Informacje

  • Wszystkie kilometry: 230527.90 km
  • Km w terenie: 5473.81 km (2.37%)
  • Czas na rowerze: 464d 05h 07m
  • Prędkość średnia: 20.69 km/h
  • Więcej informacji.
baton rowerowy bikestats.pl
Jak to drzewiej bywało: button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Zaprzyjaźnione blogi i strony

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy aard.bikestats.pl

Archiwum

Linki

Czwartek, 21 sierpnia 2025 Kategoria !Surlier, Wyprawa

Pirenoja, dz. 10

Dziś miało być ponad 3000 podjazdów wg mapy, więc byłem nastawiony na bój. Wstałem przed 7, ale jakoś mi zeszło i wyjechałem krótko po 9. A jeszcze wczoraj ktoś mi ukradł mydło, które zapomniałem zabrać spod prysznica, więc dziś musiałem zacząć od SuperU, mimo że nie miałem tego w planach i że nie po drodze. No trudno.

SuperUdaje mi się kupić mydło, a jako mydleniczkę najmniejszy zamykany pojemnik spozywczy jaki znalazłem. Za duży, ale wygląda na szczelny, a beggars can't be choosers ;)
Po zakupach odpalam dopiero o 10. Jest lekko pod górę doliną i zaczyna się długi podjazd na biga Col de Jau. I zaczyna padać... Raz kropi, raz siapi, raz mgiełka do ciała, a czasem przez chwilę spokój. Ale generalnie podjazd na mokro.


Mosset. Niby podobne do włoskich miasteczek na wzgórzach, a jednak się nie umywa :-)

Z jednym postojem pod drzewem (które na szczęście jeszcze nie zdążyło przeciec) jestem na górze o 12. Tu kulturalna, głęboka wiata. Fajnie, bo co chwilę pada, plus zerwał się zacny wiatr, a wiata akurat idealnie osłania. Jem solidny lancz i opędzam się od atencji starszawego szosowca, który koniecznie chce wiedziec, dokąd jadę i chce to wiedzieć po francusku. A ja nie wiem, dokąd jade, nie pamiętam! Wszystko jest w garminie, ale nazw i tak nie widać i troszkę chuj mnie obchodzą, a ten dopytuje i dopytuje, jebaniec... :/ A może taka miejscowość, a możę sraka, a mnie te nazwy nic nie mówią i generalnie walą, no!

Wreszcie sobie pojechał, dokończyłem jedzenie i się zebrałem. Zjazd jak psi nos: zimny i mokry. Dojeżdżam podmoczony, ale jednak ciuchy działają, więc nie zmarzłem zbytnio. Na dole ok 20 stopni i momentami prześwieca słońce. Przy elektrowni wodnej robię nawrotkę w drugą dolinę i od razu pod górę. Dziś nie ma taryfy ulgowej. Wkrótce sie rozbieram i w ok 17 stopniach spokojnie sobie podjeżdżam. Nie za długo wszelako, bo wkrótce znów robię się głodny! Myślałem, ,że ten lancz na górze starczy na pół nastepnego podjazdu, a tu lipa, raptem na kilkadziesiąt minut! No trudno, jem na poboczu. Akurat w plamie słońca, więc jest okej.

Potem nadal łagodnie pod górę, aż wreszcie przy zamku Ussos robi się 9%. I robi też "chrrrup!" coś w napędzie! Patrzę, a przednia przerzutka przekrzywiona! Akurat jest parking z dżizasami (po garminowemu "point"! :), więc staję i oglądam. Chyba nie jest źle, wystarczy wyprostować przerzutkę, która się obróciła na rurze podsiodłowej. Chyba. Prostuję, próbuję. Hmmm... łańcuch zablokowany. Oglądam i oglądam i nie mogę wykminić, o co kaman. Wrescie widzę! Pękło ogniwko! Aż że jakoś tak schowane w wózku tylnej przerzutki, to blokuje, ale nie widać.



To już gorzej, zapasowego łańcucha nie mam... ale mam spinki. No to do roboty. Rozkuwam zniszczone ogniwko, zakładam spinkę (nie bez trudu, nie chciała chwycić). Gotowe, testuję, działa. Biore wodę z gospodarstwa obok i ruszam. Jest prawie godz. 17, a przede mną 1300m podjazdu na Col de Pailheres...

Podjazd trzyma 9%, więc nie jest zbyt lekko, ale jadę spokojnie, tylko zastanawia mnie, co tak hałasuje w napędzie... Coś ociera? Nic nie widzę. Jade i myślę, co to może być. I wreszcie mnie olśniewa. Żle przeplotłem łancuch przez wózek tylnej przerzutki! Kurwa. Staję, próbuję rozpiąć spinkę, nie idzie. Za małe kombinerki, a ręką w ogóle zapomnij! Akurat podjechał jakiś gość, więc go pytam, czy nie ma kobinerek, a on mi daje żabkę. Przystawiam się, próbuję, ale za gruba jest, nie idzie rozpiąć :/ W końcu decyduję, że tak zostawiam, bo jechać się daje, tylko hałasuje. W ogóle po cholerę jest ta poprzeczka w tylnym wózku, to nie wiem. Nie widzę żadnego jej zastosowania, a łatwo się pomylić i przepleść odwrotnie. Nie pierwszy raz mi się to zdarzyło, ale w domu to nie problem, a tutaj...

Teraz jest już 17:30, a ja wciąż mam do podjechania 1050 metrów. Obczajam więc potencjalnego dzika w połowie drogi, jest Refuge Pastoral na wys. 1500. Jesli to prostu kamienna chatka jakie bywają w górach, to się nada (o ile jest w poblizu woda). Może nie będzie potrzebne, ale dobrze, że jest. Dzwonię też na kemping, na którym mam nocowac, żeby się upewnić, ze jest czynny, ma miejca i że mnie przyjmą, jak przyjadę ok godz. 20. Przyjmą. No to po drodze się zastanowię, którą opcję wolę.

Na wys 1500 jestem ok 18:30 i problem rozwiązuje się sam, bo "schronisko pasterskie" jest zajęte pasterzami. Chyba, w każdnym razie w środku co najmniej dwie osoby i wyglądają na rozgoszcozne na quasi-stałe. A wody nie widać. To jadę dalej. A dalej zrywa się wichura w pysk, im wyżej jestem, tym mocniej wieje. Na serpentynach raz pomaga, a raz prawie w miejscu zatrzymuje. Pod koniec to juz niezła mordęga, zwłaszcza, że jestem w chmurze i zrobiło się 8 stopni.



Marznę i jadę. Wreszcie ok 19:15 jestem na górze. Wieje tak, że ciężko się ubrać, bo miota ciuchami, osłony żadnej, a ja mam zgrabiałe ręce i ciężko się manipuluje. No i boje się, ze jak mi wyrwie ciuch z reki, to już go nigdy nie zobaczę... Ostrożnie i powoli, ale daję radę się ubrać, ale przemarznięty jestem na kość, a teraz 12 km zjazdu pod wiatr...

No, ale im niżej, tym mniej wieje i chociaż przemarznięty strasznie, ale docieram na kemping o 19:45. a kemping La Forge okazuje się bardzo fajny! Jest wifi, a nawet świetlica! Więc chwile się grzeję w tejże, a potem resztę załatwia gorący prysznic. I już idzie żyć :)

  • DST 89.28km
  • Czas 06:24
  • VAVG 13.95km/h
  • VMAX 62.60km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • HRmax 137
  • HRavg 116
  • Kalorie 2667kcal
  • Podjazdy 2789m
  • Sprzęt Surlier
  • Aktywność Jazda na rowerze

Komentarze
Ale masakra. Dobrze, że jestem w domu a nie tam na miejscu :-p a
Carmeliana
- 23:24 czwartek, 21 sierpnia 2025 | linkuj
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!

Blogi rowerowe na www.bikestats.pl