Pirenoja, dz. 14
Pobudka przed krótko 7, a i tak wyjechałem dopiero o 9:30. Jakaś masakra, ile mi schodzi rano! No, ale dziś krótki dzień, to tak nie boli.
Na początek jeszcze zakupy w Leclercu (wieczorem nie ma sklepu, więc wziąłem zapas kiełbasy i sajgonki na kolację) i lekko po 10 jestem w trasie.
Zaczyna się od bardzo łągodnego podjazdu przeplatanego płaskimi odcinkami - idealnie na rogrzewkę. Pogoda ładna, jedzie się dobrze i jest fajnie ;) Lekko po 11 jestem już na właściwym podjeździe na Col de Pegeure. Łagodny, wijący się i nie bardzo wysoki (850 metrów). Po 300 metrach robię postój na właściwe śniadanie (rano zawsze ledwo co mogę przełknąć) i najedzony kanapkami i bólem czekoladowym (pain au chocolat) ruszam dalej.
Reszta podjazdu wchodzi dobrze, chociaz bardzo płaska końcówka już troche się ciągnie. Ale na osłodę wyprzedzam na niej szosowca! :o
A na górze piękne widoki, o :)


Potem bardzo ostry, kręty i wąski zjazd, 11-14%, więc w duchu ciesze się, że nie jadę w drugą stronę. Po kilkunastu minutach jestem w Masset, gdzie robi się upalnie, więc biorę sporo wody (pysznej, lodowatej z ulicznego jakby hydrantu na korbkę) i ruszam na drugiego biga dziś, czyli Col d'Agnes. Początek znów łagodny, a jak się robi stromiej (5-7%), to zaczyna... kropić! No żeż ty! Dziś miała być ładna pogoda! Po chwili słychać też grzmoty, a po podjechaniu ok 300m (z 900) dopada mnie ulewa, więc pod drzewem (nic innego nie ma) szybko zmieniam buty na sandały, żeby nie przemoczyć i trochę czekam, ale raz, że nie przestaje, dwa że drzewo zaczyna przeciekać, a trzy, że zacina i i tak jestem mokry. Na szczęście jest wciąż 18 stopni, więc idzie żyć, ale po chwili po prostu ruszam w tę ulewę - i tak jestem już mokry.
Po kilkunastu minutach deszcz ustaje, więc robię krótki postój na kanapkę i jadę dalej. Końcówka już trochę męcząca, niby raptem 2k podjazdów dziś, ale jednak forma mi po reście jakoś nie skoczyła i chociaż jadę bez problemu, to też już i bez przyjemności.
A z przełęczy, na której jestem krótko przed godz. 16 jeszcze piękniejsze widoki :)

I widać też, że burza chyba nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Więc szybko zakładam bluzę i długa na dól. Znów stromo, choć nie aż tak bardzo jak poprzednio (9%). W Aulus-les-Bains jestem tuż po 16. Okazuje się, że jest tu minimarket Vival i nawet da się zrobić jakieś zaopatrzenie w razie czego. Ale nic nie potrzebuję oprócz surówki do sajgonek. Biorę szpinak w puszcze i jadę na kemping.
A kemping super! Cień, dach namiotowy w razie deszczu, krzesła, dżisasy pod dachem, kuchnia, lodówka, zamrażarka, kuchenka... Kurde, jesli jutro będzie dupówa, to jest to fajne miesjce na rest! A cena... 9,80 EUR! :D


Na początek jeszcze zakupy w Leclercu (wieczorem nie ma sklepu, więc wziąłem zapas kiełbasy i sajgonki na kolację) i lekko po 10 jestem w trasie.
Zaczyna się od bardzo łągodnego podjazdu przeplatanego płaskimi odcinkami - idealnie na rogrzewkę. Pogoda ładna, jedzie się dobrze i jest fajnie ;) Lekko po 11 jestem już na właściwym podjeździe na Col de Pegeure. Łagodny, wijący się i nie bardzo wysoki (850 metrów). Po 300 metrach robię postój na właściwe śniadanie (rano zawsze ledwo co mogę przełknąć) i najedzony kanapkami i bólem czekoladowym (pain au chocolat) ruszam dalej.
Reszta podjazdu wchodzi dobrze, chociaz bardzo płaska końcówka już troche się ciągnie. Ale na osłodę wyprzedzam na niej szosowca! :o
A na górze piękne widoki, o :)


Potem bardzo ostry, kręty i wąski zjazd, 11-14%, więc w duchu ciesze się, że nie jadę w drugą stronę. Po kilkunastu minutach jestem w Masset, gdzie robi się upalnie, więc biorę sporo wody (pysznej, lodowatej z ulicznego jakby hydrantu na korbkę) i ruszam na drugiego biga dziś, czyli Col d'Agnes. Początek znów łagodny, a jak się robi stromiej (5-7%), to zaczyna... kropić! No żeż ty! Dziś miała być ładna pogoda! Po chwili słychać też grzmoty, a po podjechaniu ok 300m (z 900) dopada mnie ulewa, więc pod drzewem (nic innego nie ma) szybko zmieniam buty na sandały, żeby nie przemoczyć i trochę czekam, ale raz, że nie przestaje, dwa że drzewo zaczyna przeciekać, a trzy, że zacina i i tak jestem mokry. Na szczęście jest wciąż 18 stopni, więc idzie żyć, ale po chwili po prostu ruszam w tę ulewę - i tak jestem już mokry.
Po kilkunastu minutach deszcz ustaje, więc robię krótki postój na kanapkę i jadę dalej. Końcówka już trochę męcząca, niby raptem 2k podjazdów dziś, ale jednak forma mi po reście jakoś nie skoczyła i chociaż jadę bez problemu, to też już i bez przyjemności.
A z przełęczy, na której jestem krótko przed godz. 16 jeszcze piękniejsze widoki :)

I widać też, że burza chyba nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Więc szybko zakładam bluzę i długa na dól. Znów stromo, choć nie aż tak bardzo jak poprzednio (9%). W Aulus-les-Bains jestem tuż po 16. Okazuje się, że jest tu minimarket Vival i nawet da się zrobić jakieś zaopatrzenie w razie czego. Ale nic nie potrzebuję oprócz surówki do sajgonek. Biorę szpinak w puszcze i jadę na kemping.
A kemping super! Cień, dach namiotowy w razie deszczu, krzesła, dżisasy pod dachem, kuchnia, lodówka, zamrażarka, kuchenka... Kurde, jesli jutro będzie dupówa, to jest to fajne miesjce na rest! A cena... 9,80 EUR! :D


- DST 71.49km
- Czas 04:47
- VAVG 14.95km/h
- VMAX 50.80km/h
- Temperatura 25.0°C
- HRmax 145
- HRavg 116
- Kalorie 1968kcal
- Podjazdy 1984m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!