Pirenoja, dz. 8
W nocy padało, rano nie, ale wszystko wokoło mokre i ubłocone. W tych warunkach pakowanie trwa dłużej, bo trzeba wszystko czyścić i w miarę możliwości suszyć przed spakowaniem. Więc gotów jestem dopiero o 9:40. 18 stopni, pochmurnie, więc zakładam kompletnie mokre ciuchy i heja. Jeszcze po bagietkę i Bourg-Madame opuszczam równo o 10.
Od razu lekko pod górę. Czeski podjazd, bo droga co kilka kilometrów przecina kolejne doliny (na huja?!), ale jednak jestem coraz wyżej. Wreszcie system "wzgórz" wyprowadza mnie na wysokość 1600. Ładne mi wzgórza, jak Śnieżka! :-)

Cały czas goni mnie deszcz, więc odpuszczam oglądanie ciekawej na oko twierdzy na przełęczy La Perche i od razu rozpoczynam mega zjazd. Ponad 1000m w dół, z czego sporo gorżem. Widoki ładne, zwłaszcza, że równolegle idzie kolejka z ładnymi mostami :-)



Na zjeździe mam wiatr w plecy, więc leci się elegancko aż do Villefranche, gdzie odbijam na biga Col de Mantet (1760).
Jem kanapkę, zostawiam sakwy w krzakach i ruszam na 1300 podjazdu. Początkowo 25 stopni, ale wkrótce się rozpogadza i robi się 30. To nadal chłodek ;-)
Wkrótce biorę jeszcze wodę z kempingu, więc jestem gotów i na deszcz (ciepła herbata w termosie) i na upał :-P Podjazd bardzo łagodny az do wysokości 900. Potem już ma te 6-10%, więc jedzie się dobrze, aczkolwiek czuć nóżki po wczorajszym. Postój na 1200, ciastka i dalej. Tu już 20 stopni i dalej spada. Na górze jestem tuż przed godz. 16, jest 18 stopni i wkrótce zaczyna lekko kropić.

Przebieram się i longiem na dół. Deszcz się trochę nasila, ale nadal jest to większe kropienie, a na wysokości ok 1000 przestaje.
Do sakw docieram więc na sucho, zgarniam i lecę dalej. A dalej jest sama Villefranche le Confient. Super miasteczko! Jak miniaturowa Carcassona! Zaglądam do środka przez bramę, ale wygląda "zwyczajnie", z zewnątrz natomiast super! :-) tylko ruch okropny, nie dało się zrobić foto bez samochodów :-(

Potem jeszcze kilka kilometrów zjazdu i jest Prades i kemping, który w południe zarezerwowałem przez net, bo ponoć były ostatnie dwa miejsca. No i faktycznie, dostałem fatalną piazzolę, zero cienia i piach. Słabizna. I drogi, 24,50 za noc. Mimo to muszę zostać na dwie noce bo jutro big na lekko, prawie cały szutrowy :-/
Jeszcze zakupy w SuperU (puste półki!) i kupno benzyny na stacji automatycznej (musiałem poprosić kogoś, żeby mi nalał "od siebie" bo automat nie puści raptem pół litra).
Ogólnie w Prades mi się nie podoba i szkoda, że muszę tu jutro zostać. A jeszcze jak przy rozbijaniu namiotu napieprzało słońce (przynajmniej wysechł!) tak wieczorem znów lekko pada (przynajmniej zdążyłem zjeść na niezadaszonym dzizasie) . A jeszcze na kempingu jest "koncert" (na poziomie max przyzwoitego karaoke). Momentami uszy bolą. Ciekawe, kiedy dadzą pospać...
Od razu lekko pod górę. Czeski podjazd, bo droga co kilka kilometrów przecina kolejne doliny (na huja?!), ale jednak jestem coraz wyżej. Wreszcie system "wzgórz" wyprowadza mnie na wysokość 1600. Ładne mi wzgórza, jak Śnieżka! :-)

Cały czas goni mnie deszcz, więc odpuszczam oglądanie ciekawej na oko twierdzy na przełęczy La Perche i od razu rozpoczynam mega zjazd. Ponad 1000m w dół, z czego sporo gorżem. Widoki ładne, zwłaszcza, że równolegle idzie kolejka z ładnymi mostami :-)



Na zjeździe mam wiatr w plecy, więc leci się elegancko aż do Villefranche, gdzie odbijam na biga Col de Mantet (1760).
Jem kanapkę, zostawiam sakwy w krzakach i ruszam na 1300 podjazdu. Początkowo 25 stopni, ale wkrótce się rozpogadza i robi się 30. To nadal chłodek ;-)
Wkrótce biorę jeszcze wodę z kempingu, więc jestem gotów i na deszcz (ciepła herbata w termosie) i na upał :-P Podjazd bardzo łagodny az do wysokości 900. Potem już ma te 6-10%, więc jedzie się dobrze, aczkolwiek czuć nóżki po wczorajszym. Postój na 1200, ciastka i dalej. Tu już 20 stopni i dalej spada. Na górze jestem tuż przed godz. 16, jest 18 stopni i wkrótce zaczyna lekko kropić.

Przebieram się i longiem na dół. Deszcz się trochę nasila, ale nadal jest to większe kropienie, a na wysokości ok 1000 przestaje.
Do sakw docieram więc na sucho, zgarniam i lecę dalej. A dalej jest sama Villefranche le Confient. Super miasteczko! Jak miniaturowa Carcassona! Zaglądam do środka przez bramę, ale wygląda "zwyczajnie", z zewnątrz natomiast super! :-) tylko ruch okropny, nie dało się zrobić foto bez samochodów :-(

Potem jeszcze kilka kilometrów zjazdu i jest Prades i kemping, który w południe zarezerwowałem przez net, bo ponoć były ostatnie dwa miejsca. No i faktycznie, dostałem fatalną piazzolę, zero cienia i piach. Słabizna. I drogi, 24,50 za noc. Mimo to muszę zostać na dwie noce bo jutro big na lekko, prawie cały szutrowy :-/
Jeszcze zakupy w SuperU (puste półki!) i kupno benzyny na stacji automatycznej (musiałem poprosić kogoś, żeby mi nalał "od siebie" bo automat nie puści raptem pół litra).
Ogólnie w Prades mi się nie podoba i szkoda, że muszę tu jutro zostać. A jeszcze jak przy rozbijaniu namiotu napieprzało słońce (przynajmniej wysechł!) tak wieczorem znów lekko pada (przynajmniej zdążyłem zjeść na niezadaszonym dzizasie) . A jeszcze na kempingu jest "koncert" (na poziomie max przyzwoitego karaoke). Momentami uszy bolą. Ciekawe, kiedy dadzą pospać...
- DST 104.26km
- Czas 05:17
- VAVG 19.73km/h
- VMAX 60.50km/h
- Temperatura 24.0°C
- HRmax 142
- HRavg 109
- Kalorie 1885kcal
- Podjazdy 1921m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!