Informacje

  • Wszystkie kilometry: 234947.97 km
  • Km w terenie: 5564.41 km (2.37%)
  • Czas na rowerze: 472d 04h 57m
  • Prędkość średnia: 20.73 km/h
  • Więcej informacji.
baton rowerowy bikestats.pl
Jak to drzewiej bywało: button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Zaprzyjaźnione blogi i strony

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy aard.bikestats.pl

Archiwum

Linki

Wpisy archiwalne w kategorii

Wyprawa

Dystans całkowity:63796.44 km (w terenie 1125.52 km; 1.76%)
Czas w ruchu:3550:39
Średnia prędkość:17.97 km/h
Maksymalna prędkość:78.01 km/h
Suma podjazdów:900660 m
Maks. tętno maksymalne:154 (0 %)
Maks. tętno średnie:133 (0 %)
Suma kalorii:43238 kcal
Liczba aktywności:751
Średnio na aktywność:84.95 km i 4h 43m
Więcej statystyk
Niedziela, 20 kwietnia 2014 Kategoria Surly-arch, Wyprawa

Korsyka, dzień 0, Sisco

Pisa - Livorno - prom - Bastia
  • DST 50.31km
  • Teren 0.50km
  • Czas 02:34
  • VAVG 19.60km/h
  • VMAX 41.00km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 291m
  • Sprzęt arch-Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 19 kwietnia 2014 Kategoria Surly-arch, Wyprawa

Korsyka, dzień -1, do Pizy

Łódź - pociąg - Kraków - Balice - samolot - Pisa.
  • DST 22.71km
  • Czas 01:11
  • VAVG 19.19km/h
  • VMAX 35.50km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Podjazdy 97m
  • Sprzęt arch-Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 23 lutego 2014 Kategoria Surly-arch, Wyprawa

Campania Lutova, dz. 14, dzień powrotu

Po mieście Neapol do marketu budowlanego i autostradą na lotnisko. Tam pakowanie rowerów, przy którym zabrakło nam taśmy klejącej, ale na szczęście na lotnisku dało się kupić i to za raptem 2 EUR. W Pyrzowicach okazało się, że nowych uszkodzeń rowerów szczęśliwie brak i składanie poszło nam gładko, a potem  jazda do Dąbrowy Górniczej strasznie popapraną trasą (tu maks przy Storku!:) Czasu nam na szczęście wystarczyło z zapasem, więc nawet zdążyliśmy zjeść w KFC w Galerii Pogoria :)
Ostatnie 2 km z dworca po Łodzi.
Koniec! :(

PODSUMOWANIE:
- Całkowity dystans wyprawy: 1 477,30 km, co daje średnią dzienną 107 km (odliczając dzień 0 i dzień powrotu)
- Całkowita suma podjazdów: 28 895 m, co daje średnią dzienną 2 187 m (odliczając dzień 0 i dzień powrotu)
- Średnio podjazdów: 2 042,5 m na każde 100 km trasy (odliczając dzień 0 i dzień powrotu)
- 19 BIGów zdobytych,
dwudziesty atakowaliśmy z obu stron, ale zatrzymał nas śnieg na ok 1 600 metrach (ok. 300 metrów przed szczytem)
Bez wątpienia najbardziej górzysta trasa szosowa, na której w życiu byłem
, bije na głowę nie tylko Balkalpin 2009, ale też LBTdA 2010. Przyczyną (oprócz obiektywnej: było po prostu bardzo dużo podjazdów :P) był niewątpliwie fakt, że kilka płaskich odcinków "oszukaliśmy" podjeżdżając pociągami, dzięki czemu zaoszczędziliśmy czas (staraliśmy się jechać cały dzień rowerem i jeśli była okazja wsiąść w pociąg po zmroku, potem nocleg i znów pod górę) i mogliśmy więcej go przeznaczyć na podjazdy. No i niewątpliwie to "zagęściło" górski profil trasy. Pomysł uznaję za ciekawy, choć oczywiście kontrowersyjny (czy to jeszcze wyprawa czy jednak już wypad...?). Mnie się jednak podobało, bo dzięki temu udało się wyciągnąć samą esencję tej trasy, czyli góry.

Z innych aspektów nie można zapomnieć o:
- wspaniałej, zapomnianej przez bogów i ludzi dolinie Bova z opuszczonymi miasteczkami,  kapitalną, zniszczoną przez powodzie drogą i noclegiem na dziko w środku niczego (gdzie mimo to udało się nam w całości umyć - zimą w górskiej rzece :)
- Taorminie: jednym z najpiękniejszych miast, jakie widziałem
- podjeździe na Rifugio Sapienza na zboczach Etny w śnieżycy
- fantastycznym średniowiecznym miasteczku Erice na szczycie góry o tej samej nazwie, na którego dokładniejsze zwiedzenie niestety brakło czasu
- kapitalnej zmienności pór roku: do ok 700 m npm była ewidentna wiosna, z drzewami pomarańczowymi, kaktusami i palmami, do ok .1300 m była sucha, jakby beskidzka jesień, a od ok 1500 królowały śnieżne, zimowe krajobrazy, jednak z przyjemną temperaturą kilku stopni na plusie
- dość stabilnej i ciepłej pogodzie, która umożliwiła nam czerpanie znacznej frajdy z jazdy (może oprócz ostatnich kilku dni, gdy pogoda się popsuła, a my już byliśmy bardzo wyżyłowani)
- dobrej formie, w jakiej obaj dość niespodziewanie byliśmy - czasami nie mogłem uwierzyć własnym oczom, gdy na podjeździe widziałem np. nachylenie 5% i prędkość 15 km/h lub wyższą :)
- miłych, choć ni w ząb nie znających żadnych obcych języków tubylcach
- świetnym towarzyszu, zawsze skorym do żartów i gotowym nieść pomoc i wsparcie (dzięki Daniel!)

PS. Nauczka na przyszłość dla nas: na dwutygodniowej wyprawie o intensywnym charakterze TRZEBA zaplanować w połowie dzien restowy, bo inaczej w ogóle znika ochota do jazdy.
  • DST 53.08km
  • Czas 02:33
  • VAVG 20.82km/h
  • VMAX 61.50km/h
  • Temperatura 16.0°C
  • Podjazdy 352m
  • Sprzęt arch-Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 22 lutego 2014 Kategoria Surly-arch, Wyprawa

Campania Lutova, dz. 13 i ostatni, Żelowy Bizon

Rano podjazd na Monte Sacro o Gelbison. Na górze w chmurze i zalegającym śniegu. Samą końcówkę (kilkadziesiąt metrów) odpuściliśmy - nie było sensu brnąć przez zaspy. Zimno, 5 st. Potem zjazd na stację Vallo-Castelnuovo. Próbowałem namówić Serwecza do dalszej jazdy drogą w klasie ekspresówki (choć bez oficjalnego oznaczenia) z wiatrem, ale powiedział, ze on już wypełnił plan tego wyjazdu i nie chce mu się. Może i dobrze się stało, bo potem znów padał deszcz.

Pociąg przyjechał planowo, ale konduktor nam tylko pomachał palcem i powiedział "con bici altro treno". Powiedzieliśmy mu po polsku żeby spadał (tylko dosadniej) i pojechał.
Następny pociąg był za niecałą godzinę i na szczęście nikt nie robił problemów. Do tego stopnia, ze aż nie sprawdzono biletów. Znów się sfrajerowalismy na 14 EUR :)
W Neapolu bez problemu znaleźliśmy nocleg w hostelu. Serwecz poszedł połazić (sic!), a ja zostałem poczytać i popisać relację - jakoś nie czułem pociągu do Neapolu ;)
Jutro zakup folii bąbelkowej i powrót samolotem do Pani Zimy :(
Jeszcze późno w nocy robiliśmy na nieludzko wolnym kompie ślad GPS na dojazd z lotniska w Pyrzowicach na stację w Dąbrowie Górniczej. Dobrze się stało, bo dojazd był niebanalny, a liczylismy się z pośpiechem :P
  • DST 53.87km
  • Teren 1.00km
  • Czas 02:57
  • VAVG 18.26km/h
  • VMAX 58.50km/h
  • Temperatura 9.0°C
  • Podjazdy 1403m
  • Sprzęt arch-Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 21 lutego 2014 Kategoria Surly-arch, Wyprawa

Campania Lutova, dz. 12, szukanie noclegu, czyli największa chujnia

W nocy padało. Rano tez. Zwinąć się nam jednak udało bez deszczu i złapało nas dopiero pod koniec (krótkiego) podjazdu na przełęcz nad Sapri. Zrzuciliśmy sakwy w krzakach i ruszyliśmy na raptem czterokilometrowy podjazd na Serra di Tuono. Zastanawialiśmy się, jak to możliwe, by były to tylko 4 km, skoro jest prawie 600 m podjazdu i myśleliśmy, że to musi być jakaś pomyłka... Nie była. Podjazd trzymał 14%, momentami dochodząc do 22%! Ale dzięki temu wyjątkowo szybko pokonywało się metry w pionie. Policzyłem i wyszło mi ponad 900 m na godzinę! Z krotką przerwą w ok. 45 minut byliśmy na gorze. Cały czas padało, wiec szybka ubiorka i powolutku w dol. Z modlitwą o klocki hamulcowe (z powodu nachylenia i mokrej nawierzchni) na ustach. Udało się.
Na przełęczy pod daszkiem jakiegoś warsztatu samochodowego przebiórka w cieplejsze i choć częściowo suche rzeczy i hajda w deszczu 600 m w dół, na poziom morza, do Sapri. Przemoczyło nas kompletnie (włącznie z goretexowymi butami), ale zdążyliśmy na pociąg do Vallo.
W pociągu rozważaliśmy nasze opcje: plan na dziś był taki, że rzucamy bety, zdobywamy biga (1650 metrów w górę), zabieramy bety i jedziemy dalej pociągiem, bo jutrzejszy dzień poświecić na opędzlowanie pozostałych dwóch bigów na pólwyspie Sorrento i powrót do Neapolu. Plan był dobry, dopóki nie byliśmy mokrzy, ale teraz, z jeziorem w butach, marzyliśmy właściwie tylko o tym, by się wysuszyć i odpocząć. No dobra, to w Vallo poszukamy noclegu i jak się rozpogodzi, to skoczymy dziś na biga, a jak nie, to jutro z rana i cześć.
Ze stacji Vallo-Castelnuovo miało być 9 km po płaskim do Vallo della Lucania. Może i było 9 km, ale przez przełęcz 200m :P Potem się okazało, że trzeba było jechać drogą z tunelami i zakazem dla rowerów, ale zakaz wyglądał był groźnie, wiec odpuściliśmy.
Vallo (położone jak zwykle na bardzo stromym zboczu góry) zwiedziliśmy w całości. Nigdzie noclegu: albo zamknięte na zimę, albo nikogo nie ma, albo nas nie chcą, bo my tylko na jedną noc. Nawet jedyny hotel był nieczynny! A my przemoczeni i absolutnie bez spręża do jechania na biga i w ogóle jechania gdziekolwiek. Noclegu szukaliśmy chyba ponad 3 godziny. Wreszcie znaleźliśmy znacznie PONIŻEJ miasteczka (odwiedziwszy przedtem nawet wieś powyżej) i nabiwszy ze 400m podjazdów podczas poszukiwań.
Kwatera nawet niezła, a przede wszystkim sucha. No i tania (15 EUR od osoby). Resztę dnia spędziliśmy na jedzeniu i suszeniu się.
Krotko mówiąc: chujnia.

  • DST 56.56km
  • Czas 03:44
  • VAVG 15.15km/h
  • VMAX 45.50km/h
  • Temperatura 8.0°C
  • Podjazdy 1215m
  • Sprzęt arch-Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 20 lutego 2014 Kategoria Surly-arch, Wyprawa

Campania Lutova, dz. 11, bigi przed bigami

Dziś miało być takie kołowanie po trzech ostatnich bigach, zanim zjedziemy nad morze i wsiądziemy w pociąg. Z mapy wyszło 160 km, a ze strony bigów jakieś 2000 metrow. Spoko.
Nie przewidzieliśmy tylko, ze zanim zaczniemy pierwszy podjazd na biga, będziemy mieć już nabite 1500m w pionie :P


Morano Calabro - Mormanno (po drodze przełęcz 1000 m) - Lauria (stąd kolejna przełęcz prawie 1000 m, której nie było widać na mapie) - Lago Cogliandrico. Tu wpadłem na pomysł, żeby nie pchać się pod biga z bagażem, tylko pojechać równoległą drogą, zrzucić bety niżej i zrobić "skoka w boka". Opłaciło się i Monte Armizzone okazała się przez to całkiem łatwa. Niestety na zjeździe zaczęło padać. Na szczęście na krotko.
Potem była kolejna bezimienna przełęcz 1000 m i zjazd do Cardarelle na 500.


Stamtąd zaś zaczął się podjazd na Monte Sirino 1575 m. Nachylenia były konkretne (do 13%) i na szczęście prawie obyło się bez zjazdów na podjeździe. Końcówka na lekko, bo to skok w bok z przełęczy, ale i nachylenia solidne (chyba ponad 12%). Na górze bardzo zimno, wiec myk w dół na przełęcz, ubiorka we wszystko, co mieliśmy i już całkiem po ciemku dalej w dół. A tu niespodzianka. Na ok 1200 m zaczął się... podjazd 12%! Trzeba było podjechać chyba ponad 100 m. Spociłem się jak mysz, mimo, że w połowie się poddałem i rozebrałem. Potem jeszcze jedna hopa, ale krótsza. W Lagonegro byliśmy ok. godz. 19:30 i bez ochoty na trzeciego biga tego dnia.
Zrobiliśmy zakupy w dyskoncie, zjechaliśmy poniżej miasta i znaleźliśmy miejscówkę pod słupem (chyba) średniego napięcia (bo nie brzęczał) przy jedynej szutrowej drodze na dostępnym nam odcinku 4 km przed kolejnym podjazdem. Miejscówka troszkę krzywa, ale całkiem niezła. Jeść i spać.
  • DST 147.53km
  • Czas 08:04
  • VAVG 18.29km/h
  • VMAX 56.50km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 3325m
  • Sprzęt arch-Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 19 lutego 2014 Kategoria Surly-arch, Wyprawa

Campania Lutova, dz. 10, restowy

Z sadu mandarynkowego wyjechaliśmy obładowani ok. dwoma kilogramami owoców (z których cześć musieliśmy niestety potem wyrzucić, bo zgniły) i we mgle.


Szybko się jednak przejaśniło (chyba wyjechaliśmy ponad chmurę) i w Castrovillari było już słonecznie, choć zimno.
Na dziś mieliśmy prosty plan: znaleźć kwaterę i odpoczywać. Przy czym ja jeszcze chciałem dodatkowo skoczyć na biga, żeby jutro mieć spokojniejszy (haha) dzień.
Do Morano Calabro (dobry Kalabryjczyk to martwy Kalabryjczyk? ;) dotarliśmy przed godz. 11, a na szukaniu noclegu zeszło nam do 13 (!!). A to było za drogo, a to nie mieli kuchni do użytku dla gości... W końcu machnęliśmy ręką i na kuchnię, i cenę (zapłaciliśmy standardowo, po 25 EUR od łba), po czym okazało się, że... kuchnia jak najbardziej jest, a nasz apartament B&B jest maksymalnie wypasiony :)
Cóż było robić, przepakowałem się i pojechałem na Colle del Dragone. Ponad 1000 m podjazdu to jednak sporo. Pierwsza cześć szla jak po maśle, a druga (od 1100m ) jak po grudzie. A jeszcze w końcówce podjazdu były zjazdy. No, ale w końcu podjechałem i nawet na górze było odśnieżone (!). Wiec na dół. Jeszcze odpracować 50 metrów podjazdu w środku zjazdu i 50 na samym końcu w miasteczku i już - od godz 17 - można się cieszyć dniem restowym :P
No, ale trzeba zrobić pranie. Nastawiamy wiec pralkę (nasz apartament miał i ją!), a ta... ssie. I ssie, i ssie. Nawet podczas napuszczania wody ssie i ledwie moczy ciuchy, nie kręcąc i nie rozpuszczając mydła (proszku nie mieliśmy). W końcu stwierdziliśmy, że "nasza pralka sucks" i opraliśmy ręcznie całą górę ciuchów (tak dużą, bo mieliśmy nadzieję, ze maszyna odwali za nas całą robotę, a ona je tylko zwilżyła, więc nawet NIE uprać nie mogliśmy :P). Jeszcze wieszanie na wszystkich dostępnych kaloryferach (na szczęście było aż 5) i już można iść spać przed godz. 22. Dobry rest, zwłaszcza dla wyciskających pranie rąk :P
  • DST 81.09km
  • Czas 04:44
  • VAVG 17.13km/h
  • VMAX 55.50km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 2120m
  • Sprzęt arch-Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 18 lutego 2014 Kategoria Surly-arch, Wyprawa

Campania Lutova, dz. 9, Cosenza i szalone krowy

Śpiąc na kwaterze można wstać sporo przed świtem, więc tak też zrobiliśmy. W Lorica byliśmy bodaj tuż po 8 rano. Zimno. Ale ładnie.
Kawałek za miasteczkiem odchodziła w lewo bardzo boczna droga na Botte Donato. Uderzamy. Droga wiodła niestety przez las, więc przeczuwaliśmy co nas czeka. Jakoż i nie zawiedliśmy się - tuż powyżej 1500 zaczął się śnieg. Praktycznie od razu kopny. Shit! W tym się nie da jechać, a pchać ponad 300 m w górę nie ma sensu. To nie jest zdobywanie biga...
Radzi, nieradzi - zawracamy. Walimy dalej główną na San Giovanni, ale tuż przed nim nawrotka i skręt na Cosenza. Tu okazało się, że jesteśmy na świetnej drodze w klasie jednojezdniowej ekspresówki, ale bez zakazów. Wreszcie zrobiło się "włosko" - mosty i tunele non stop :) Dojechaliśmy w ten sposób do przełęczy Fago del Soldato (pod samą przełęczą tunel) i postanowiliśmy spróbować biga jeszcze raz - może od drugiej strony będzie odśnieżone...? W końcu tam na górze jest wyciąg narciarski - muszą jakoś dojeżdżać! Pan w przydrożnej restauracji nam powiedział, że "Botte Donato va bene", więc z nadzieją w sercach zrzuciliśmy sakwy i w pedał.
Jechaliśmy szybko, nawet bardzo i po chwili jesteśmy na Monte Scuro, gdzie jest odśnieżone, stoi hotel/ pensjonat i maszt komórkowy/ telewizyjny. Wysokość 1650 - jest dobrze, jedziemy dalej.
N

Tylko którędy? Nigdzie żadnej drogi, tylko śnieg! Po przyjrzeniu się doszliśmy do wniosku, że nasza droga idzie tam, gdzie stoi pług śnieżny, ale gdzie - na oko - ani razu się tej zimy nie zapuścił. Botte Donato odcięty! No shit, shit, shit! Z biga nici! :(((
Z nosami na kwintę zjeżdżamy po sakwy i dalej naszą "ekspresówką". Tu nam się nieco poprawiły humory, bo tą drogą naprawdę można było zdrowo zasuwać! :) 50 nie schodziło z licznika, ale z powodu małego nachylenia (2-4%) i faktu, że było raczej pod wiatr, trzeba się było dość mocno postarać, aby przekroczyć 60. Nic to, bajecznie się leciało! Widoki niestety nieszczególne, bo w dolinie zalegała wieeelka chmura, w którą powoli wjeżdżaliśmy. Zastanawialiśmy się nawet, czy to nie smog, ale Cosenza to chyba jednak nie aż takie przemysłowe miasto...
Może i nie przemysłowe (fabryk jakoś nie widzieliśmy), ale i tak brzydkie jak noc. Jak najszybciej przez nią przelecieliśmy, odnotowując tylko, gdzie jest stacja kolejowa (wieczorem czekał nas pociąg) i już byliśmy w Quattromiglia. Tu ponownie zostawiamy sakwy (tym razem z lekkimi obawami, bo nie było dobrze ukrytego miejsca) i ruszamy na Passo Crocetta. Podjazd łatwy i nadal naszą "ekspresówką". Widoki nawet fajne, o takie:


Te grzybkowate sosny zresztą od początku nam się podobały :)
Potem trzeba było zjechać z naszej drogi, bo pod przełęczą prowadziła tunelem i dalej walić starą droga na górę. Tu od razu zrobiły się konkretniejsze nachylenia (bodaj i z 12%), ale złapaliśmy wiatr w żagle i grzaliśmy jak szatany. Przełęcz padła ekspresowo i zjeżdżamy.
Zjazd bez przygód, więc zostało nam trochę czasu do pociągu. No to zakupy. Obkupiliśmy się straszliwie (w tym jakiś fajny lokalny ser i pierwszy raz na wyprawie butla wina - od razu 1,5 litra :P) i załadowaliśmy to do 4 reklamówek do powieszenia na kierownicy na ostatnie 2 km zjazdu. Ciekawi byliśmy, jak nam się to uda upchać w sakwach...
Jakoś się udało, a sakw nikt nie ruszył, więc zjeżdżamy do stacji kolejowej. Ale że jeszcze po drodze był McD, a do pociągu nadal sporo czasu, to wpadliśmy na lody, które wszamaliśmy już na peronie.
Pociąg przyjechał planowo - przed nami dłuższy odcinek doliną, chyba aż z 60 km ;)
Pan konduktor zapytał nas dokąd jedziemy z tymi "bici" i jak się dowiedział, że do Spezzano Albanese, to odwrócił się na pięcie bez słowa i nawet biletów nie sprawdził! Wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy, ale chyba nam współczuł...
W egipskich ciemnościach wysiadamy w środku niczego. Widać tylko peron i czuć smród uryny. Dookoła czerń nocy. I cisza...
Skręcamy w jedyną drogę w prawo ze stacji i widzimy, że tuż przy niej jest obozowisko Cyganów i że to  z niego tak nieludzko (a właściwie ludzko, niestety) śmierdzi. Oddalamy się czym prędzej. Po ok 300 metrach postanawiamy sprawdzić trasę na GPS, bo nadal nic nie widać, a droga prowadzi między torami a polem. Okazuje się, że musimy jechać w przeciwną stronę. Była tam w ogóle jakaś droga? Chyba nie... No, ale mapa twierdzi, że była. Trudno, wracamy.
Na szczęście Cyganie się nami nie zainteresowali, a droga faktycznie była. Po chwili dojeżdżamy do miasteczka. Bierzemy wodę w czynnym jeszcze na szczęście klubie sportowym i wyruszamy na trasę szukać noclegu na dziko.
Idzie nam niesporo, najpierw są tereny mocno rolnicze, z zagrodami co jakiś czas. Niektórymi nawet opuszczonymi przez właścicieli, ale nieopuszczonymi w ogóle, bo w jednej, w pokoju z częściowo zawalonym dachem, trafiamy na legowisko bezdomnego.
Trudno, jedziemy dalej. Docieramy do węzła drogowego - to o tyle dobre miejsce na obóz, że zazwyczaj jest trawa i płasko, ale z drugiej strony trudno mówić o ciszy i prywatności. Obejrzawszy go, ruszamy więc dalej. Wreszcie kawałek za nim po lewej jest rozległa łąka. Ciągnie się wzdłuż drogi, ale też mocno w głąb, można się oddalić poza zasięg świateł aut. Byle nie była bagnista! Nie jest, więc się wbijamy.
Wbiliśmy się ze 100 m, kiedy dostrzegliśmy jakieś zabudowania. Bez świateł, więc luzik. O, coś też się rusza! A, to krowa, luzik. Byle nie wejść na minę. O, druga krowa! Ale im się oczy świecą w świetle lampek, nono... O, trzecia! I czwarta! I z dziesięć innych jeszcze, w tym cielaków, ale jaja! Wleźliśmy im na terytorium. Dobra, wycofamy się kawałek i tam się rozbijemy, bliżej drogi.
No to wycof. Po kilkudziesięciu metrach oglądam się, a tu te krowy, całym stadem, walą prosto na nas! I to szybko, zupełnie nie jak krowy! Światło storka po oczach na moment jest zatrzymuje, ale potem ruszają znowu. Cholera, może to byki, czy co?! W tej chwili stwierdzamy, że nie mamy ochoty spędzić nocy w takim towarzystwie i że raczej chcemy szybko wykonać taktyczny odwrót za barierkę szosy. Ale krowy są tuż! Wycofujemy się więc tyłem, świecąc im w oczy, co zdaje się nieco powstrzymywać ich zapędy. Wreszcie jest ta cholerna barierka. Z niemałym wysiłkiem przerzucamy rowery i - już wreszcie bez natrętów depczących po pietach - sięgamy po aparat. Niestety, krowy chyba nie lubiły nie tylko intruzów na swoim pastwisku, ale też i paparazzi, bo zanim zdążyłem wyjąć i włączyć aparat, wszystkie się zmyły na bezpieczną odległość. Została tylko Strażniczka.


Dobra, to my też się zmywamy, trzeba w końcu znaleźć nocleg!
I tu należy przyznać, że szalone krowy oddały nam niemałą przysługę, bo tuż za pastwiskiem była rzeka, a za rzeką... cudowny, nieogrodzony i oddalony nieco od drogi... mandarynkowy sad. Z owocami na drzewach! W lutym!! Może i ziemia była wilgotna i miękka, ale TAKIE miejscówki nie trafiają się co dzień. Biwakujemy!
Ach, co to był za biwak! Wino, ser, kiełbasa i śpiew (kobiet nie było), a na deser mandarynek do rozpuku! I to najlepszych, jakie w życiu jadłem: słodkich, soczystych i bez pestek. MNIAM!! Na biesiadowaniu i gawędzeniu pod gwiazdami i liśćmi mandarynkowców zeszła nam chyba z godzina, ale to była jedna z piękniejszych godzin tej wyprawy :)
Wreszcie Daniel zarządził nocleg, bo ponoć było zimno (w puchowej kurtce nie zauważyłem :P)
No trudno, to spać ;)
  • DST 140.10km
  • Czas 06:05
  • VAVG 23.03km/h
  • VMAX 61.00km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Podjazdy 1979m
  • Sprzęt arch-Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 17 lutego 2014 Kategoria Surly-arch, Wyprawa

Campania Lutova, dz. 8, durna leśniczówka

Rano obudziły nas pędzące po pobliskim torze pociągi. Okazało się, że rozbiliśmy się tuż obok. Ale nic to, i tak już była pora wstawać ;)
Dostałem wczoraj kupon do Maca na śniadanie za 1 EUR, więc postanowiliśmy kawę wypić tam, zwłaszcza, że skończyło mi się mleko :P Zwinęliśmy więc obóz i przejechali pierwsze 1,5 km tego dnia ;)
Bar był nie do poznania - pustki! Szybka kawa i ruszamy z wiatrem wzdłuż wybrzeża. Oczywiście nudy - chyba dobrze, że wszystkie pozostałe takie odcinki "oszukaliśmy" pociągami :P
W Cropani wbiliśmy się w głąb lądu, ale nie zrobiło się od tego ciekawiej. Za to było coraz cieplej - pełnia wiosny! :) Do Sersale dość łagodny i mało interesujący podjazd. Tam zakupy w markecie i chwila relaksu.


Dalej prowadzi boczna droga, również bez fajerwerków - ot, typowe deptanie kapusty ku bigowi. Podjazd był dość długi i na sporą wysokość, bo Stazione Forestrale Latteria leży na kocie 1656. Na ok 1500 przyszło nam opuścić główniejszą drogę i zrzucić bety (skok w bok). Leżało tu już sporo śniegu wokoło, ale droga była póki co czysta. Zostawiamy sakwy w krzaczorach i jedziemy. Trochę białego świństwa pojawiło się wkrótce (zalegało zwłaszcza w lesie), ale potem była polana, hala i znów było ok. Tylko że nawierzchnia znikła. Ale nic to, jedziemy!
I jedziemy. I jedziemy. Lekko pod górę, ostro pod górę, płasko, lekko w dół. Płasko. Lekko pod górę. Lekko w dół. Metrów na liczniku przybywa nieznośnie wolno, ale mamy już 1620, a końca drogi ani widu. Ślad w GPS tez mówi "jechać!". To jedziemy. Ponownie wbijamy się w las i natychmiast pojawia się śnieg. Początkowo jeszcze "przejeżdżalny", ale po chwili już tylko "pchalny". Liczniki pokazują 1652. Cztery metry brakują do biga, a żadnego szczytu, przełęczy czy choćby polany ani widu. Masakra.
Dobra, nie mamy ochoty znów mieć bagna w butach, jakaś durna ta leśniczówka że tak w lesie schowana! ;) Ustalamy, że big zdobyty, zawracamy! Trochę męczący zjazdo-podjazd i już zbieramy sakwy z krzaków (znów grzecznie na nas czekały ;)
Dalej jest tak samo jak na drodze do leśniczówki, tylko że odśnieżone. Czyli: lekko pod górę, płasko, lekko w dół, lekko pod górę, płasko. O dziwo, jesteśmy coraz wyżej. W końcu i na tej drodze osiągamy wysokość biga. Wow! Co dwa bigi to nie jeden! ;)
No, ale wreszcie zaczął się zjazd. Niewielki, bo raptem ze 200 metrów, ale przynajmniej jednolity. Dojeżdżamy do drogi czerwonej, którą nawet ciężarówki jeżdżą! ;) Jeszcze trochę w dół, pod koniec już bardzo niemrawo, potem w jeszcze główniejszą w lewo. Potem tak samo niemrawo, w górę szerokiej doliny. Niestety pod wiatr. Powoli robi się późno, dojeżdżamy do Bocca di Piazza i widzimy, że na zdobycie dziś trzech bigów nie bardzo mamy szanse. Zwłaszcza, że coś nam się nie chce. Decydujemy, że należy nam się nocleg pod dachem i pranie, więc będziemy spać w letniskowej miejscowości Lorica nad jeziorem Arvo. Oby tylko znalazła się czynna zimą kwatera, bo to 1300 m npm...
Ale póki co przed nami jeszcze jeden big, a mianowicie Colle d'Ascione. Nic wielkiego, startujemy bodaj z 900 m to trudno nie będzie ;) Rozbiórka na podjazd i w drogę.
A tu niespodzianka! Na sam początek: zjazd. Chyba ze 150 metrów straciliśmy, a zmarzliśmy przy tym nie lada, bo przecież byliśmy ubrani na podjazd ;) Może gdybyśmy byli się uważniej mapie przyjrzeli, to byśmy zauważyli, że na początku musimy przeciąć rzekę (czyżby dolina...? ;) ale kto by tam mapę oglądał! :P W każdym razie podjazd wkrótce się zaczął. Był krótki, zwarty, bez zjazdów, z ludzkim nachyleniem. Wszedł jak po maśle. Jest przełęcz, jest big, a niedaleko jezioro. Pora zacząć szukać noclegu.
Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Po raptem jakichś 100m zjazdu są pierwsze domki, ale to na pewno nie Lorica. Zresztą puste. No nie, w jednym snuje się dym z komina, ale to zignorowaliśmy. Błąd! Do następnych wiosek są okropne czechy wokół jeziora, a jak już do nich docieramy, to są kompletnie puste. Nikogo. No trudno, to jeszcze nie Lorica, może tam coś będzie... Decydujemy jednak, że nie szukamy kwatery, tylko kogokolwiek, kto nas przyjmie, w ogóle kogokolwiek! Na tej wysokości spanie w namiocie nie będzie przyjemne, bo w nocy pewnie poniżej zera, więc MUSIMY spać pod dachem. Jedziemy...
Kolejne czechy, nawet solidne (ze 100 m podjazdu...?) i znów zjazd prawie nad jezioro. nagle boczna dróżka w prawo i tabliczka "Agriturismo". W dole widać jakieś domki, w jednym nawet idzie dym z komina, więc nawet jeśli agro nieczynne, to jest jakiś człowiek, może nas przyjmie... Na szczęście jednak to właśnie w agro paliło się w kominku. Państwo byli mili - on Włoch, ona Rosjanka. Zgodzili się nas przyjąć za standardowe 50 EUR. W tej sytuacji nie będziemy wybrzydzać.
Ponieważ jest wyjątkowo wcześnie, to mamy czas i na gotowanie, i na pranie (jest pralka! Choć gospodarz twierdzi, że nie działa, ale NASZE rzeczy jakoś uprała :P) i nawet na oglądanie CNN World News po angielsku :) O Ukrainie nic nie mówią, za to o zawale w zamkniętej kopalni w RPA i o nowym premierze Włoch - dużo. Nieważne! Ważne, ze gadają po ludzku :P
Tak oto w milej atmosferze spędziliśmy wieczór i poszliśmy spać pełni obaw o jutrzejsze śniegi na Botte Donato (ponad 1800 m)...
  • DST 97.79km
  • Teren 2.00km
  • Czas 05:32
  • VAVG 17.67km/h
  • VMAX 58.00km/h
  • Temperatura 23.0°C
  • Podjazdy 2213m
  • Sprzęt arch-Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 16 lutego 2014 Kategoria Surly-arch, Wyprawa

Campania Lutova, dz. 7, Pietra Spada

Poranek znów wstał piękny a my razem z nim (no, może ciut wcześniej ;) Obóz zwinęliśmy sprawnie, zwłaszcza, że nie bardzo było co jeść (jakiś tam chleb na szczęście jeszcze mieliśmy, i majonez :P) i w drogę. Dalsza część trasy w dolinie tym się różniła od dotychczasowej, że nareszcie zrobiło się konsekwentnie pod górę. bez czech i innych numerów. Droga nadal była szutrowa z występującymi niekiedy resztkami asfaltu, ale nachylenia normalne, nieprzekraczające 10%. Więc było prawie zwyczajnie ;)
W pewnym momencie (na 900 metrach) pojawił się też asfalt, więc dalsza droga na Portella di Bova stanęła otworem.
Na skrzyżowaniu z główniejszą drogą (prawdopodobnie tą, która szła dalej granią i z której zrezygnowaliśmy wczoraj) zaczekałem chwilę na Daniela i już jedziemy na przełęcz. Tam również puste miasteczko, ale jednak nie wymarłe - domy pozamykane na zimę, ale chyba jednak ktoś w nich bywa.
Szybka ubiórka (jest wciąż dość chłodno) i myk z powrotem do skrzyżowania, a potem dalej na dół.


Zjazd był nierówny: sporo kręcenia po serpentynach, a potem dla odmiany długie proste z szalonymi nachyleniami typu 13-15%. Można się by było nieźle wyszaleć, gdyby nie zwężenia jezdni (droga momentami uszkodzona) i kiepska nawierzchnia. Mimo to chyba obaj osiągnęliśmy wtedy maksymalne prędkości wyjazdu.
Na dole: chmura. Zalegająca ok 200-300 metrów nad morzem, rozległa i robiąca wrażenie, że już się tego dnia nie przejaśni. Nie tutaj. Na szczęście nie musimy tego sprawdzać. Robimy w markecie zakupy (żryć!) i wsiadamy w obczajony w necie pociąg do Monasterace-Stilo. Jest dobrze, choć mogło być lepiej: planowaliśmy podładować baterie, a tutaj - inaczej niż na Sycylii - pociąg to stary kibel bez gniazdek :( Trudno, przynajmniej zjemy w cieple ;)
Wysiadka na małej stacyjce i ruszamy na podbój kolejnego biga, czyli Passo de Pietra Spada (przełęcz spadających skał? ;)
Tu prawie od samego początku towarzyszą piękne widoki, no i wreszcie mamy ładną pogodę :)


Ten podjazd prawie bez historii: długi, niezbyt mocno nachylony i konsekwentnie w górę. Przez miasteczko Stilo, potem Pazzano, gdzie na rynku robimy popas z żarciem i nabieraniem wody do bidonów, a potem - dla odmiany - znów pod górę. Się jedzie. Słoneczko przygrzewa (zdjąłem koszulkę! :) i widoki ładne. Żyć, nie umierać :)


Potem jechaliśmy jeszcze trochę pod górę. I jeszcze trochę. Wreszcie zaczęło nam się dłużyć, ale wtedy zostało już niewiele do końca, więc jechaliśmy dalej pod górę ;) Sceneria zmieniła się z późnowiosennej na jesienną (zeschłe liście zalegające w mieszanym lesie), a my dalej jechaliśmy pod górę. Do zimy szczęśliwie nie dotarliśmy, bo podjazd nareszcie się skończył. Przełęcz, ubieranie, zjazd.
Zjazd, łatwo to napisać, ale trudniej zrealizować, bo zjazd był z powrotem nad morze i miał... 53 km długości. W tym trochę podjazdów, trochę po płaskim i trochę jakby mało ciekawych miejsc. Ot, takie nabijanie kilometrów, trochę na szczęście szybsze niż po całkiem płaskim. Jedziemy. Trochę błądzimy, trochę szukamy drogi w GPSie, a trochę się rozglądamy, ale bez specjalnego zainteresowania, bo nic tu ciekawego nie ma. Czyli setnie się nudzimy :P
No i w duchu dziękujemy naszemu szczęściu, że nie musimy tędy PODJEŻDŻAĆ, bo wtedy nasza męka trwałaby ze trzy razy dłużej :P
Wreszcie końcówka nas trochę rozruszała, bo znów się zrobiły długie proste z szalonymi nachyleniami. Może to tutaj był maks dnia i wyprawy...? W każdym razie już się zmierzcha, kiedy dojeżdżamy do Soverato. W samą porę, bo zaraz mamy pociąg - a co sobie będziemy żałować! :P
Pociąg niestety nie był aż do podnóży następnego biga, ale co ujechaliśmy po ciemku i bez nabijania pustych kilometrów po płaskim ;) to nasze. Czyli jakieś 30 km.
W Catanzaro Marina pociąg skończył bieg, a my wysiedliśmy. Plan był prosty: ujechać kilka kilometrów poza miasto i znaleźć miejscówkę. Ale od czegóż inwencja? ;) I głód (w tym prądu). Postanowiliśmy się zatrzymać w barze, zjeść i podładować. Bar się znalazł natychmiast, miał dwa gniazdka, toaletę (szybkie wieczorne mycie? ;) i jakieś tam żarcie. To ostatnie bez rewelacji, ale chodziło o uśmierzenie głodu, więc się nadało.
Postój (ze względu na ładowanie) przeciągnął się do blisko godziny, ale wyszliśmy stamtąd odświeżeni i podładowani - gotowi do szukania noclegu na dziko. Nie ujechaliśmy jednak daleko, bo na skraju miasta był (pierwszy na naszej trasie!) McDonald. A skoro tak, to zaraz nam się w głowach zapaliły lampki "mycie w ciepłej wodzie" i druga (słabsza) "deser". Podjechaliśmy. Szybko okazało się, że na deser nie ma co liczyć, bo bar jest do nieprzytomności zapchany imprezującą młodzieżą (gorzej niż w Zgierzu, no! :P), ale była toaleta dla niepełnosprawnych, więc zamknąłem się w niej na dłuższą chwilę i naprawdę umyłem oraz nawet uprałem to i owo. Pysznie! Serwecz miał mniej szczęścia, bo jak przyszła jego kolej, to ktoś mu się konsekwentnie dobijał do drzwi, więc po chwili nie wytrzymał i wyszedł, nie ukończywszy ablucji. Trudno, jedziemy.
Nie ujechaliśmy daleko: raptem 1,5 km od Maca był nieogrodzony sad oliwkowy, w którym - odjechawszy od drogi na jakieś 300 m, można się było spokojnie zadekować. Trochę błotniście, ale nic to, śpimy. Po rozstawieniu obozu ponownie naszło nas na deser, więc wsiadłem na rower i popedałowałem do Maca, gdzie w makdrajwie (tu nie było kolejki) kupiłem nam po kubku lodów. Zjedliśmy z apetytem i w kimę. To był długi i niespecjalnie ciekawy dzień...
  • DST 133.74km
  • Teren 6.90km
  • Czas 06:43
  • VAVG 19.91km/h
  • VMAX 68.50km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • Podjazdy 2215m
  • Sprzęt arch-Surly
  • Aktywność Jazda na rowerze

Blogi rowerowe na www.bikestats.pl