Piątek, 22 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Użytkowo
Amici de Bici, dz. 48, restowy
Po mieście Sjenica. Nie można tego nazwać zwiedzaniem, bo nie ma tu co zwiedzać. Oglądaliśmy zatem. Z niewiary że jest tu aż tak beznadziejnie zaglądaliśmy w każdą dziurę. Ale faktycznie jest. Masakra :P
Większość domów nieotynkowanych, samochodów (gruchotów) mnóstwo i mimo że miasteczko ma z kilometr od krańca do krańca, to chyba wszyscy po nim jeżdżą brykami, bo na ulicach tworzą się korki! Sklepy słabiutko zaopatrzone, a niektóre wręcz jak żywcem wyjęte z czasów komuny:

Papierniczy
Pierzeja "reprezentacyjnego" rynku z fontanną wygląda tak:

A miejsce oznaczone na mapie jako "hipermarket" jest zamknięte na głucho, ale przez szybę widać coś takiego:

Natomiast przy domu mamy śmiesznego pieska, niby-goldena, który jest strasznym łakomczuchem (pożera nawet suchy chleb) i chrumka przy tym jak świnka. Wabi się Czapa, ale nazwaliśmy ją Ciocia Chrum Chrum.

Resztę dnia spędziliśmy na oglądaniu beznadziejnych filmików i próbie ugotowania czegoś niepaskudnego. Z obu czynności wyszła lipa :P Ale przynajmniej odpoczęliśmy :)
Większość domów nieotynkowanych, samochodów (gruchotów) mnóstwo i mimo że miasteczko ma z kilometr od krańca do krańca, to chyba wszyscy po nim jeżdżą brykami, bo na ulicach tworzą się korki! Sklepy słabiutko zaopatrzone, a niektóre wręcz jak żywcem wyjęte z czasów komuny:

Papierniczy
Pierzeja "reprezentacyjnego" rynku z fontanną wygląda tak:

A miejsce oznaczone na mapie jako "hipermarket" jest zamknięte na głucho, ale przez szybę widać coś takiego:

Natomiast przy domu mamy śmiesznego pieska, niby-goldena, który jest strasznym łakomczuchem (pożera nawet suchy chleb) i chrumka przy tym jak świnka. Wabi się Czapa, ale nazwaliśmy ją Ciocia Chrum Chrum.

Resztę dnia spędziliśmy na oglądaniu beznadziejnych filmików i próbie ugotowania czegoś niepaskudnego. Z obu czynności wyszła lipa :P Ale przynajmniej odpoczęliśmy :)
- DST 12.33km
- Teren 0.50km
- Czas 00:51
- VAVG 14.51km/h
- VMAX 31.89km/h
- Temperatura 11.0°C
- Podjazdy 91m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 21 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici de Bici dz. 47
Z rana lekko siąpiło, ale dzielnie ruszyliśmy z motelu Vodice, może dlatego, że ciasnota pokoju, słabiutki zasięg wifi i cieknący brodzik raczej nie zachęcały, by tam spędzić cały dzień. W nagrodę za odwagę wkrótce dostaliśmy koniec deszczyku i do końca jazdy juz było sucho. Za to zimno. Na dole 9 stopni, a jak podjechaliśmy na przełęcz z serbską granicą, to zrobiło się 5. Ubrani we wszystko

N. ubrana we wszystko, w tym moją koszulkę
postaliśmy chwilę na granicy, a potem wdepnęliśmy do jedynej przydrożnej restauracji na herbatę, żeby się rozgrzać. Herbaty nie było (!) więc wypiliśmy po kawie. Sypanej, ale bardzo smacznej. Cena 100 dinarów (1 dolar), ale przyjęli 5 euro i wydali 400 dinarów reszty. Będzie na drugą kawę ;-)
Potem był długi i bardzo fajny (równe nachylenie, bez ostrych zakrętów) zjazd do Prijepola. Tzn. byłby fajny, gdyby nie było tak pieruńsko zimno. Na dole 11 stopni, ale nie zrobiło nam to różnicy, za bardzo byliśmy przemarznięci. Zjedliśmy kanapki, kupiliśmy trochę więcej dinarów w kantorze i pojechaliśmy dalej. Przed nami została większa połowa trasy, a była już prawie 14...
Po kilku kilometrach łagodnego podjazdu ślad skręcił ostro w prawo i górę i od razu zrobił się... szuter. Nooo, tak to my się nie będziemy bawić! Może jeszcze jesteśmy w stanie zrobić dziś 42 km i ponad 1000 metrów w górę, ale nie w terenie! Obejrzawszy mapę, z której wynikało, że szutru może być nawet 26 km, zawróciliśmy z planem awaryjnego noclegu w Prijepolju. Szkoda, bo w Sjenicy mieliśmy tanią rezerwację, ale co zrobić, nie będziemy przecież się tłuc szutrami po nocy, a rezerwację można bezkosztowo odwołać...
I wtedy N. wpadła na genialny pomysł, żeby sprawdzić, czy nie ma jakiegoś autobusu. O dziwo, był i to za pol godziny. Jedyny dziś na tej trasie! No cóż za fart! :-):-) a pan kierowca zgodził się zabrać rowery, wow!
Potem już z górki, tzn. pod górkę, ale autobusem ;-) A dużo jeszcze tych górek było, również na alternatywnej do szutru trasie szosą naokoło przez Nową Varosz. Dobrze, że tym razem podjazd kosztował nas nie pot i łzy, tylko 10 euro ;-)
Sjenica, to chyba najbrzydsze miasteczko Serbii (i świata! :p), ale okolica ponoć piękna (jutro sprawdzimy), a nasza kwatera za 16 EUR za noc (za 2 osoby!) nawet niezła. Wygody podstawowe, ale w sumie ok. Teraz wieczorem znów jest 6 stopni, więc się grzejemy w domku :-)

N. ubrana we wszystko, w tym moją koszulkę
postaliśmy chwilę na granicy, a potem wdepnęliśmy do jedynej przydrożnej restauracji na herbatę, żeby się rozgrzać. Herbaty nie było (!) więc wypiliśmy po kawie. Sypanej, ale bardzo smacznej. Cena 100 dinarów (1 dolar), ale przyjęli 5 euro i wydali 400 dinarów reszty. Będzie na drugą kawę ;-)
Potem był długi i bardzo fajny (równe nachylenie, bez ostrych zakrętów) zjazd do Prijepola. Tzn. byłby fajny, gdyby nie było tak pieruńsko zimno. Na dole 11 stopni, ale nie zrobiło nam to różnicy, za bardzo byliśmy przemarznięci. Zjedliśmy kanapki, kupiliśmy trochę więcej dinarów w kantorze i pojechaliśmy dalej. Przed nami została większa połowa trasy, a była już prawie 14...
Po kilku kilometrach łagodnego podjazdu ślad skręcił ostro w prawo i górę i od razu zrobił się... szuter. Nooo, tak to my się nie będziemy bawić! Może jeszcze jesteśmy w stanie zrobić dziś 42 km i ponad 1000 metrów w górę, ale nie w terenie! Obejrzawszy mapę, z której wynikało, że szutru może być nawet 26 km, zawróciliśmy z planem awaryjnego noclegu w Prijepolju. Szkoda, bo w Sjenicy mieliśmy tanią rezerwację, ale co zrobić, nie będziemy przecież się tłuc szutrami po nocy, a rezerwację można bezkosztowo odwołać...
I wtedy N. wpadła na genialny pomysł, żeby sprawdzić, czy nie ma jakiegoś autobusu. O dziwo, był i to za pol godziny. Jedyny dziś na tej trasie! No cóż za fart! :-):-) a pan kierowca zgodził się zabrać rowery, wow!
Potem już z górki, tzn. pod górkę, ale autobusem ;-) A dużo jeszcze tych górek było, również na alternatywnej do szutru trasie szosą naokoło przez Nową Varosz. Dobrze, że tym razem podjazd kosztował nas nie pot i łzy, tylko 10 euro ;-)
Sjenica, to chyba najbrzydsze miasteczko Serbii (i świata! :p), ale okolica ponoć piękna (jutro sprawdzimy), a nasza kwatera za 16 EUR za noc (za 2 osoby!) nawet niezła. Wygody podstawowe, ale w sumie ok. Teraz wieczorem znów jest 6 stopni, więc się grzejemy w domku :-)
- DST 54.06km
- Teren 0.50km
- Czas 03:19
- VAVG 16.30km/h
- VMAX 63.27km/h
- Temperatura 6.0°C
- Podjazdy 733m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 20 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici de Bici, dz. 46
Gorażde - Cajniće - Metaljka (BIG) - Pljevlja (MNE).
3/4 dnia pod górę, z tego część w deszczu, a część przeczekując. Zjazd podobnie, tylko szybciej i zimniej :P
W ogóle zimno, mokro, do domu przez większość dnia daleko. Ale największa ulewa się rozpętała, jak już na szczęście byliśmy zalogowani w motelu Vodice w Pljevlji. I dobrze, wystarczyło nam i bez tego atrakcji :P
Z ciekawostek: pogranicznicy bośniaccy rezydują 6 km przed przełęczą i granicą, a dalej ciągnie się bośniacka ziemia niczyja (czyli las). Natomiast czarnogórscy rezydują 2 km za granicą, ale na ziemi niczyjej jest np. malutka wieś oraz droga gruntowa w bok. Ewentualne nielegalne przekroczenie granicy byłoby bajecznie łatwe. Ciekawe...
3/4 dnia pod górę, z tego część w deszczu, a część przeczekując. Zjazd podobnie, tylko szybciej i zimniej :P
W ogóle zimno, mokro, do domu przez większość dnia daleko. Ale największa ulewa się rozpętała, jak już na szczęście byliśmy zalogowani w motelu Vodice w Pljevlji. I dobrze, wystarczyło nam i bez tego atrakcji :P
Z ciekawostek: pogranicznicy bośniaccy rezydują 6 km przed przełęczą i granicą, a dalej ciągnie się bośniacka ziemia niczyja (czyli las). Natomiast czarnogórscy rezydują 2 km za granicą, ale na ziemi niczyjej jest np. malutka wieś oraz droga gruntowa w bok. Ewentualne nielegalne przekroczenie granicy byłoby bajecznie łatwe. Ciekawe...
- DST 72.47km
- Czas 04:54
- VAVG 14.79km/h
- VMAX 51.65km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 1452m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 19 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici de Bici, dz. 45
No to ruszyliśmy dalej. W Sarajewie było bardzo miło i fajne mieliśmy mieszkanko (dzięki, Vladimir!), ale ileż można siedzieć na tyłkach? ;)
Rano zimno, raptem 14 stopni, ale szybko się rozgrzaliśmy, bo najpierw 10 km przez miasto (na szczęście udało się znaleźć dość mało ruchliwą trasę, bo całe Sarajewo jest zakorkowane chyba porównywalnie jak Warszawa!), a potem od razu podjazd, tunel i ładny gorge Miljacki, aczkolwiek zeszpecony licznymi kamieniołomami. Podjazd dość długi, bo w sumie do 30. km trasy, ale najostrzejsze górki przecinał tunelami (w tym jednym nieczynnym tuż przed Pale, w którym trwały jakieś prace, ale mili panowie robotnicy nas przepuścili, mimo, że auta miały objazd :) , więc w sumie niezbyt wymagający. Potem dość długi i łagodny zjazd do Pracy (sprawdźcie sobie na mapie :p), co nam dobrze zrobiło, bo goniła nas niepogoda i chętnie trochę pocisnęliśmy, żeby jej uciec. Potem znów podjazd o 500 metrów, a na szczycie przywitały nas nieziemskie widoki na dolinę Driny i dalej leżące góry, w tym Durmitor. Za każdym razem, jak patrze z góry na te okolice, to uświadamiam sobie, czemu ten kraj nazywa się Czarno-góra :)
Zjazd do Gorazde długi, kręty i z kiepską nawierzchnią, ale że zaczynało co chwilę padać, to nie traciliśmy czasu, tylko mimo wybojów długa na dół. Tu nocleg w pensjonacie Somun, stosunkowo drogi (22 EUR) w nie najlepszym standardzie, ale czysto, więc też nic strasznego. Jak pogoda i siły dopiszą, to jutro opuszczamy Bośnię :)
Sarajewgo - Pale - Praca - Hrenovica - Osjecani - Gorazde.
Rano zimno, raptem 14 stopni, ale szybko się rozgrzaliśmy, bo najpierw 10 km przez miasto (na szczęście udało się znaleźć dość mało ruchliwą trasę, bo całe Sarajewo jest zakorkowane chyba porównywalnie jak Warszawa!), a potem od razu podjazd, tunel i ładny gorge Miljacki, aczkolwiek zeszpecony licznymi kamieniołomami. Podjazd dość długi, bo w sumie do 30. km trasy, ale najostrzejsze górki przecinał tunelami (w tym jednym nieczynnym tuż przed Pale, w którym trwały jakieś prace, ale mili panowie robotnicy nas przepuścili, mimo, że auta miały objazd :) , więc w sumie niezbyt wymagający. Potem dość długi i łagodny zjazd do Pracy (sprawdźcie sobie na mapie :p), co nam dobrze zrobiło, bo goniła nas niepogoda i chętnie trochę pocisnęliśmy, żeby jej uciec. Potem znów podjazd o 500 metrów, a na szczycie przywitały nas nieziemskie widoki na dolinę Driny i dalej leżące góry, w tym Durmitor. Za każdym razem, jak patrze z góry na te okolice, to uświadamiam sobie, czemu ten kraj nazywa się Czarno-góra :)
Zjazd do Gorazde długi, kręty i z kiepską nawierzchnią, ale że zaczynało co chwilę padać, to nie traciliśmy czasu, tylko mimo wybojów długa na dół. Tu nocleg w pensjonacie Somun, stosunkowo drogi (22 EUR) w nie najlepszym standardzie, ale czysto, więc też nic strasznego. Jak pogoda i siły dopiszą, to jutro opuszczamy Bośnię :)
Sarajewgo - Pale - Praca - Hrenovica - Osjecani - Gorazde.
- DST 86.95km
- Teren 0.50km
- Czas 05:00
- VAVG 17.39km/h
- VMAX 54.48km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 1227m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 18 września 2017
Kategoria Wycieczka, AdB, Surly-arch
Amici de Bici, dz. 44, na spokojnie
Dziś tylko do źródeł Bośni (rozczarowanie, nawet nie bardzo jest sens zdjęcia pokazywać ;) , po zakupy i z powrotem. Kończymy naszą przygodę z Sarajewem ;)
- DST 22.02km
- Teren 1.00km
- Czas 01:15
- VAVG 17.62km/h
- VMAX 27.01km/h
- Temperatura 23.0°C
- Podjazdy 47m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 17 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wycieczka
Amici de Bici, dz. 43, (ever)restowy*
Sarajevo - Bukavica - Jasik - Jahorina (BIG) i z powrotem. Podjazd w wichurze najmocniejszej chyba ze wszystkich dotychczasowych. Momentami wiatr zatrzymywał mnie w miejscu i musiałem jechać w okularach przeciwsłonecznych (a nigdy tak nie jeżdżę pod górę, bo zalewa je pot), bo inaczej ciągle mi się coś sypało do oczu. Pod koniec zaczęło padać, przez chwilę mocno, ale akurat było drzewo (jedno z niewielu) nadające się do przeczekania, a potem już średnio, ale stale. Na samej górze deszcz na chwilę ustał, ale jak tylko dojechałem, to znów zaczął popadywać, więc przebierałem się na zjazd w pośpiechu. Przy okazji stwierdziłem, że zapomniałem długich spodni i rękawiczek, więc zjazd w deszczu przy 13 stopniach może być lekko dyskomfortowy ;)
Po ok. kilometrze zjazdu usłyszałem za sobą głośny szum. Myślałem, że to doganiający mnie samochód, ale nic nie jechało. Po chwili już wiedziałem: goniła mnie... ściana deszczu! Na szczęście akurat przejeżdżałem obok jednego z wielu hoteli w okolicach szczytu (Jahorina to ośrodek narciarski), więc zdążyłem wpaść pod daszek, zanim na serio przywaliło. Z nudów, czekając aż przestanie, postanowiłem wymienić klocki. Tak naprawdę już w momencie wyjazdu były w kiepskim stanie, ale kto by wymieniał, póki działały? Ale przed tym zjazdem na mokro poczułem, że jednak chociaż w jednym kole warto mieć pewny hamulec ;) Padło na tylne, bo były w gorszym stanie (choć przód też już prawie gotów na następców ;) Wychodzi mi z moich notatek, że tylne Authory (czarno-pomarańczowe wsuwki, modelu nie pomnę) przejechały ponad 18 Mm!! Nie wiem, czy to możliwe, może zapomniałem zanotować poprzednią wymianę...? Z reguły wytrzymały ok 10...
W międzyczasie ulewa przeszła w normalny deszcz, więc po wymianie i regulacji umyłem w hotelu ręce i ruszyłem. Na zjeździe jeszcze 3 razy łapała mnie straszliwa ulewa i 2 razy grad, na szczęście mały (jak ziarnka grochu), ale i tak siekł niemiłosiernie i musiałem ręką osłaniać głowę i twarz, bo schować się nie było gdzie. Na szczęście akurat działo się to na podjazdach (na zjeździe były takie trzy, łącznie ok 250 m pod górę), co umożliwiało prowadzenie jedną ręką. Podczas jazdy w dół, zwłaszcza w wietrze (już nieco słabszym, ale wciąż solidnym) i w deszczu, nie ma mowy, żeby puścić kierownicę choćby na chwilę...
Wreszcie tuż przed powrotem do miasta się przetarło, nawet kurtka zdążyła mi przeschnąć, zanim wróciłem do domu. Ale muszę przyznać, że to była chyba największa nawałnica, w jakiej w życiu zdarzyło mi się jechać :)
PS. Ze względu na pogodę nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Zresztą większość trasy była niezbyt widowiskowa, tylko panorama na Ilidżę w tym sarajewskie lotnisko była dość interesująca ;)
Po ok. kilometrze zjazdu usłyszałem za sobą głośny szum. Myślałem, że to doganiający mnie samochód, ale nic nie jechało. Po chwili już wiedziałem: goniła mnie... ściana deszczu! Na szczęście akurat przejeżdżałem obok jednego z wielu hoteli w okolicach szczytu (Jahorina to ośrodek narciarski), więc zdążyłem wpaść pod daszek, zanim na serio przywaliło. Z nudów, czekając aż przestanie, postanowiłem wymienić klocki. Tak naprawdę już w momencie wyjazdu były w kiepskim stanie, ale kto by wymieniał, póki działały? Ale przed tym zjazdem na mokro poczułem, że jednak chociaż w jednym kole warto mieć pewny hamulec ;) Padło na tylne, bo były w gorszym stanie (choć przód też już prawie gotów na następców ;) Wychodzi mi z moich notatek, że tylne Authory (czarno-pomarańczowe wsuwki, modelu nie pomnę) przejechały ponad 18 Mm!! Nie wiem, czy to możliwe, może zapomniałem zanotować poprzednią wymianę...? Z reguły wytrzymały ok 10...
W międzyczasie ulewa przeszła w normalny deszcz, więc po wymianie i regulacji umyłem w hotelu ręce i ruszyłem. Na zjeździe jeszcze 3 razy łapała mnie straszliwa ulewa i 2 razy grad, na szczęście mały (jak ziarnka grochu), ale i tak siekł niemiłosiernie i musiałem ręką osłaniać głowę i twarz, bo schować się nie było gdzie. Na szczęście akurat działo się to na podjazdach (na zjeździe były takie trzy, łącznie ok 250 m pod górę), co umożliwiało prowadzenie jedną ręką. Podczas jazdy w dół, zwłaszcza w wietrze (już nieco słabszym, ale wciąż solidnym) i w deszczu, nie ma mowy, żeby puścić kierownicę choćby na chwilę...
Wreszcie tuż przed powrotem do miasta się przetarło, nawet kurtka zdążyła mi przeschnąć, zanim wróciłem do domu. Ale muszę przyznać, że to była chyba największa nawałnica, w jakiej w życiu zdarzyło mi się jechać :)
PS. Ze względu na pogodę nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Zresztą większość trasy była niezbyt widowiskowa, tylko panorama na Ilidżę w tym sarajewskie lotnisko była dość interesująca ;)
- DST 67.74km
- Czas 03:36
- VAVG 18.82km/h
- VMAX 53.12km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 1727m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 16 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wycieczka
Amici de Bici, dz. 42, zwiedzanie Sarajewa
Bardzo spacerowym tempem po mieście, w tym:
- blokowiska tak przepaskudne, że aż fascynujące, niby takie jak w Polsce, a jednak inne,
- centrum składające się z części europejskiej i muzułmańskiej - dość ciekawe, aczkolwiek jednak nie moja bajka,
- obrzeża centrum z normalnymi (choć poznaczonymi śladami pocisków moździerzowych) kamienicami zbudowanymi na stromych zboczach,
- ciekawe osiedle bloków na bardzo stromym stoku, gdzie zamiast windy jest kolej zębata - niesamowita sprawa!
- obóz protestujących weteranów armii bośniackiej na ulicy Alipasino - okazuje się, ze protestują przeciwko... przywilejom dla weteranów, a konkretnie, że państwo płaci takie same emerytury prawdziwym weteranom jak i tym, którzy tylko twierdzą, że brali udział w wojnie, co sprawia, że dla faktycznych weteranów brakuje pieniędzy.

Fragment blokowisk na przedmieściach (jest tego multum!)

Pomnik dzieci, które zginęły podczas oblężenia Sarajewa

Jeden z bardzo wielu cmentarzy muzułmańskich

Pochyła winda wyglądająca jak kolej zębata (przejazd 0,80 KM)
Ogólnie miasto jednocześnie niezwykle brzydkie i bardzo ciekawe. A jeszcze nie widzieliśmy wszystkiego, np. opuszczonych obiektów olimpijskich, muzeum historii miasta z wystawą o oblężeniu czy źródeł rzeki Bośnia, która ponoć dużym strumieniem wytryskuje wprost ze skały* :)
* Okazało się to nieprawdą, strumień ledwo ciurka, niestety.
- blokowiska tak przepaskudne, że aż fascynujące, niby takie jak w Polsce, a jednak inne,
- centrum składające się z części europejskiej i muzułmańskiej - dość ciekawe, aczkolwiek jednak nie moja bajka,
- obrzeża centrum z normalnymi (choć poznaczonymi śladami pocisków moździerzowych) kamienicami zbudowanymi na stromych zboczach,
- ciekawe osiedle bloków na bardzo stromym stoku, gdzie zamiast windy jest kolej zębata - niesamowita sprawa!
- obóz protestujących weteranów armii bośniackiej na ulicy Alipasino - okazuje się, ze protestują przeciwko... przywilejom dla weteranów, a konkretnie, że państwo płaci takie same emerytury prawdziwym weteranom jak i tym, którzy tylko twierdzą, że brali udział w wojnie, co sprawia, że dla faktycznych weteranów brakuje pieniędzy.

Fragment blokowisk na przedmieściach (jest tego multum!)

Pomnik dzieci, które zginęły podczas oblężenia Sarajewa

Jeden z bardzo wielu cmentarzy muzułmańskich

Pochyła winda wyglądająca jak kolej zębata (przejazd 0,80 KM)
Ogólnie miasto jednocześnie niezwykle brzydkie i bardzo ciekawe. A jeszcze nie widzieliśmy wszystkiego, np. opuszczonych obiektów olimpijskich, muzeum historii miasta z wystawą o oblężeniu czy źródeł rzeki Bośnia, która ponoć dużym strumieniem wytryskuje wprost ze skały* :)
* Okazało się to nieprawdą, strumień ledwo ciurka, niestety.
- DST 23.99km
- Czas 01:48
- VAVG 13.33km/h
- VMAX 25.65km/h
- Temperatura 27.0°C
- Podjazdy 73m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 15 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Użytkowo
Amici de Bici, dz. 41, restowy
Dzień kompletnie restowy, tylko poza kupy :)
- DST 4.29km
- Czas 00:16
- VAVG 16.09km/h
- VMAX 29.30km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 37m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 14 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici de Bici, dz. 40
Od rana zimno, ruszałem w bezrękawniku i żałowałem tego kroku, bo raptem 14 stopni było. Poza tym potworny ruch na szosie do Sarajewa, więc szybko szukaliśmy jakieś alternatywnej trasy. Była, ale po kilku kilometrach przeszła w szutrówkę i gruntówkę, a potem odbiła w bok i pod górę, więc jak niepyszni wróciliśmy (pod bardzo stroma górkę) na ślad. Trochę się zresztą w tym miejscu rozluźniło i już nie walił TIR za TIRem.
Zaraz spotkaliśmy też sakwiarzy z Berlina, którzy również jechali do Sarajewa, ale zanim zdążyliśmy się nagadać, to nam się trasy rozjechały. Oni pojechali główną z TIRami, a my odbiliśmy na Kiseljak. Podjazd na niewysoką przełęcz zakłóciła nam mała sympatyczna suczka, która nas polubiła od pierwszego wejrzenia i biegła w podskokach przy naszych pedałach, sprawiając nieodparte wrażenie, że za chwilę coś ją rozjedzie. Wreszcie zatrzymaliśmy się dla jej dobra (bo było pod górę i nie dało się uciec), żeby ją zająć kiełbasą i w tym czasie czmychnąć. Była strasznie napalona, skakała na nas i dramatycznie się łasiła. A jak dostała kawał kiełbasy, to złapała ją w zęby i popędziła prawidłowo lewą stroną szosy do domu, ani się obejrzawszy. Ciekawe, ilu litościwych rowerzystów już nabrała na ten numer! :P
Potem był zjazd ładną dolinką do Visoko, gdzie miały być najwyższe i najstarsze na świecie piramidy, ale tak na nasze oko były zwykłe góry, a najciekawszymi obiektami były dwa wielkie muzułmańskie cmentarze.
Wreszcie dojazd z Visoko do Sarajewa, bez historii poza jednym odstąpieniem od śladu (z powodu skrętu śladu na rzekomą ekspresówkę i drogi wyglądającej na mapie na dobrą alternatywę, co skończyło się pchaniem rowerów w błocie :P) ale za to w strasznym ruchu, a pod koniec nawet w solidnych korkach. Po godz. 17 dotarliśmy do naszego mieszkanka z AirBnB wynajętego na 5 dni za raptem ok. 100 EUR. Pora na solidny odpoczynek! :)
Travnik - Kiseljak - Visoko - Sarajewo.
PS. Skoro to dzień nr 40, to powinienem napisać Wielki Post, ale mi się nie chciało ;)
Zaraz spotkaliśmy też sakwiarzy z Berlina, którzy również jechali do Sarajewa, ale zanim zdążyliśmy się nagadać, to nam się trasy rozjechały. Oni pojechali główną z TIRami, a my odbiliśmy na Kiseljak. Podjazd na niewysoką przełęcz zakłóciła nam mała sympatyczna suczka, która nas polubiła od pierwszego wejrzenia i biegła w podskokach przy naszych pedałach, sprawiając nieodparte wrażenie, że za chwilę coś ją rozjedzie. Wreszcie zatrzymaliśmy się dla jej dobra (bo było pod górę i nie dało się uciec), żeby ją zająć kiełbasą i w tym czasie czmychnąć. Była strasznie napalona, skakała na nas i dramatycznie się łasiła. A jak dostała kawał kiełbasy, to złapała ją w zęby i popędziła prawidłowo lewą stroną szosy do domu, ani się obejrzawszy. Ciekawe, ilu litościwych rowerzystów już nabrała na ten numer! :P
Potem był zjazd ładną dolinką do Visoko, gdzie miały być najwyższe i najstarsze na świecie piramidy, ale tak na nasze oko były zwykłe góry, a najciekawszymi obiektami były dwa wielkie muzułmańskie cmentarze.
Wreszcie dojazd z Visoko do Sarajewa, bez historii poza jednym odstąpieniem od śladu (z powodu skrętu śladu na rzekomą ekspresówkę i drogi wyglądającej na mapie na dobrą alternatywę, co skończyło się pchaniem rowerów w błocie :P) ale za to w strasznym ruchu, a pod koniec nawet w solidnych korkach. Po godz. 17 dotarliśmy do naszego mieszkanka z AirBnB wynajętego na 5 dni za raptem ok. 100 EUR. Pora na solidny odpoczynek! :)
Travnik - Kiseljak - Visoko - Sarajewo.
PS. Skoro to dzień nr 40, to powinienem napisać Wielki Post, ale mi się nie chciało ;)
- DST 95.94km
- Czas 05:03
- VAVG 19.00km/h
- VMAX 41.72km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 585m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 13 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici de Bici, dz. 39
W nocy lało jak z cebra i była burza, ale od rana na szczęście piękna pogoda. Zapłaciliśmy za nocleg w euro i dostaliśmy resztę w bośniackich markach (po bardzo uczciwym kusie, tj. średnim, jakiego w żadnym kantorze się nie dostanie!), więc było na zakupy. Zaraz obok był Konzum, gdzie zaopatrzenie DUŻO lepsze niż w Chorwacji, a ceny DUŻO niższe. Generalnie zbliżone do polskich. Potem jeszcze usiłowaliśmy kupić miejscową kartę SIM, ale bez powodzenia - nie trafiliśmy na żaden punkt sprzedaży. Za to w całym centrum Tomislavgradu było wifi :)
Wreszcie ruszyliśmy, chyba o godz. 10 albo i później. Lekko po górę, wiaterek w plecy, ładne widoki, niewielki ruch. Idylla :) Najpierw podjazd na kolejny płaskowyż, potem długo płasko aż do Kupresu (w międzyczasie wiatr zrobił się silny i boczny), skąd już tylko krótki podjazd na Kupreska Vratę, czyli biga. Zjazd aż do Bugojna bardzo długi, ale niezbyt stromy. W Bugojnie byłem w 2009 roku, ale nic nie rozpoznałem, więc nie wiem, czy się zmieniło. Tam też wreszcie dostaliśmy kartę SIM i doładowanie, ale już skrócony kod nie zadziałał, więc nie udało się kupić pakietu internetowego. Może jutro się uda, może coś musi się aktywować...? Przynajmniej rejestracja nie jest wymagana...
Z Bugojna jeszcze jeden podjazd, tym razem na przełęcz 1188 mnpm, było dość ciepło i słońce idealnie w plecy, więc niezbyt fajnie się jechało, ale jakoś poszło. Stamtąd ponad 20 km w dół do Travnika, gdzie mieliśmy obczajony nocleg w hostelu. Wg booking kosztował 20 EUR, na miejscu okazało się, że 30 marek, czyli 15,50 EUR :) Naprawdę sowite prowizje ma ten booking :)
A hostel wypasiony - standard niezłego hotelu. Brakuje chyba tylko lodówki w pokoju, poza tym jest super :)
Wieczór zszedł nam na załatwianiu noclegu w Sarajewie na kolejnych kilka dni. Jutro tam dotrzemy i zamierzamy kilka dni odpocząć, a AirBnB jak zwykle nie było zbyt skore do współpracy. Powinni naprawdę popracować nad swoim interfejsem...
Wreszcie ruszyliśmy, chyba o godz. 10 albo i później. Lekko po górę, wiaterek w plecy, ładne widoki, niewielki ruch. Idylla :) Najpierw podjazd na kolejny płaskowyż, potem długo płasko aż do Kupresu (w międzyczasie wiatr zrobił się silny i boczny), skąd już tylko krótki podjazd na Kupreska Vratę, czyli biga. Zjazd aż do Bugojna bardzo długi, ale niezbyt stromy. W Bugojnie byłem w 2009 roku, ale nic nie rozpoznałem, więc nie wiem, czy się zmieniło. Tam też wreszcie dostaliśmy kartę SIM i doładowanie, ale już skrócony kod nie zadziałał, więc nie udało się kupić pakietu internetowego. Może jutro się uda, może coś musi się aktywować...? Przynajmniej rejestracja nie jest wymagana...
Z Bugojna jeszcze jeden podjazd, tym razem na przełęcz 1188 mnpm, było dość ciepło i słońce idealnie w plecy, więc niezbyt fajnie się jechało, ale jakoś poszło. Stamtąd ponad 20 km w dół do Travnika, gdzie mieliśmy obczajony nocleg w hostelu. Wg booking kosztował 20 EUR, na miejscu okazało się, że 30 marek, czyli 15,50 EUR :) Naprawdę sowite prowizje ma ten booking :)
A hostel wypasiony - standard niezłego hotelu. Brakuje chyba tylko lodówki w pokoju, poza tym jest super :)
Wieczór zszedł nam na załatwianiu noclegu w Sarajewie na kolejnych kilka dni. Jutro tam dotrzemy i zamierzamy kilka dni odpocząć, a AirBnB jak zwykle nie było zbyt skore do współpracy. Powinni naprawdę popracować nad swoim interfejsem...
- DST 101.70km
- Teren 0.50km
- Czas 05:16
- VAVG 19.31km/h
- VMAX 60.27km/h
- Temperatura 23.0°C
- Podjazdy 1264m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze





















