? Więc jem późny lancz na o dziwo wolnej ławce (bez stolika), kitram sakwy w krzakach po drugiej stronie szosy (tu raczej nikt nie dociera) i ok. godz. 16 ruszam na górę. To jeszcze 1000 podjazdu, więc nie w kij dmuchał.

Biga robię na dwa razy, ale mimo że na lekko, to czuć już wyraźne zmęczenie. Niby VAM 700, ale mam trochę dosyć. Należałby się jutro rest (i taki był plan), ale na dziku to nie ma sensu (ani nawet się nie da, bo trza nałądować cały sprzęt!), więc trzeba będzie wytrzymać jeszcze jeden (oby tylko) dzień. A póki co z biga ładne widoki, ale przejrzystość powietrza fatalna, więc fotki słabe.

Zjeżdżam w niecałą godzinę i sprawdzam sytuację na dziku. O godz. 19 ludzi wciąż sporo, ale jednak juz znacznie mniej. Upatrzony wcześniej dżizas wolny, a z sąsiedniego właśnie się zbierają biesiadnicy (chyba z 15 osób z dostawionym dodatkowym stolikiem i kilkoma turystycznymi krzesłami!). Zajmuję swoje miejsce rowerem i sakwami, przebieram w kapielówki i lecę sie myć do rzeczki, póki nie jest chłodno. Aktualnie 27 stopni. Rzeka zimna, ale nie lodowata i o dziwo woda nie jakoś bardzo miękka, więc mycie jest nawet fajne :)
Potem sobie gotuję, krzatam się i spokojnie czekam, aż ostatni piknikowicze się zmyją. Nastepuje to dopiero o zmroku, więc w te pędy rozbijam namiot, póki jeszcze cokolwiek widać. A juz po zmroku na sąsiednie gniazdo dżizasów (ok 100m dalej) robi najazd wataha (jak sądzę) młodzieży. Świecą szperaczami, hałasują jakby tłukli o siebie butelkami PET, drą ryje... no klasyk. Na szczęście do mnie nie docierają i wreszcie jakoś przed 23 się zmywają. Nareszcie cisza... to znaczy strumyk dość głośno szumi, a poza tym spokój. Z lekkim stresikiem (z powodu tej młodzieży), ale jednak kładę się spać i o dziwo zasypiam niemal natychmiast...
- DST 94.94km
- Teren 0.30km
- Czas 05:16
- VAVG 18.03km/h
- VMAX 65.90km/h
- Temperatura 34.0°C
- HRmax 142
- HRavg 116
- Kalorie 2092kcal
- Podjazdy 1944m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Pirenoja, dz. 3
Rano nadal ciepło, zwijam się jakoś bez pośpiechu i odpalam o 9:30. Na początek zakup bagietki w Sparze, a potem toczę się aż do Olota. Tutaj mam misję: wczoraj mocząc bandanę w Mercadonie zostawiłem na umywalce okulary słoneczne :/ Więc dziś trza kupić, bo zjazdy bez okularów są zwyczajnie niebezpieczne (owad w oko?). Sporawdziłem wczesniej w kilku zwykłych marketach, ale albo nie ma wcale, albo same "musze" modele. Na szczęście przed Olotem mnie olśniło: chiński market! W Hiszpanii są w każdym większym miasteczku, więc i tutaj powinien być, to szukam.
Market się znalazł, a nim olbrzymi wybór okularów w śmiesznych cenach (3-5 EUR). Wybieram najmniej niewygodne i już jestem uratowany. potem jeszcze lancz i zakupy w Mercadonie (ostatni market dziś) i dopiero jakoś wczesnym popołudniem ruszam dalej.
Po krótkim zjeździe ma sie zacząć ostry podjazd na przełączkę prowadzącą do doliny Ter. Fajnie, ale okazuje się, że droga jest z zakazem z powodu długich tuneli. To wyjaśnia "ostry podjazd" na mapie, ale nie ułatwia dalszej jazdy. Na szczęście jest sensowna alternatywa. Nie wiadomo wprawdzie, o ile więcej ma podjazdów (bo te w tunelach są przekłamane), ale nie ma jakoś dużo, więc układam trase w connect, zrzucam na Edga i heja. Przełączka wchodzi bezproblemowo, potem krótki zjazd do doliny i juz jestem na kempingu Els Roures w Sant Pau. Mają ostatnie wolne miejsce! Oglądam je i nie podoba mi się: jest tuż przy wjeździe, każde auto będzie mi świecić w namiot. Oprócz tego mnóstwo hałaśliwej dzieciarni i ogólnie rejwach, jak to w Hiszpanii. Kawałek dalej jest drugi kemping. Dzwonię i okazuje się, że też mają jedno miejsce. Proszę o zarezerwowanie na pół godziny i ryzykuję, że tam będzie lepiej. A tymczasem poważnie się zachmurzyło, a w oddali słychać grzmoty ze strony mojego zaplananowanego na popołudnie biga... No to jadę.
Faktycznie, miejsce wyraźnie lepsze (z dżizasem, prąd blisko, cień), więc cieszę się z tej decyzji. Obóz, kanapka, kitranie żarcia w cieniu krzaków i ok godz. 16 ruszam na biga. Czasem chmury, czasem słońce, wciąż gorąco, ale niekiedy grzmi...
Podjazd na Vallter 2000 bardzo długi, a pierwsza połowa prawie płaska, za to pod lekki wiatr. Pod koniec nudy dopada mnie deszczyk, ale nie jakiś mocny, więc jadę dalej. W Setcases przestaje padać, a ja robię krótki postój pod parasolem knajpki. Teraz już chłodno, raptem 20 stopni. Ale nie pada i wg prognoz juz nie powinno raczej, więc kanapka i w drogę.
Pozostałe na biga 900 metrów robię o dziwo na raz, więc z formą nie jest źle!

Na górze (2150 m npm) również 20 stopni, ale po krótkiej chwili zjazdu okazuje się, że to za zimno na samą koszulkę, więc wrzucam nową bluzę i kurtkę, i jedzie się okej. Zjazd też bardzo długi, ale jednak druga część nie całkiem płaska, bo nawet tam lecę powyżej 30. A może to dlatego, że z wiatrem? :) Na kempingu jestem jakoś około 19, nawet w niezłej formie. Burzy w końcu nie było, a i dzieciarni, choć sporo, jakoś jednak mniej i nieco cichsza niż na poprzednim. Fajnie.
Market się znalazł, a nim olbrzymi wybór okularów w śmiesznych cenach (3-5 EUR). Wybieram najmniej niewygodne i już jestem uratowany. potem jeszcze lancz i zakupy w Mercadonie (ostatni market dziś) i dopiero jakoś wczesnym popołudniem ruszam dalej.
Po krótkim zjeździe ma sie zacząć ostry podjazd na przełączkę prowadzącą do doliny Ter. Fajnie, ale okazuje się, że droga jest z zakazem z powodu długich tuneli. To wyjaśnia "ostry podjazd" na mapie, ale nie ułatwia dalszej jazdy. Na szczęście jest sensowna alternatywa. Nie wiadomo wprawdzie, o ile więcej ma podjazdów (bo te w tunelach są przekłamane), ale nie ma jakoś dużo, więc układam trase w connect, zrzucam na Edga i heja. Przełączka wchodzi bezproblemowo, potem krótki zjazd do doliny i juz jestem na kempingu Els Roures w Sant Pau. Mają ostatnie wolne miejsce! Oglądam je i nie podoba mi się: jest tuż przy wjeździe, każde auto będzie mi świecić w namiot. Oprócz tego mnóstwo hałaśliwej dzieciarni i ogólnie rejwach, jak to w Hiszpanii. Kawałek dalej jest drugi kemping. Dzwonię i okazuje się, że też mają jedno miejsce. Proszę o zarezerwowanie na pół godziny i ryzykuję, że tam będzie lepiej. A tymczasem poważnie się zachmurzyło, a w oddali słychać grzmoty ze strony mojego zaplananowanego na popołudnie biga... No to jadę.
Faktycznie, miejsce wyraźnie lepsze (z dżizasem, prąd blisko, cień), więc cieszę się z tej decyzji. Obóz, kanapka, kitranie żarcia w cieniu krzaków i ok godz. 16 ruszam na biga. Czasem chmury, czasem słońce, wciąż gorąco, ale niekiedy grzmi...
Podjazd na Vallter 2000 bardzo długi, a pierwsza połowa prawie płaska, za to pod lekki wiatr. Pod koniec nudy dopada mnie deszczyk, ale nie jakiś mocny, więc jadę dalej. W Setcases przestaje padać, a ja robię krótki postój pod parasolem knajpki. Teraz już chłodno, raptem 20 stopni. Ale nie pada i wg prognoz juz nie powinno raczej, więc kanapka i w drogę.
Pozostałe na biga 900 metrów robię o dziwo na raz, więc z formą nie jest źle!

Na górze (2150 m npm) również 20 stopni, ale po krótkiej chwili zjazdu okazuje się, że to za zimno na samą koszulkę, więc wrzucam nową bluzę i kurtkę, i jedzie się okej. Zjazd też bardzo długi, ale jednak druga część nie całkiem płaska, bo nawet tam lecę powyżej 30. A może to dlatego, że z wiatrem? :) Na kempingu jestem jakoś około 19, nawet w niezłej formie. Burzy w końcu nie było, a i dzieciarni, choć sporo, jakoś jednak mniej i nieco cichsza niż na poprzednim. Fajnie.
- DST 103.09km
- Teren 0.40km
- Czas 05:41
- VAVG 18.14km/h
- VMAX 55.60km/h
- Temperatura 28.0°C
- HRmax 142
- HRavg 118
- Kalorie 2421kcal
- Podjazdy 2118m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Pirenoja, dz. 2
Pobudka o 6:30. Pospałbym dłużej, ale dziś długi dzień. Rano na spokojnie robię przepak, bo na samolot w sakwach wszystko inaczej poukładane i nic nie mogę znaleźć ;-)
O 9 zostawiam 3 sakwy i namiot w recepcji i ruszam na biga Turo del'home. 1500 podjazdu, czyli to co tygrysy... Już 30 stopni, ale po wyjechaniu z miasteczka sporo odcinków w cieniu. Jadę spokojnie, bez szaleństw, ale VAM 700+ jednak jest. Nie jest źle! Pierwszy postój po 600m, zjadam kanapkę i heja. Niestety nigdzie nie ma wody, więc trochę oszczędzam. Ale zabrałem 1,5 litra, więc powinno wystarczyć.
Drugi postój na 1200 już tylko na ciastka. Potem miejscami bardzo kiepska nawierzchnia, ale jakoś jadę. Na szczycie (faktycznie szczycie, nie przełęczy) o 12:30. 28 stopni. Chłodek ;-)
Na górze róże i 28 stopni
Na dole zwiędłe fiołki i 42 stopnie. Uch! ;-)
Lancz w Mercadonie (znów lazania) i jadę do hotelu po rzeczy. Trochę mi schodzi i odpalam o 14. Zostało 60 km.

Okazuje się, że z wiatrem znów mam fart. Jest tyłoboczny z prawej póki lecę główną, a jak skręcam w górki, to jest tyłoboczny z lewej :-) mimo to jadę dość powoli, jednak 42 stopnie robią swoje, świeży nie jestem. Po drodze jeszcze dwa postoje na zakup dużej ilości picia (łącznie wypiłem dziś 7 litrów!) i o 18 z minutami jestem na kempingu Alguer. Tu chwila grozy, bo ponoć nie mają miejsc! Ale jednak uff, jedna piazzola wolna. Biorę! Cena 16, tanio. Jeszcze zapraszam do siebie francuską rodzinę rowerzystów (ojciec i dwóch synów), bo dla nich już piazzoli brak, a spoko się pomieścimy.
O godz. 20 wciąż 30 stopni, gróbo. No, ale z każdą chwilą jednak przyjemniej... :-)
O 9 zostawiam 3 sakwy i namiot w recepcji i ruszam na biga Turo del'home. 1500 podjazdu, czyli to co tygrysy... Już 30 stopni, ale po wyjechaniu z miasteczka sporo odcinków w cieniu. Jadę spokojnie, bez szaleństw, ale VAM 700+ jednak jest. Nie jest źle! Pierwszy postój po 600m, zjadam kanapkę i heja. Niestety nigdzie nie ma wody, więc trochę oszczędzam. Ale zabrałem 1,5 litra, więc powinno wystarczyć.
Drugi postój na 1200 już tylko na ciastka. Potem miejscami bardzo kiepska nawierzchnia, ale jakoś jadę. Na szczycie (faktycznie szczycie, nie przełęczy) o 12:30. 28 stopni. Chłodek ;-)
Na górze róże i 28 stopni
Na dole zwiędłe fiołki i 42 stopnie. Uch! ;-)
Lancz w Mercadonie (znów lazania) i jadę do hotelu po rzeczy. Trochę mi schodzi i odpalam o 14. Zostało 60 km.

Okazuje się, że z wiatrem znów mam fart. Jest tyłoboczny z prawej póki lecę główną, a jak skręcam w górki, to jest tyłoboczny z lewej :-) mimo to jadę dość powoli, jednak 42 stopnie robią swoje, świeży nie jestem. Po drodze jeszcze dwa postoje na zakup dużej ilości picia (łącznie wypiłem dziś 7 litrów!) i o 18 z minutami jestem na kempingu Alguer. Tu chwila grozy, bo ponoć nie mają miejsc! Ale jednak uff, jedna piazzola wolna. Biorę! Cena 16, tanio. Jeszcze zapraszam do siebie francuską rodzinę rowerzystów (ojciec i dwóch synów), bo dla nich już piazzoli brak, a spoko się pomieścimy.
O godz. 20 wciąż 30 stopni, gróbo. No, ale z każdą chwilą jednak przyjemniej... :-)
- DST 119.28km
- Czas 06:07
- VAVG 19.50km/h
- VMAX 56.60km/h
- Temperatura 35.0°C
- HRmax 143
- HRavg 120
- Kalorie 2616kcal
- Podjazdy 2185m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Pirenoja, dz. 1
O 6 rano wylot z Wiednia, w Barcelonie byłem o 8:30. Już cieplutko ;-)
Znalazłem fajne miejsce na rozpak, w którym nikt mi nie przeszkadzał i był cień. Na lotnisku zawsze łażą tlumy, a tu, na ławce przy wyjeździe z parkingu tylko samochódy obok i to powoli :-)
Nie spieszyłem się i zeszło mi chyba do 11. Przy okazji okazało się, że mi potężnie wygięli tylną rurkę bagażnika. Szok, jak musieli przyjebać rowerem! To jest stal cro-mo i przecież był w 5 warstwach pianki!

Z lotniska pojechałem w upatrzone miejsce koło parku, gdzie miałem zostawić piankę na czas wyprawy. Ale zanim tam dotarłem, trafiłem lepsze miejsce. Bardziej odludne, ogrodzone jeżynami, a sama pianka gęstej kępie trzcin. Rewelacja. Jestem prawie pewien, że ją tam zastanę po powrocie do Barcelony :-)
Potem jeszcze lunch i drobne zakupy w Mercadonie i wreszcie ok 13 ruszam w trasę. To znaczy w miasto, a Barcelona...

... to setki identycznych skrzyżowań z mnóstwem MNÓSTWEM świateł. A co trzecie czerwone. Okropnie się jechało, a musiałem przejechać całą na wskroś. Wreszcie w Badalonie wyleciałem na szosę przy plaży. Nawet przyjemnie, ochlapałem się w plażowym prysznicu, bo było już ze 40 stopni.

Tuż obok też dość niesamowite pozostałości po dawnej elektrowni. Na żywo super wyglądają!

Potem dłuuugo i dość nudno wzdłuż morza. Wyjątkowo płasko i miałem też fart, bo początkowo przodoboczny wiatr wkrótce zrobił się tyłoboczny. Jeszcze po drodze nie bez trudu kupiłem benzynę (na kilku stacjach nie chcieli mi sprzedać, bo moja butelka od MSRa jest nie "homologado"! Ale wreszcie się udało, a potem dotarłem do Mataro, gdzie zakup kolacji w Mercadonie (skrzydełka pieczone i gruba fasolka szparagowa, mniam!) i gdzie odbiłem w górki.
Podjazd 300m trochę mnie zmęczył, ale złożyłem to na karb nieprzespanej nocy. Potem trochę falowania i zaraz kemping. Na koniec ostra ścianka po szutrze, a potem... Camping jest privado i nie przyjmuje obcych! Dziwne. Ale jakoś to zdzierżyłem nawet. Więc kilka kilometrów lekko w dół do Sant Celoni, a tam ma być area sosta camper. I nawet była, ale to asfaltowy plac, tylko z kranikiem. No nie dla mnie. Trudno, jadę do hotelu. Cena na booking 63, na miejscu 60. Drogo, ale nie dramat, biorę.
Pokój klitka i strasznie gorąco, ale jest klima. Dość wolno działa, ale jednak zdołała schłodzić pokój w ok 2 godziny. A w całym hotelu upał, na zewnątrz jeszcze większy, więc fajnie, że się udało. O 22 spać. O dziwo nie padam po zarwanej nocy i jeszcze z pół godziny mija zanim zasypiam. Ale potem już śpię jak zabity, nawet hałasująca tuż obok winda mi nie przeszkadza...
Znalazłem fajne miejsce na rozpak, w którym nikt mi nie przeszkadzał i był cień. Na lotnisku zawsze łażą tlumy, a tu, na ławce przy wyjeździe z parkingu tylko samochódy obok i to powoli :-)
Nie spieszyłem się i zeszło mi chyba do 11. Przy okazji okazało się, że mi potężnie wygięli tylną rurkę bagażnika. Szok, jak musieli przyjebać rowerem! To jest stal cro-mo i przecież był w 5 warstwach pianki!

Z lotniska pojechałem w upatrzone miejsce koło parku, gdzie miałem zostawić piankę na czas wyprawy. Ale zanim tam dotarłem, trafiłem lepsze miejsce. Bardziej odludne, ogrodzone jeżynami, a sama pianka gęstej kępie trzcin. Rewelacja. Jestem prawie pewien, że ją tam zastanę po powrocie do Barcelony :-)
Potem jeszcze lunch i drobne zakupy w Mercadonie i wreszcie ok 13 ruszam w trasę. To znaczy w miasto, a Barcelona...

... to setki identycznych skrzyżowań z mnóstwem MNÓSTWEM świateł. A co trzecie czerwone. Okropnie się jechało, a musiałem przejechać całą na wskroś. Wreszcie w Badalonie wyleciałem na szosę przy plaży. Nawet przyjemnie, ochlapałem się w plażowym prysznicu, bo było już ze 40 stopni.

Tuż obok też dość niesamowite pozostałości po dawnej elektrowni. Na żywo super wyglądają!

Potem dłuuugo i dość nudno wzdłuż morza. Wyjątkowo płasko i miałem też fart, bo początkowo przodoboczny wiatr wkrótce zrobił się tyłoboczny. Jeszcze po drodze nie bez trudu kupiłem benzynę (na kilku stacjach nie chcieli mi sprzedać, bo moja butelka od MSRa jest nie "homologado"! Ale wreszcie się udało, a potem dotarłem do Mataro, gdzie zakup kolacji w Mercadonie (skrzydełka pieczone i gruba fasolka szparagowa, mniam!) i gdzie odbiłem w górki.
Podjazd 300m trochę mnie zmęczył, ale złożyłem to na karb nieprzespanej nocy. Potem trochę falowania i zaraz kemping. Na koniec ostra ścianka po szutrze, a potem... Camping jest privado i nie przyjmuje obcych! Dziwne. Ale jakoś to zdzierżyłem nawet. Więc kilka kilometrów lekko w dół do Sant Celoni, a tam ma być area sosta camper. I nawet była, ale to asfaltowy plac, tylko z kranikiem. No nie dla mnie. Trudno, jadę do hotelu. Cena na booking 63, na miejscu 60. Drogo, ale nie dramat, biorę.
Pokój klitka i strasznie gorąco, ale jest klima. Dość wolno działa, ale jednak zdołała schłodzić pokój w ok 2 godziny. A w całym hotelu upał, na zewnątrz jeszcze większy, więc fajnie, że się udało. O 22 spać. O dziwo nie padam po zarwanej nocy i jeszcze z pół godziny mija zanim zasypiam. Ale potem już śpię jak zabity, nawet hałasująca tuż obok winda mi nie przeszkadza...
- DST 77.55km
- Teren 0.30km
- Czas 03:43
- VAVG 20.87km/h
- VMAX 49.80km/h
- Temperatura 36.0°C
- HRmax 139
- HRavg 116
- Kalorie 1533kcal
- Podjazdy 593m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Pirenoja, dz. 0
Nocą na lotnisko w Wiedniu. Cisza, spokój, chłodno :-)
Ogłaszam konkurs na nazwę wyprawy!
Hiszpania - Francja - Andora - Hiszpania. Dużo bigów.
Zwycięzcy odbiorę nagrodę pocztą pantoflową.
EDIT: konkurs zakończony, nagrodę otrzymuję ja :p
Ogłaszam konkurs na nazwę wyprawy!
Hiszpania - Francja - Andora - Hiszpania. Dużo bigów.
Zwycięzcy odbiorę nagrodę pocztą pantoflową.
EDIT: konkurs zakończony, nagrodę otrzymuję ja :p
- DST 24.44km
- Czas 01:07
- VAVG 21.89km/h
- VMAX 39.10km/h
- Temperatura 18.0°C
- HRmax 139
- HRavg 109
- Kalorie 399kcal
- Podjazdy 90m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Bilbao Biggins, czyli w Pireneje i z powrotem, dzień powrotu
Z Bilbao na lotnisko i z lotniska do Wiednia. Pakowanie, odprawa i lot bez problemów. Bagaż doleciał. Wow.
Podsumowanie wyprawy Bilbao Bigginsa 2024:
Całkowity dystans wyprawy: 2735 km, średnio dziennie 93,2km (bez dni restowych).
Całkowita suma podjazdów: 53 785 m, czyli 2 033 m / 100 km. O 3% mniej niż rok temu, ale z grubsza to samo. Z tym, że rok temu te podjazdy były równiej rozłożone, a tutaj skoncentrowane w środkowej części trasy – w Pirenejach. Niemniej (bez jednak!) znów porównywalne z Alpami.
Zaliczonych bigów: 42, średnio dziennie 1,55. Więcej niż rok temu, ale trzeba przyznać, że w Pirenejach jest ich po prostu zatrzęsienie. A oprócz tego, jak zwykle w Hiszpanii, czechy. Dużo, a niektóre, zwłaszcza na pipidówach, wręcz ekstremalne. Warto więc się trzymać głównych dróg, jeśli to tylko możliwe.
Forma: Od początku po prostu tra-gicz-na. Dramat, koszmar, masakra, rzeźnia. Wlokłem się jak potępieniec, „umierałem” po drodze. Na pewno złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, BRAK PRZYGOTOWANIA KONDYCYJNEGO :P. Po wtóre, upały. Po trzecie, niewyspanie. Na hiszpańskich kempingach w okresie wakacyjnym jest po prostu wieczorami strasznie głośno, bachory dokazują czasem i do 1 w nocy i nikomu (oprócz mnie) to nie przeszkadza. Kilka razy w miarę zaprowadziłem porządek, drąc około północy ryja „Silencio puta madre!”, ale z reguły było to na etapie, na którym już i tak nie miałem szans się wyspać (wstawałem lekko po 6). I tak przez kilka pierwszych dni z rzędu. Pierwszy raz poczułem wzrost formy nie po reście, tylko po noclegu na dziko, na którym panowała błoga CISZA. Więc przypuszczam, że permanentne niewyspanie mogło grać rolę.
Od tegoż dzika jechało mi się już do zniesienia, nie czułem, jakbym zaraz miał paść i już nie wstać, aczkolwiek do "połykania podjazdów" wciąż było bardzo daleko. Nawet trzydniowy rest przed Pirenejami niewiele dał, o ile cokolwiek. Przez całe Pireneje jechało mi się marnie. No, może od Accous (kolejny rest) trochę lepiej. Ale tak naprawdę forma się pojawiła dopiero 30. dnia, kiedy to niszczyłem podjazdy już na serio. I od tego momentu, nawet jak nie niszczyłem, to jechałem na luzie i bez problemów. Późno strasznie. Wychodzi, że trzeba by na miesiąc przed wyprawą napierdzielać codziennie po 100 km po górach (w weekendy wolne ;p), żeby na wyprawie było dobrze…
Zdrowie: od stycznia miałem problem ze stopami: zapalenie rozcięgna podeszwowego. Zimą było okropnie, wiosną trochę lepiej, ale aż do wyjazdu spokoju nie dawało pieczenie/ ból stóp, a zwłaszcza lewej, szczególnie jak sobie dłużej posiedziałem przy biurku. W związku z tym nawet często pracowałem na leżąco. Przypomniał mi się też ból lewej stopy na zeszłorocznej wyprawie (musiałem przez to kupić nowe buty) i doszedłem do wniosku, ze już w zeszłym roku na to cierpiałem, tylko mniej niż zimą 2024. A jak się nad tym zastanowiłem, to problemy ze stopami na rowerze miałem od lat, pamiętam np. ciągłe zmiany butów na ultramaratonie... Zatem mocno się obawiałem, jak moje stopy poradzą sobie z tą wyprawą. Do tego stopnia, ze nie byłem pewien, czy w ogóle jest sens lecieć do Bilbao. No ale cholernie szkoda by było odpuścić od dawna zaplanowane wakacje, bo MOŻE nie będe mógł jechać! Na szczęście krótko przed wyjazdem wpadłem na plan B. Jeśli stopy będą nawalać, to wrócę pociągiem do Bilbao (obczaiłem miejsca skąd jest to możliwe), wypożyczę auto i zrobię same bigi. A gdyby nawet tyle się nie dało, to wymyślę jakąś inną aktywność na miejscu - coś, czego zawsze chciałem spróbować. Nie wiem, nurkowanie, paralotniarstwo...? Z tym nastawieniem leciałem. A dalej to już wiadomo, jak było: im dalej w wyprawę, tym stopy mniej doskwierały. Czasami trochę czułem, ale nigdy nie był to poważny problem. Czy dlatego, że miałem nowe buty i sandały, obie pary z twardą, ale jednak elastyczną podeszwą? Czy dlatego, że codziennie wieczorem karnie ćwiczyłem stopy piłką tenisową, a cały czas mocno na nie uważałem, zwłaszcza podczas siedzenia...? Czy wreszcie dlatego, że najbardziej wydaje się im szkodzić... siedzenie przy biurku? Nie wiem, ale największy znak zapytania tego wyjazdu i potencjalny killer całej idei okazał się nie istnieć. Hurra!
Sprzęt: Zerwana linka tylnej przerzutki (a wcześniej problemy ze zmianą biegów z powodu wystrzępionej linki w manetce, o czym oczywiście nie wiedziałem). Gumy ani jednej, innych problemów też nie. A nie, raz mi się poluzowała linka przedniego hamulca, oczywiście na zjeździe. Wniosek: przed wyprawą trzeba dokręcać te śrubki (podobnie jak wszystkie od bagażników). No i niestety z powodu pęknięcia gumy swój żywot prawdopodobnie zakończył mój Garmin eTrex20 (paradoks, bo z reguły z powodu pęknięcia gumy żywot się raczej rozpoczyna ;). O ile przyciski daje się jakoś obsługiwać, to skoro sprzęt nie jest wodoszczelny, to zapewne kompletnie przestanie działać po pierwszym deszczu... Do wymiany na nowy model, niestety. Chociaż poguglałem i widzę, że można kupić i wymienić sama obudowę, więc kto wie...
Plus od początku do końca niemiłosiernie piszczał i trąbił przedni hamulec. Nie udało mi się tego poprawić. Musiał się przy tym wzbudzać jakiś prąd, bo mi zawsze wtedy licznik pokazywał kosmiczną prędkość (do 199 kmh). W związku z tym większość maksów dziennych wpisywałem z obserwacji licznika, co oznacza, że raczej są lekko zaniżone.
Pogoda: Taka jak w zeszłym roku albo i gorsza. Pierwsze dni to upały, potem przez kilka dni bardzo niska przejrzystość powietrza, a od ok. 1/3 trasy w Pirenejach już regularne niskie chmury, mżawka albo i deszcz. Prawie się nie zdarzyło, żeby mnie naprawdę przemoczyło, ale niemal non-stop byłem wilgotny lub wręcz mokry (jeśli się skumulowało z potem). Na szczęście przy tym nie było zimno, na dole ok 20 stopni, a na górze nie mniej niż 13. Duży plus, bo jak jest i mokro, i zimno to już naprawdę słabo się podróżuje. Ale generalnie wychodzi na to, że w okolice Atlantyku nie jedzie się dla ładnej pogody :p
Okoliczności: Pireneje piękne! Byłem mocno zaskoczony, że to aż tak skaliste góry są! Spodziewałem się takich podwyższonych Karpat, ale nie, naprawdę jest widokowo. Nie aż jak Alpy, bo jednak niemal zero śniegu latem, ale rzeczywiście pięknie. Aczkolwiek muszę przyznać, że w Hiszpanii moim widokowym faworytem pozostaje północny zachód - Asturias i Galicia. Tam część gór równie piękna (Picos de Europa) a dodatkowo niesamowite fragmenty wybrzeża z okolicami Foz i Playa de las Catedrales na czele. Polecam!
Ponadto, mnóstwo piechurów na kempingach. Część robi jakieś pirenejskie GR10, a część oczywiście Camino de Santiago. Tak czy owak współczucia! ;)
Wschodnia Hiszpania (Rioja i okolice) to tradycyjnie pustkowia przeplatane winnicami i raczej puste przebiegi między bigami, zaś Baskonia i Nawarra ładne – zielone i górzyste (tu już styl raczej karpacki, ale jednak i sporo skał), natomiast ta zieleń skądś się bierze i to źródło zieleni nie jest fajne (patrz „pogoda” wyżej).
Inne: tym razem pecha nie było. Nic nie zgubiłem, nigdzie nie miałem nieprzyjemnych sytuacji, nawet sklepy były zamknięte akurat wtedy, gdy mi to specjalnie nie przeszkadzało lub raczej - gdy byłem na to przygotowany. Ogólnie mówiąc pod tym względem los sprzyjał, wtopy z apką Wizzair na koniec nie liczę, bo łatwo to ominąłem (choć trochę niepokoi na przyszłość). Wyrównanie za zeszły rok? ;)
Wyprawa spełniła moje oczekiwania, trasa atrakcyjna i bardzo wymagająca, ale nie przegięta (choć z powodu kompletnego braku formy na początku serio się obawiałem, że nie zdołam jej ukończyć). Niewielkie minusy to odkryte przeze mnie w tym roku hiszpańskie przepisy o obowiązkowym kasku (poza obszarem zabudowanym) i zakazie słuchawek podczs jazdy. To na pewno zniechęca, by tam jeszcze kiedyś jeździć rowerem. Ale będzie trzeba, bo została mi cała wschodnia część Pirenejów, góry na zachód od Madrytu, no i oczywiście Kanary…
Podsumowanie wyprawy Bilbao Bigginsa 2024:
Całkowity dystans wyprawy: 2735 km, średnio dziennie 93,2km (bez dni restowych).
Całkowita suma podjazdów: 53 785 m, czyli 2 033 m / 100 km. O 3% mniej niż rok temu, ale z grubsza to samo. Z tym, że rok temu te podjazdy były równiej rozłożone, a tutaj skoncentrowane w środkowej części trasy – w Pirenejach. Niemniej (bez jednak!) znów porównywalne z Alpami.
Zaliczonych bigów: 42, średnio dziennie 1,55. Więcej niż rok temu, ale trzeba przyznać, że w Pirenejach jest ich po prostu zatrzęsienie. A oprócz tego, jak zwykle w Hiszpanii, czechy. Dużo, a niektóre, zwłaszcza na pipidówach, wręcz ekstremalne. Warto więc się trzymać głównych dróg, jeśli to tylko możliwe.
Forma: Od początku po prostu tra-gicz-na. Dramat, koszmar, masakra, rzeźnia. Wlokłem się jak potępieniec, „umierałem” po drodze. Na pewno złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, BRAK PRZYGOTOWANIA KONDYCYJNEGO :P. Po wtóre, upały. Po trzecie, niewyspanie. Na hiszpańskich kempingach w okresie wakacyjnym jest po prostu wieczorami strasznie głośno, bachory dokazują czasem i do 1 w nocy i nikomu (oprócz mnie) to nie przeszkadza. Kilka razy w miarę zaprowadziłem porządek, drąc około północy ryja „Silencio puta madre!”, ale z reguły było to na etapie, na którym już i tak nie miałem szans się wyspać (wstawałem lekko po 6). I tak przez kilka pierwszych dni z rzędu. Pierwszy raz poczułem wzrost formy nie po reście, tylko po noclegu na dziko, na którym panowała błoga CISZA. Więc przypuszczam, że permanentne niewyspanie mogło grać rolę.
Od tegoż dzika jechało mi się już do zniesienia, nie czułem, jakbym zaraz miał paść i już nie wstać, aczkolwiek do "połykania podjazdów" wciąż było bardzo daleko. Nawet trzydniowy rest przed Pirenejami niewiele dał, o ile cokolwiek. Przez całe Pireneje jechało mi się marnie. No, może od Accous (kolejny rest) trochę lepiej. Ale tak naprawdę forma się pojawiła dopiero 30. dnia, kiedy to niszczyłem podjazdy już na serio. I od tego momentu, nawet jak nie niszczyłem, to jechałem na luzie i bez problemów. Późno strasznie. Wychodzi, że trzeba by na miesiąc przed wyprawą napierdzielać codziennie po 100 km po górach (w weekendy wolne ;p), żeby na wyprawie było dobrze…
Zdrowie: od stycznia miałem problem ze stopami: zapalenie rozcięgna podeszwowego. Zimą było okropnie, wiosną trochę lepiej, ale aż do wyjazdu spokoju nie dawało pieczenie/ ból stóp, a zwłaszcza lewej, szczególnie jak sobie dłużej posiedziałem przy biurku. W związku z tym nawet często pracowałem na leżąco. Przypomniał mi się też ból lewej stopy na zeszłorocznej wyprawie (musiałem przez to kupić nowe buty) i doszedłem do wniosku, ze już w zeszłym roku na to cierpiałem, tylko mniej niż zimą 2024. A jak się nad tym zastanowiłem, to problemy ze stopami na rowerze miałem od lat, pamiętam np. ciągłe zmiany butów na ultramaratonie... Zatem mocno się obawiałem, jak moje stopy poradzą sobie z tą wyprawą. Do tego stopnia, ze nie byłem pewien, czy w ogóle jest sens lecieć do Bilbao. No ale cholernie szkoda by było odpuścić od dawna zaplanowane wakacje, bo MOŻE nie będe mógł jechać! Na szczęście krótko przed wyjazdem wpadłem na plan B. Jeśli stopy będą nawalać, to wrócę pociągiem do Bilbao (obczaiłem miejsca skąd jest to możliwe), wypożyczę auto i zrobię same bigi. A gdyby nawet tyle się nie dało, to wymyślę jakąś inną aktywność na miejscu - coś, czego zawsze chciałem spróbować. Nie wiem, nurkowanie, paralotniarstwo...? Z tym nastawieniem leciałem. A dalej to już wiadomo, jak było: im dalej w wyprawę, tym stopy mniej doskwierały. Czasami trochę czułem, ale nigdy nie był to poważny problem. Czy dlatego, że miałem nowe buty i sandały, obie pary z twardą, ale jednak elastyczną podeszwą? Czy dlatego, że codziennie wieczorem karnie ćwiczyłem stopy piłką tenisową, a cały czas mocno na nie uważałem, zwłaszcza podczas siedzenia...? Czy wreszcie dlatego, że najbardziej wydaje się im szkodzić... siedzenie przy biurku? Nie wiem, ale największy znak zapytania tego wyjazdu i potencjalny killer całej idei okazał się nie istnieć. Hurra!
Sprzęt: Zerwana linka tylnej przerzutki (a wcześniej problemy ze zmianą biegów z powodu wystrzępionej linki w manetce, o czym oczywiście nie wiedziałem). Gumy ani jednej, innych problemów też nie. A nie, raz mi się poluzowała linka przedniego hamulca, oczywiście na zjeździe. Wniosek: przed wyprawą trzeba dokręcać te śrubki (podobnie jak wszystkie od bagażników). No i niestety z powodu pęknięcia gumy swój żywot prawdopodobnie zakończył mój Garmin eTrex20 (paradoks, bo z reguły z powodu pęknięcia gumy żywot się raczej rozpoczyna ;). O ile przyciski daje się jakoś obsługiwać, to skoro sprzęt nie jest wodoszczelny, to zapewne kompletnie przestanie działać po pierwszym deszczu... Do wymiany na nowy model, niestety. Chociaż poguglałem i widzę, że można kupić i wymienić sama obudowę, więc kto wie...
Plus od początku do końca niemiłosiernie piszczał i trąbił przedni hamulec. Nie udało mi się tego poprawić. Musiał się przy tym wzbudzać jakiś prąd, bo mi zawsze wtedy licznik pokazywał kosmiczną prędkość (do 199 kmh). W związku z tym większość maksów dziennych wpisywałem z obserwacji licznika, co oznacza, że raczej są lekko zaniżone.
Pogoda: Taka jak w zeszłym roku albo i gorsza. Pierwsze dni to upały, potem przez kilka dni bardzo niska przejrzystość powietrza, a od ok. 1/3 trasy w Pirenejach już regularne niskie chmury, mżawka albo i deszcz. Prawie się nie zdarzyło, żeby mnie naprawdę przemoczyło, ale niemal non-stop byłem wilgotny lub wręcz mokry (jeśli się skumulowało z potem). Na szczęście przy tym nie było zimno, na dole ok 20 stopni, a na górze nie mniej niż 13. Duży plus, bo jak jest i mokro, i zimno to już naprawdę słabo się podróżuje. Ale generalnie wychodzi na to, że w okolice Atlantyku nie jedzie się dla ładnej pogody :p
Okoliczności: Pireneje piękne! Byłem mocno zaskoczony, że to aż tak skaliste góry są! Spodziewałem się takich podwyższonych Karpat, ale nie, naprawdę jest widokowo. Nie aż jak Alpy, bo jednak niemal zero śniegu latem, ale rzeczywiście pięknie. Aczkolwiek muszę przyznać, że w Hiszpanii moim widokowym faworytem pozostaje północny zachód - Asturias i Galicia. Tam część gór równie piękna (Picos de Europa) a dodatkowo niesamowite fragmenty wybrzeża z okolicami Foz i Playa de las Catedrales na czele. Polecam!
Ponadto, mnóstwo piechurów na kempingach. Część robi jakieś pirenejskie GR10, a część oczywiście Camino de Santiago. Tak czy owak współczucia! ;)
Wschodnia Hiszpania (Rioja i okolice) to tradycyjnie pustkowia przeplatane winnicami i raczej puste przebiegi między bigami, zaś Baskonia i Nawarra ładne – zielone i górzyste (tu już styl raczej karpacki, ale jednak i sporo skał), natomiast ta zieleń skądś się bierze i to źródło zieleni nie jest fajne (patrz „pogoda” wyżej).
Inne: tym razem pecha nie było. Nic nie zgubiłem, nigdzie nie miałem nieprzyjemnych sytuacji, nawet sklepy były zamknięte akurat wtedy, gdy mi to specjalnie nie przeszkadzało lub raczej - gdy byłem na to przygotowany. Ogólnie mówiąc pod tym względem los sprzyjał, wtopy z apką Wizzair na koniec nie liczę, bo łatwo to ominąłem (choć trochę niepokoi na przyszłość). Wyrównanie za zeszły rok? ;)
Wyprawa spełniła moje oczekiwania, trasa atrakcyjna i bardzo wymagająca, ale nie przegięta (choć z powodu kompletnego braku formy na początku serio się obawiałem, że nie zdołam jej ukończyć). Niewielkie minusy to odkryte przeze mnie w tym roku hiszpańskie przepisy o obowiązkowym kasku (poza obszarem zabudowanym) i zakazie słuchawek podczs jazdy. To na pewno zniechęca, by tam jeszcze kiedyś jeździć rowerem. Ale będzie trzeba, bo została mi cała wschodnia część Pirenejów, góry na zachód od Madrytu, no i oczywiście Kanary…
- DST 38.80km
- Czas 02:01
- VAVG 19.24km/h
- VMAX 46.98km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 304m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Bilbao Biggins, czyli w Pireneje i z powrotem, dz. 34 i ostatni
Dziś nie było potrzeby się zrywać, ale i tak jak zwykle obudziłem się po godz. 6. Na spokojnie kawa i małe pakowanie, i o 8:15 ruszam na biga Urkiola (718). Z okna kwatery wyglądało, że nie pada, ale tak naprawdę od początku jest klasyczna baskijska "mgiełka do ciała". To jadę. Pierwszych 5,5 km leciutko pod górę przez wioski, a potem droga staje dęba i jest 9-12%. I dobrze, kolejnych 5 km i z głowy :)
Z góry widoki żadne (a szkoda, bo wczoraj widziałem, że to jeszcze całkiem sensowne, skaliste góry są!), więc tylko się ubieram i zjazd. Oczywiście na zjeździe zaczyna mocniej padać. Ale nie jakoś strasznie. Dojeżdżam podmoczony, ale nie mokry. Dziś mam też ten komfort, że mogę wziąć prysznic, zmienić zapocone ciuchy na czyste, wypić kawę, zjeść śniadanie i dopiero ruszać dalej :)
Takoż i zbieram się lekko po godz. 11. Zaraz za Durango wskakuję na krajówkę - taką wydzieloną, z wiekszośćią skrzyżowań bezkolizyjnych. Grubo, bo ruch znaczny, w tym TIRy, co samo w sobie mi nie przeszkadza, ale boję sie policji i ich wątów, że nie mam kasku. Więc zapierdzielam najszybciej jak mogę. Do Bilbao zaledwie 30 km.
W połowie tego odcinka widzę stację benzynową z myjnią. Zjeżdżam i myję rower przed lotem - super, że się udało trafić myjnię i nie będzie strach demontować roweru jutro :) Oczywiście, o ile do tego czasu nie będzie padać :p Na razie wygląda nieśmiało słońce.
Dalsza trasa krajówką już mocno mi się ciągnie, zwłaszcza, że w aglomeracji pojawia się mnóstwo skrzyżowań ze światłami, a wszystkie czerwone. Ale wreszcie krótko przed godz. 13 Bilbao Biggins domyka pętlę :D

Potem jeszcze sporo przez miasto, w tym próba wydruku boarding pass, ale po pierwsze nie udało mi się odprawić przez apkę (error!), a po drugie i tak mi print shopa zamknęli przed nosem, bo odprawa dostępna od 13:30, czyli dokładnie od momentu, gdy print shop zaczyna sjestę :p
Więc zamiast tego jadę na ostatnie zakupy do Mercadony (to już w dużej mierze "prodotti tipici" do zabrania ze sobą :) i o 14:30 jestem na dobrze znanej kwaterze Arrisal.
Po zrobieniu prania (w pralce!) i obiedzie, udaje mi się bez problemu odprawić przez kompa. Ki diabeł był z tą apką, nie wiadomo, ale karta pokładowa w niej się pojawiła od razu po odprawie przez kompa (w ogóle po kiego są te odprawy - też nie wiem!). Kit z tym. Oby to był jedyny w tym roku powód, by bilbać Jebao ;)
Z góry widoki żadne (a szkoda, bo wczoraj widziałem, że to jeszcze całkiem sensowne, skaliste góry są!), więc tylko się ubieram i zjazd. Oczywiście na zjeździe zaczyna mocniej padać. Ale nie jakoś strasznie. Dojeżdżam podmoczony, ale nie mokry. Dziś mam też ten komfort, że mogę wziąć prysznic, zmienić zapocone ciuchy na czyste, wypić kawę, zjeść śniadanie i dopiero ruszać dalej :)
Takoż i zbieram się lekko po godz. 11. Zaraz za Durango wskakuję na krajówkę - taką wydzieloną, z wiekszośćią skrzyżowań bezkolizyjnych. Grubo, bo ruch znaczny, w tym TIRy, co samo w sobie mi nie przeszkadza, ale boję sie policji i ich wątów, że nie mam kasku. Więc zapierdzielam najszybciej jak mogę. Do Bilbao zaledwie 30 km.
W połowie tego odcinka widzę stację benzynową z myjnią. Zjeżdżam i myję rower przed lotem - super, że się udało trafić myjnię i nie będzie strach demontować roweru jutro :) Oczywiście, o ile do tego czasu nie będzie padać :p Na razie wygląda nieśmiało słońce.
Dalsza trasa krajówką już mocno mi się ciągnie, zwłaszcza, że w aglomeracji pojawia się mnóstwo skrzyżowań ze światłami, a wszystkie czerwone. Ale wreszcie krótko przed godz. 13 Bilbao Biggins domyka pętlę :D

Potem jeszcze sporo przez miasto, w tym próba wydruku boarding pass, ale po pierwsze nie udało mi się odprawić przez apkę (error!), a po drugie i tak mi print shopa zamknęli przed nosem, bo odprawa dostępna od 13:30, czyli dokładnie od momentu, gdy print shop zaczyna sjestę :p
Więc zamiast tego jadę na ostatnie zakupy do Mercadony (to już w dużej mierze "prodotti tipici" do zabrania ze sobą :) i o 14:30 jestem na dobrze znanej kwaterze Arrisal.
Po zrobieniu prania (w pralce!) i obiedzie, udaje mi się bez problemu odprawić przez kompa. Ki diabeł był z tą apką, nie wiadomo, ale karta pokładowa w niej się pojawiła od razu po odprawie przez kompa (w ogóle po kiego są te odprawy - też nie wiem!). Kit z tym. Oby to był jedyny w tym roku powód, by bilbać Jebao ;)
- DST 59.14km
- Czas 02:59
- VAVG 19.82km/h
- VMAX 47.73km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 791m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Bilbao Biggins, czyli w Pireneje i z powrotem, dz. 33
Wyjazd bez przygód o 8:30. Bardzo fajna kwatera (chociaż niestety cena adekwatna). Pierwsze kilometry na luzie, bo póki co nie jest pod wiatr. Pod Lidlem jestem o 8:53, a tu zonk, bo otwierają o 9:15tik(tak!).

Przecież nie będę czekał! Upewniam się, że dalej jest Mercadona i jadę. Tu pierwsza wredna czecha, dziś będzie ich kilka. Tylko jeden pas ruchu prowadzi pod górę (droga w przeciwnym kierunku ma osobną nitkę), więc przez jakiś czas blokuję samochody. Trudno, nie ja zbudowałem tę drogę tak głupio, niech czekają. Na szczycie jest Mercadona w miejscowości Galarreta (!), czynna od 9, więc już otwarta. Kupuję chleb i banana, i w drogę.
Pochmurnie, 17 stopni, ale nie pada i prawie nie wieje. Jade dość główną szosą i rozglądam się za miejscem na śniadanie. Wreszcie są ławki - mokre, ale co zrobisz? Wciągam kanapkę, rychtuję drugą i jadę dalej. Dużo TIRów, ale kulturalnie jadą. Toczę się przez wioski, miasteczka i czechy, liczne czechy. W tym jedna to az 130m podjazdu, a stamtad już zjazd do Zarautz, gdzie - gdybym wczoraj nie znalazł kwatery - miałem spać na kempingu. No, cieszę się, że jednak nie musiałem tu dotrzeć. To spory kawałek (35 km) i jeszcze te czechy...
Potem jeszcze jedna czecha, zjazd i zaczynam biga. Początkowo z chmarą TIRów i nawet na wahadle (remont drogi) się pchają, ale po chwili jest teren przemysłowy i wszystkie znikają w czeluściach baz. Na drodze zostaję praktycznie sam. I wreszcie robi się ładnie :)

Trochę podjazdu na 300m, potem 100 w dół, aż wreszcie robi się konkretnie stromo - do 13% - i bardzo wąziutka droga. Dwa auta raczej się nie wyminą. Zaczyna też leciutko kropić - taka wodna "mgiełka do ciała" (jak mi uparcie podpowiada klawiatura w telefonie :D). ale jedzie się dobrze i na szczycie Azurkiko (676) jestem w dobrej formie o godz. 13:45. Teraz mokry zjazd, ale deszcz nie nawala jakoś mocno, więc nie zmieniam butów, tylko zakładam ochraniacze. Zjazd stromy, więc krótki. Na dole znów rozbiórka i dalej czesko w górę doliny, znów główną drogą.

A to miasteczko wygląda jak Bilbao po przejściach ;)
W Elbar robię postój na wieksze zakupy w Mercadonie, w tym lasagna, która można na miejscu odgrzać w mikrofalówce i zjeść - sa stoliki, barowe stołki, plastikowe sztućce i papierowe kubki. Wciągam z radlerem na popitkę. Mercadona jest super! :)
A potem już tylko 15 km do Durango, gdzie jeszcze przed wyjazdem zarezerowałem na dziś kwaterę. Ale okazuje się, ze droga jest okropna - nierówny, szorstki beton i nachylenia do 15%. Oprócz tego w okolicy tylko autostrada, ale ona kulturalnie idzie sobie dnem doliny, a ja się miotam po zboczach. No, ale przecież autostradą nie pojadę bez obowiązkowego kasku i jeszcze o zgrozo - w słuchawkach! ;)
Tej drogi na szczęście było tylko kilka kilometrów, a potem już normalna boczna i o 16:30 jestem w Durango.
Chwilę oglądam centrum z bardzo ciekawą bazyliką z jakby dobudowaną boczną nawą


i już mozna uderzać na kwaterę (uprzedziłem gospodynię, ze będę o 16:45). Znów spoko miejscówka - nawet jest dystrybutor z wrzątkiem na herbatę :) Zostaję do jutra do południa! :D

Przecież nie będę czekał! Upewniam się, że dalej jest Mercadona i jadę. Tu pierwsza wredna czecha, dziś będzie ich kilka. Tylko jeden pas ruchu prowadzi pod górę (droga w przeciwnym kierunku ma osobną nitkę), więc przez jakiś czas blokuję samochody. Trudno, nie ja zbudowałem tę drogę tak głupio, niech czekają. Na szczycie jest Mercadona w miejscowości Galarreta (!), czynna od 9, więc już otwarta. Kupuję chleb i banana, i w drogę.
Pochmurnie, 17 stopni, ale nie pada i prawie nie wieje. Jade dość główną szosą i rozglądam się za miejscem na śniadanie. Wreszcie są ławki - mokre, ale co zrobisz? Wciągam kanapkę, rychtuję drugą i jadę dalej. Dużo TIRów, ale kulturalnie jadą. Toczę się przez wioski, miasteczka i czechy, liczne czechy. W tym jedna to az 130m podjazdu, a stamtad już zjazd do Zarautz, gdzie - gdybym wczoraj nie znalazł kwatery - miałem spać na kempingu. No, cieszę się, że jednak nie musiałem tu dotrzeć. To spory kawałek (35 km) i jeszcze te czechy...
Potem jeszcze jedna czecha, zjazd i zaczynam biga. Początkowo z chmarą TIRów i nawet na wahadle (remont drogi) się pchają, ale po chwili jest teren przemysłowy i wszystkie znikają w czeluściach baz. Na drodze zostaję praktycznie sam. I wreszcie robi się ładnie :)

Trochę podjazdu na 300m, potem 100 w dół, aż wreszcie robi się konkretnie stromo - do 13% - i bardzo wąziutka droga. Dwa auta raczej się nie wyminą. Zaczyna też leciutko kropić - taka wodna "mgiełka do ciała" (jak mi uparcie podpowiada klawiatura w telefonie :D). ale jedzie się dobrze i na szczycie Azurkiko (676) jestem w dobrej formie o godz. 13:45. Teraz mokry zjazd, ale deszcz nie nawala jakoś mocno, więc nie zmieniam butów, tylko zakładam ochraniacze. Zjazd stromy, więc krótki. Na dole znów rozbiórka i dalej czesko w górę doliny, znów główną drogą.

A to miasteczko wygląda jak Bilbao po przejściach ;)
W Elbar robię postój na wieksze zakupy w Mercadonie, w tym lasagna, która można na miejscu odgrzać w mikrofalówce i zjeść - sa stoliki, barowe stołki, plastikowe sztućce i papierowe kubki. Wciągam z radlerem na popitkę. Mercadona jest super! :)
A potem już tylko 15 km do Durango, gdzie jeszcze przed wyjazdem zarezerowałem na dziś kwaterę. Ale okazuje się, ze droga jest okropna - nierówny, szorstki beton i nachylenia do 15%. Oprócz tego w okolicy tylko autostrada, ale ona kulturalnie idzie sobie dnem doliny, a ja się miotam po zboczach. No, ale przecież autostradą nie pojadę bez obowiązkowego kasku i jeszcze o zgrozo - w słuchawkach! ;)
Tej drogi na szczęście było tylko kilka kilometrów, a potem już normalna boczna i o 16:30 jestem w Durango.
Chwilę oglądam centrum z bardzo ciekawą bazyliką z jakby dobudowaną boczną nawą


i już mozna uderzać na kwaterę (uprzedziłem gospodynię, ze będę o 16:45). Znów spoko miejscówka - nawet jest dystrybutor z wrzątkiem na herbatę :) Zostaję do jutra do południa! :D
- DST 93.52km
- Czas 05:22
- VAVG 17.43km/h
- VMAX 55.34km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 1603m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze