Pirenoja, dz. 9, na lekko
Dziś był jeden temat: big Els Cortalets. Oznaczony jako "MTB", nawet nie gravel, tylko gorzej! No dopsz, jeszcze drugi temat: pogoda. O 6 jeszcze padało, jak wstałem o 7, to niby nie, ale wizualnie w każdej chwili może przywalić. Prognozy też niejednoznaczne. Od takiej, że już dzisiaj nie pada (meteoBlue) po taką, że właściwie pada cały dzień (yr). Plus warianty pośrednie z przelotnymi opadami na innych serwisach.
Szykuję się na spokojnie, ale jednak pogoda powoli się klaruje, więc o 10 ruszam. Nawet słońce świeci, może będzie upał?
Pierwsze 12 km (i 500m podjazdu) asfaltem wchodzi jak w masło. Na końcu asfaltu staję na fajnym, przytulnym kempingu w środku niczego, biorę wodę i jem kanapkę. Szkoda, że nie tutaj nocuję, duuużo fajniejszy kemping od tego w Prades (o ile jest ciepła woda :-P) i na pewno tańszy :-)
Dalej już szuter. Tzn. nie szuter, tylko jebane drobne AGD, kamory, skały i resztki asfaltu w gruzach. Na sztywniaku koszmar! Nic dziwnego, że MTB, ale czy to powinien być big? Z dwoma postojami walczę z tym gównem niemal 3 godziny, prędkości rzędu 4-7 kmh i przeprowadzanie roweru przez progi skalne to norma! Uch...


O 14:30 jestem na górze. Jest schronisko w lesie i tyle. No żeż jprdl co za kretyn tego biga układał!
Ubiórka i rozpoczynam "zjazd". Tzn. pierwsze 4 km to w ogóle sprowadzam, bo boję się rozwalić obręcz albo oponę na tym rumowisku. Potem już głównie zjeżdżam, ale średnią mam 8,6 a max 13,5 kmh 😂 W międzyczasie raz lekko pada, raz kropi, a raz nic. Czyli wygrała opcja przelotna.

Przy kempingu na początku asfaltu jestem o 16:50. Czyli zjazd trwał raptem 45 minut krócej niż podjazd. Uch, to chyba rekord...
Potem jeszcze mijam ładne opactwo świętego Michała, co chciał cuksa (St. Michel de Cuxa),

Robię zakupy w Lidlu (jutro zero sklepów), mycie, pranie, jedzenie i już tak okolo godz. 20 mogę czilować. Dystans śmieszny, a jestem zrąbany jak koń...
Szykuję się na spokojnie, ale jednak pogoda powoli się klaruje, więc o 10 ruszam. Nawet słońce świeci, może będzie upał?
Pierwsze 12 km (i 500m podjazdu) asfaltem wchodzi jak w masło. Na końcu asfaltu staję na fajnym, przytulnym kempingu w środku niczego, biorę wodę i jem kanapkę. Szkoda, że nie tutaj nocuję, duuużo fajniejszy kemping od tego w Prades (o ile jest ciepła woda :-P) i na pewno tańszy :-)
Dalej już szuter. Tzn. nie szuter, tylko jebane drobne AGD, kamory, skały i resztki asfaltu w gruzach. Na sztywniaku koszmar! Nic dziwnego, że MTB, ale czy to powinien być big? Z dwoma postojami walczę z tym gównem niemal 3 godziny, prędkości rzędu 4-7 kmh i przeprowadzanie roweru przez progi skalne to norma! Uch...


O 14:30 jestem na górze. Jest schronisko w lesie i tyle. No żeż jprdl co za kretyn tego biga układał!
Ubiórka i rozpoczynam "zjazd". Tzn. pierwsze 4 km to w ogóle sprowadzam, bo boję się rozwalić obręcz albo oponę na tym rumowisku. Potem już głównie zjeżdżam, ale średnią mam 8,6 a max 13,5 kmh 😂 W międzyczasie raz lekko pada, raz kropi, a raz nic. Czyli wygrała opcja przelotna.

Przy kempingu na początku asfaltu jestem o 16:50. Czyli zjazd trwał raptem 45 minut krócej niż podjazd. Uch, to chyba rekord...
Potem jeszcze mijam ładne opactwo świętego Michała, co chciał cuksa (St. Michel de Cuxa),

Robię zakupy w Lidlu (jutro zero sklepów), mycie, pranie, jedzenie i już tak okolo godz. 20 mogę czilować. Dystans śmieszny, a jestem zrąbany jak koń...
- DST 49.53km
- Teren 25.00km
- Czas 04:44
- VAVG 10.46km/h
- VMAX 50.60km/h
- Temperatura 20.0°C
- HRmax 138
- HRavg 119
- Kalorie 1653kcal
- Podjazdy 1837m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!