Wpisy archiwalne w kategorii
Wyprawa
| Dystans całkowity: | 63796.44 km (w terenie 1125.52 km; 1.76%) |
| Czas w ruchu: | 3550:39 |
| Średnia prędkość: | 17.97 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 78.01 km/h |
| Suma podjazdów: | 900660 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 154 (0 %) |
| Maks. tętno średnie: | 133 (0 %) |
| Suma kalorii: | 43238 kcal |
| Liczba aktywności: | 751 |
| Średnio na aktywność: | 84.95 km i 4h 43m |
| Więcej statystyk | |
Wtorek, 22 maja 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici di Bici, dz.259, czyli Big Bang
Lille - Baisieux - Turnai (Belgia) - Mont Saint Aubert (BIG) - Celles - Kluisberg (BIG) - Oude Kwaremont (BIG) - Paterberg (BIG) - Koppenberg (BIG) - Oudenaarde - Brakel - Geraardsbergen - Muur van Geraardsbergen (BIG) - Brakel. Trasa dla wzrokowców ;)
Dziś znów byliśmy zmuszeni trochę skrócić, a to dlatego, że przed godz. 16 zaczęło lać. Z Brakel na biga Muur i z powrotem pojechałem już sam, na lekko i w deszczu. Śpimy w AirBnB, dość drogim (41 EUR), ale chyba najtańszym w Belgii (generalnie poniżej 90 EUR prawie nic nie ma! :( i to niestety widać po standardzie. Ale za to jest wreszcie super wifi - już nie pamiętam, kiedy ostatnio było naprawdę dobre. Chyba w San Pietro d'Olba, czyli jeszcze przed Genuą...
PS. Jestem w domu - pełno aardów tutaj! Są nawet aardappelen, czyli ziemniaki! :)
Dziś znów byliśmy zmuszeni trochę skrócić, a to dlatego, że przed godz. 16 zaczęło lać. Z Brakel na biga Muur i z powrotem pojechałem już sam, na lekko i w deszczu. Śpimy w AirBnB, dość drogim (41 EUR), ale chyba najtańszym w Belgii (generalnie poniżej 90 EUR prawie nic nie ma! :( i to niestety widać po standardzie. Ale za to jest wreszcie super wifi - już nie pamiętam, kiedy ostatnio było naprawdę dobre. Chyba w San Pietro d'Olba, czyli jeszcze przed Genuą...
PS. Jestem w domu - pełno aardów tutaj! Są nawet aardappelen, czyli ziemniaki! :)
- DST 109.10km
- Teren 3.50km
- Czas 06:08
- VAVG 17.79km/h
- VMAX 50.53km/h
- Temperatura 29.0°C
- Podjazdy 1034m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 21 maja 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici di Bici, dz.258, czyli trzy bigi w godzinę ;D
Dziś wyszła mała zmiana planów. Mieliśmy jechać pociągiem z Lille do Hazebrouck i tam rozpocząć północną część wyprawy, a pod koniec dnia przejechać ponownie rowerem przez Lille w drodze do Tournai. Ale że na pociąg zdążylibyśmy na styk lub nie (tylko 14 km z hotelu, ale mnóstwo (!) świateł po drodze i prawie zawsze czerwone mimo niemal zerowego ruchu!), to po drodze wpadłem na pomysł, żeby odwrócić kolejność.
Dodatkowy argument: wiatr. Rano wiało słabo z NE, ale wiadomo, że w ciągu dnia się nasila i skoro już o 9:30 wiatr wyraźnie czuć, to potem będzie solidnie. Więc pojechaliśmy najpierw rowerami przez różne wsie i miasteczka (i nawet nie zauważyliśmy, kiedy znaleźliśmy się w Belgii!) i przez trzy bigi w godzinę (TAKIE tu mają te bigi) i tak aż do Hazebrouck. Faktycznie przez większość czasu z wiatrem, a że wiało naprawdę mocno, to decyzja o odwróceniu trasy okazała się strzałem w dziewiątkę ;)
A z Hazebrouck wzięliśmy pociąg z powrotem do Lille. Tu postanowiliśmy zostać w apartamencie z Booking. To raczej ostatni nocleg we Francji, pyszności trzeba nakupić (bo w Belgii może ich nie być), a ten dystans nadrobimy jutro rano :)
Tourcoing - Lille - Frelinghien - St. Yvon - Kemmelberg (BIG) - Rodeberg (BIG) - St. Jans Cappel - Mont Noir (BIG) - Meteren - St. Sylvestre Cappel - St. Marie Cappel - Mont Cassel (BIG) - Hazebrouck - (pociąg) - Lille ewentualnie tak to wygląda na mapie.
Dodatkowy argument: wiatr. Rano wiało słabo z NE, ale wiadomo, że w ciągu dnia się nasila i skoro już o 9:30 wiatr wyraźnie czuć, to potem będzie solidnie. Więc pojechaliśmy najpierw rowerami przez różne wsie i miasteczka (i nawet nie zauważyliśmy, kiedy znaleźliśmy się w Belgii!) i przez trzy bigi w godzinę (TAKIE tu mają te bigi) i tak aż do Hazebrouck. Faktycznie przez większość czasu z wiatrem, a że wiało naprawdę mocno, to decyzja o odwróceniu trasy okazała się strzałem w dziewiątkę ;)
A z Hazebrouck wzięliśmy pociąg z powrotem do Lille. Tu postanowiliśmy zostać w apartamencie z Booking. To raczej ostatni nocleg we Francji, pyszności trzeba nakupić (bo w Belgii może ich nie być), a ten dystans nadrobimy jutro rano :)
Tourcoing - Lille - Frelinghien - St. Yvon - Kemmelberg (BIG) - Rodeberg (BIG) - St. Jans Cappel - Mont Noir (BIG) - Meteren - St. Sylvestre Cappel - St. Marie Cappel - Mont Cassel (BIG) - Hazebrouck - (pociąg) - Lille ewentualnie tak to wygląda na mapie.
- DST 91.73km
- Czas 04:54
- VAVG 18.72km/h
- VMAX 54.90km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 688m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 19 maja 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici di Bici, dz.256 - lazurowe ostatki
Dziś tylko z La Ciotat przez Cassis do Marsylii. W Cassis N. skoczyła na rejs łodzią w Kalanki - ja je dość dobrze znam (ze wspinaczki), więc odpuściłem, wolałem posiedzieć na ławce w porcie i pokontemplować :)
Poza tym kupiliśmy benzynę ekstrakcyjną w Gedimat (taki rodzaj Castoramy), nawet niedrogą (2,95 EUR za litr) i o dziwo palną (tak, istnieją niepalne! :P), ale jeszcze nie wiemy, czy zadziała w kuchence. W każdym razie włoskiego benziluxa po 4EUR za pół litra mamy serdecznie dość - śmierdzi siarką przy spalaniu i zapycha maszynkę, ruchome części ledwo się ruszają, a poza tym słabe ciepło daje i wyraźnie dłużej trzeba gotować. Oby francuski White Spirit Special był lepszy* :)
Dodatkowo kupiliśmy największe dostępne worki na śmieci (240 litrów, 5 szt. ponad 4 EUR!) i taśmę klejącą (normalna szeroka ponad 4 EUR, ale kupiliśmy taką węższą jakby flizelinową za 1,5). Jutro pakowanie rowerów - nie aż takie, jak do samolotu, ale jednak. Francuskie pociągi dalekobieżne nie przewożą niezłożonych rowerów.
Poza tym solidny upał, zwłaszcza w pokoju, który wynajęliśmy (jak się okazało w mocno "kolorowym" bloku), początkowo gorąc był nie do zniesienia. Teraz już okej, ale tylko dzięki przeciągowi. Jak wrócą gospodarze i trzeba będzie zamknąć drzwi od pokoju, to będzie mała masakra. Ale może do tego czasu znieczulę się cydrem, bo muszę sam obalić ponad litr, bo N już poszła spać ;)
*Uwaga po zużyciu: okazał się lepszy o tyle, że nie śmierdział, ale ciepło spalania marne, długo się rozpalał (wysoka temperatura zapłonu) i też mocno kopcił, tylko że bezwonnie. Słabo.
Poza tym kupiliśmy benzynę ekstrakcyjną w Gedimat (taki rodzaj Castoramy), nawet niedrogą (2,95 EUR za litr) i o dziwo palną (tak, istnieją niepalne! :P), ale jeszcze nie wiemy, czy zadziała w kuchence. W każdym razie włoskiego benziluxa po 4EUR za pół litra mamy serdecznie dość - śmierdzi siarką przy spalaniu i zapycha maszynkę, ruchome części ledwo się ruszają, a poza tym słabe ciepło daje i wyraźnie dłużej trzeba gotować. Oby francuski White Spirit Special był lepszy* :)
Dodatkowo kupiliśmy największe dostępne worki na śmieci (240 litrów, 5 szt. ponad 4 EUR!) i taśmę klejącą (normalna szeroka ponad 4 EUR, ale kupiliśmy taką węższą jakby flizelinową za 1,5). Jutro pakowanie rowerów - nie aż takie, jak do samolotu, ale jednak. Francuskie pociągi dalekobieżne nie przewożą niezłożonych rowerów.
Poza tym solidny upał, zwłaszcza w pokoju, który wynajęliśmy (jak się okazało w mocno "kolorowym" bloku), początkowo gorąc był nie do zniesienia. Teraz już okej, ale tylko dzięki przeciągowi. Jak wrócą gospodarze i trzeba będzie zamknąć drzwi od pokoju, to będzie mała masakra. Ale może do tego czasu znieczulę się cydrem, bo muszę sam obalić ponad litr, bo N już poszła spać ;)
*Uwaga po zużyciu: okazał się lepszy o tyle, że nie śmierdział, ale ciepło spalania marne, długo się rozpalał (wysoka temperatura zapłonu) i też mocno kopcił, tylko że bezwonnie. Słabo.
- DST 38.04km
- Czas 02:24
- VAVG 15.85km/h
- VMAX 57.70km/h
- Temperatura 30.0°C
- Podjazdy 595m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 18 maja 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici di Bici, dz.255
Spokojny dzień. Dłuuugi zjazd (z hopkami) do Toulon, stamtąd niewielki skok w bok na biga Mt. Faron (nieziemskie widoki!), a potem wzdłuż wybrzeża (ale bez widoków :( ) do La Ciotat. Pogoda do popołudnia upalna, potem się chmurzyło, a nawet leciutko pokropiło, ale generalnie OK. Śpimy na kempingu w La Ciotat, na którym kiedyś nocowałem na dziko ;) z Arkiem, jak byliśmy na wspinie w Les Calanques. Chlip... :(
Trasa.
Trasa.
- DST 96.70km
- Teren 1.00km
- Czas 05:22
- VAVG 18.02km/h
- VMAX 58.34km/h
- Temperatura 25.0°C
- Podjazdy 1126m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 17 maja 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici di Bici, dz.254
Dziś bardzo czesko, aż męcząco. I podobnie jak profil, zmienna była pogoda. Raz pochmurno i chłodno, a zaraz znowuż słonecznie i wręcz gorąco. Na szczęście mimo sporej ilości chmur - nie padało.
Za to zaskakująco piękne okolice. Między Bagnols-en-Foret a Le Muy fantastyczna kotlina z przepięknymi czerwonymi skałami naokoło, żelazista gleba nadaje taki odcień okolicy, że oczy ciężko oderwać. Ma to ten minus, że błoto (które się zdarza) jest bardzo plamiące dla roweru i sakw ;)
Pod koniec przepyszna kawa mrożona i ciastka z Lidla - w zaskakująco dobrej cenie. Chyba będziemy częściej robić przerwy we francuskich Lidlach - to jest zupełnie inna klasa niż w Polsce czy nawet we Włoszech. Wręcz delikatesy! :)
Mieliśmy spać w Besse-sur-Issole, ale kemping okazał się paskudny - jeden czynny prysznic i jedna toaleta, obie instytucje brudne i odrzucające, miejsce pod namiot błotniste i pod czyimiś oknami, a wifi płatne. Cena niby niska, bo 15 EUR, ale przy takich warunkach, to ja wolę za darmo na dziko. Podziękowaliśmy grubym słowem i pojechaliśmy dalej. Po 2 km był niegdyś kemping na farmie, ale okazał zamknięty na stałe (mimo kilku tabliczek, które kierowały na niego z szosy!), a przy próbie wjazdu zaatakował nas pies. Bardzo namolny i duży. Udało się obronić, ale pochlapał nas błotem właśnie.
Wreszcie dotarliśmy na kemping Vidaresse w St. Anastasie. Też bez rewelacji, obsługa jakaś oschła i niezbyt miła, a net za darmo tylko przez pierwszą godzinę, ale za to czysto i miejsce pod namiot przyzwoite. No, ale lepiej wspominałem francuskie kempingi, mam nadzieje, że to tylko jakaś pechawa okolica ;)
Trasa.
Za to zaskakująco piękne okolice. Między Bagnols-en-Foret a Le Muy fantastyczna kotlina z przepięknymi czerwonymi skałami naokoło, żelazista gleba nadaje taki odcień okolicy, że oczy ciężko oderwać. Ma to ten minus, że błoto (które się zdarza) jest bardzo plamiące dla roweru i sakw ;)
Pod koniec przepyszna kawa mrożona i ciastka z Lidla - w zaskakująco dobrej cenie. Chyba będziemy częściej robić przerwy we francuskich Lidlach - to jest zupełnie inna klasa niż w Polsce czy nawet we Włoszech. Wręcz delikatesy! :)
Mieliśmy spać w Besse-sur-Issole, ale kemping okazał się paskudny - jeden czynny prysznic i jedna toaleta, obie instytucje brudne i odrzucające, miejsce pod namiot błotniste i pod czyimiś oknami, a wifi płatne. Cena niby niska, bo 15 EUR, ale przy takich warunkach, to ja wolę za darmo na dziko. Podziękowaliśmy grubym słowem i pojechaliśmy dalej. Po 2 km był niegdyś kemping na farmie, ale okazał zamknięty na stałe (mimo kilku tabliczek, które kierowały na niego z szosy!), a przy próbie wjazdu zaatakował nas pies. Bardzo namolny i duży. Udało się obronić, ale pochlapał nas błotem właśnie.
Wreszcie dotarliśmy na kemping Vidaresse w St. Anastasie. Też bez rewelacji, obsługa jakaś oschła i niezbyt miła, a net za darmo tylko przez pierwszą godzinę, ale za to czysto i miejsce pod namiot przyzwoite. No, ale lepiej wspominałem francuskie kempingi, mam nadzieje, że to tylko jakaś pechawa okolica ;)
Trasa.
- DST 94.14km
- Czas 05:06
- VAVG 18.46km/h
- VMAX 57.18km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 1060m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 16 maja 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici di Bici, dz.253
La Roquette - Carros - St. Jeannet - Vence - Pont du Loup - Grasse - Montagne de Doublier (BIG, porachunek z 2010 roku ;) - Grasse. Trasa.
Gorge du Loup ładny, ale widzieliśmy tylko dolną część i z nóg nie zwalił. Wyżej trzeba by się zapuścić jako skok w bok, a przy tej pogodzie (i zaplanowanym na popołudnie bigu) nam się nie chciało :P
Pochmurno i chłodno cały dzień, ale przylało dopiero, jak wróciłem z biga do hotelu. Fart :)
Gorge du Loup ładny, ale widzieliśmy tylko dolną część i z nóg nie zwalił. Wyżej trzeba by się zapuścić jako skok w bok, a przy tej pogodzie (i zaplanowanym na popołudnie bigu) nam się nie chciało :P
Pochmurno i chłodno cały dzień, ale przylało dopiero, jak wróciłem z biga do hotelu. Fart :)
- DST 78.44km
- Czas 04:41
- VAVG 16.75km/h
- VMAX 52.28km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 1521m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 12 maja 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Les Amis du Velo, dz. 249
Jak rano zobaczyliśmy, jakie prognozy są na następne dni (niedziela deszcz, poniedziałek deszcz), to zaczęliśmy kombinować, jak to rozegrać. Pierwszy pomysł: zostać tu, gdzie jesteśmy. Ale szkoda ładnego dnia, a poza tym kemping w Imperii taki sobie - niespecjalny na kiblowanie, nawet nie ma gdzie posiedzieć pod dachem i WiFi jest płatne. Drugi pomysł: pojechać planowo do Ventimiglia i tam posiedzieć na kempingu. Ale skoro ma lać dwa dni, to bez sensu siedzieć pod namiotem, a bungalowy drogie (50 EUR za noc). Trzeci pomysł; połączyć dwa dni w jeden i zrobić dziś Monaco i Niceę, a posiedzieć w La-Roquette, w której i tak nas czeka posiedzenie, bo mamy tam dwa dni everestowe (dwa duże bigi, nie do zrobienia w jeden dzień). Na dodatek kemping tańszy, zarówno namiot jak i bungalowy. Tylko daleko, ponad 120 km wychodziłoby dziś... ale od czego pociągi? :)
Więc rano machnęliśmy dwa łatwe bigi, a z San Remo złapaliśmy pociąg przez Ventimiglia do Roquebrun (tuż przed Monaco). Dalej już na rowerach przez Monaco, Niceę do St. Martin i La Roquette. Trochę nas to wymęczyło, ale widoki po francuskiej stronie wynagradzały wszystko. Bosko! Lazurowe Wybrzeże rządzi! :) A jeszcze w Monaco trafiliśmy akurat na Grand Prix. Sporty motorowe mnie odrzucają, ryk straszliwy i smrodzenie bez sensu, ale trzeba przyznać, że zobaczyć taka imprezę na żywo (choć z bardzo daleka) to jednak jest coś ;)
No i WRESZCIE mamy francuski majonez!! :D
Sama Nicea bez szału. Straszne korki, mnóstwo ludzi na Boulevard des Anglais (tam, gdzie był zamach) i w ogóle zbyt wielkomiejsko jak dla nas. Aczkolwiek położona jest fantastycznie, zwłaszcza okolice portu wyjątkowo (jak na port) piękne, a ciągnące się na wschód od niej Lazurowe Wybrzeże to po prostu bajka! Ogólnie robi wrażenie przyzwoitego miasta, żeby spróbować w nim chwilkę pomieszkać. No, ale nie tym razem ;)
Aha, a kemping La Roquette okazał się zamknięty na głucho! Byłaby niezła lipa, gdyby nie to, że tuż wcześniej zobaczylismy motel w stylu Formule1 w akceptowalnej cenie 35EUR na noc. Dziki fart, bo na booking, ani gdziekolwiek indziej go nie ma! A jest całkiem spoko - zostajemy do wtorku lub nawet środy! (w zależności od deszczu) :)
Imperia - La Cipressa (BIG) - San Lorenzo al Mare - Poggio di Sanremo (BIG) - San Remo - (pociąg) - Roquebrune Cap Martin - Monte Carlo - Eze - Nice - Colomars - La Roquette sur Var. Trasa, prosta kreska to pociąg.
Więc rano machnęliśmy dwa łatwe bigi, a z San Remo złapaliśmy pociąg przez Ventimiglia do Roquebrun (tuż przed Monaco). Dalej już na rowerach przez Monaco, Niceę do St. Martin i La Roquette. Trochę nas to wymęczyło, ale widoki po francuskiej stronie wynagradzały wszystko. Bosko! Lazurowe Wybrzeże rządzi! :) A jeszcze w Monaco trafiliśmy akurat na Grand Prix. Sporty motorowe mnie odrzucają, ryk straszliwy i smrodzenie bez sensu, ale trzeba przyznać, że zobaczyć taka imprezę na żywo (choć z bardzo daleka) to jednak jest coś ;)
No i WRESZCIE mamy francuski majonez!! :D
Sama Nicea bez szału. Straszne korki, mnóstwo ludzi na Boulevard des Anglais (tam, gdzie był zamach) i w ogóle zbyt wielkomiejsko jak dla nas. Aczkolwiek położona jest fantastycznie, zwłaszcza okolice portu wyjątkowo (jak na port) piękne, a ciągnące się na wschód od niej Lazurowe Wybrzeże to po prostu bajka! Ogólnie robi wrażenie przyzwoitego miasta, żeby spróbować w nim chwilkę pomieszkać. No, ale nie tym razem ;)
Aha, a kemping La Roquette okazał się zamknięty na głucho! Byłaby niezła lipa, gdyby nie to, że tuż wcześniej zobaczylismy motel w stylu Formule1 w akceptowalnej cenie 35EUR na noc. Dziki fart, bo na booking, ani gdziekolwiek indziej go nie ma! A jest całkiem spoko - zostajemy do wtorku lub nawet środy! (w zależności od deszczu) :)
Imperia - La Cipressa (BIG) - San Lorenzo al Mare - Poggio di Sanremo (BIG) - San Remo - (pociąg) - Roquebrune Cap Martin - Monte Carlo - Eze - Nice - Colomars - La Roquette sur Var. Trasa, prosta kreska to pociąg.
- DST 92.27km
- Teren 0.30km
- Czas 05:37
- VAVG 16.43km/h
- VMAX 52.20km/h
- Temperatura 30.0°C
- Podjazdy 1056m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 11 maja 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici di Bici, dz.248
Rano na lekko na biga Passo di Melogno i z powrotem, a potem z bagażem: Finale Ligure - Andora - Imperia. Ładne krajobrazy wzdłuż wybrzeża, ale męcząca trasa, bo strasznie duży ruch na Via Aurelia (tej samej, co się zaczyna w Rzymie!).
Trasa.
A po drodze włoski Bomber Bimber Burger! :D

Kemping tuż za Imperią (tym razem ładne nadmorskie miasteczko z atrakcyjnymi na pierwszy rzut oko ogrodami) raczej poniżej przeciętnego. Wifi dodatkowo płatne (dostaliśmy "po znajomości" jakieś karty dostępu z zeszłego roku za darmo, ale żadna nie działała), ciężko o miejsce do siedzenia (oprócz murku). Skombinowaliśmy sobie krzesełka ogrodowe, ale nie było łatwo (zabraliśmy je sprzed nieużywanej przyczepy kempingowej, rano trzeba było odnieść). Wieczorem trzy Niemki urządziły sobie koło nas imprezę taneczną i biesiadę. Na szczęście, gdy ok godz. 23 poprosiliśmy je o ciszę, to posłuchały (!).
Trasa.
A po drodze włoski Bomber Bimber Burger! :D

Kemping tuż za Imperią (tym razem ładne nadmorskie miasteczko z atrakcyjnymi na pierwszy rzut oko ogrodami) raczej poniżej przeciętnego. Wifi dodatkowo płatne (dostaliśmy "po znajomości" jakieś karty dostępu z zeszłego roku za darmo, ale żadna nie działała), ciężko o miejsce do siedzenia (oprócz murku). Skombinowaliśmy sobie krzesełka ogrodowe, ale nie było łatwo (zabraliśmy je sprzed nieużywanej przyczepy kempingowej, rano trzeba było odnieść). Wieczorem trzy Niemki urządziły sobie koło nas imprezę taneczną i biesiadę. Na szczęście, gdy ok godz. 23 poprosiliśmy je o ciszę, to posłuchały (!).
- DST 92.96km
- Teren 0.50km
- Czas 05:01
- VAVG 18.53km/h
- VMAX 57.80km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 1377m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 10 maja 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici di Bici, dz.247
Wczoraj od rana lało, więc przymusowy dzień restowy. Ale bardzo przyjemny, bo kwatera naprawdę super :)
Dziś na dzień dobry big Monte Beigua, niezbyt fajny, bo rwany podjazd, na zmianę mocne kilkanaście procent i prawie płasko, niebyt fajnie się jeździ takie profile, zwłaszcza z dużym bagażem.

Potem ostry zjazd nad samo morze i dalej Verazze - Savona - Finale Ligure. Pod drodze piękne nadmorskie widoki :) Aczkolwiek sama Savona niezbyt atrakcyjna. W zasadzie poza twierdzą i otaczającym ją parkiem (czy może raczej trawnikiem) z dziwnymi nowoczesnymi rzeźbami było raczej brzydko. Zwłaszcza okolice portu.
Pierwszy kemping, który sprawdziliśmy w Finale Ligure (Mulino) okropny - miejsce pod namioty gdzieś, gdzie nie da się wjechać rowerem, trzeba nosić bagaże po schodach, prądu nie ma, na czym usiąść też nie. Drugi (Tahiti) niewiele lepszy, też schody, ale mniej i przynajmniej jest prąd. Za to wifi beznadziejne, ledwo bździ nawet pod samą recepcją. No i drogo - 27 EUR. Mieliśmy tu zostać dwie noce, bo jutro dzień everestowy, ale w tej sytuacji zmiana planów. Rano robię biga i jedziemy dalej.
Trasa.
Dziś na dzień dobry big Monte Beigua, niezbyt fajny, bo rwany podjazd, na zmianę mocne kilkanaście procent i prawie płasko, niebyt fajnie się jeździ takie profile, zwłaszcza z dużym bagażem.

Potem ostry zjazd nad samo morze i dalej Verazze - Savona - Finale Ligure. Pod drodze piękne nadmorskie widoki :) Aczkolwiek sama Savona niezbyt atrakcyjna. W zasadzie poza twierdzą i otaczającym ją parkiem (czy może raczej trawnikiem) z dziwnymi nowoczesnymi rzeźbami było raczej brzydko. Zwłaszcza okolice portu.
Pierwszy kemping, który sprawdziliśmy w Finale Ligure (Mulino) okropny - miejsce pod namioty gdzieś, gdzie nie da się wjechać rowerem, trzeba nosić bagaże po schodach, prądu nie ma, na czym usiąść też nie. Drugi (Tahiti) niewiele lepszy, też schody, ale mniej i przynajmniej jest prąd. Za to wifi beznadziejne, ledwo bździ nawet pod samą recepcją. No i drogo - 27 EUR. Mieliśmy tu zostać dwie noce, bo jutro dzień everestowy, ale w tej sytuacji zmiana planów. Rano robię biga i jedziemy dalej.
Trasa.
- DST 70.50km
- Czas 04:21
- VAVG 16.21km/h
- VMAX 60.22km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 1005m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 8 maja 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici di Bici, dz.246
Po smacznym i bardzo urozmaiconym jak na włoskie standardy śniadaniu (była nawet szynka i ser!) oraz miłym pożegnaniu z Nonną Fo (Babcią Fortuną) ruszyliśmy na pierwszego biga Passo della Bocchetta. Pogoda piękna: słonecznie i niegorąco. Jedziemy!

To nie jest słynna (po katastrofie budowlanej z sierpnia 2018) A10, tylko jej przedłużenie - A26 na zachód od Genui, kawałek powyżej Voltri
Big wszedł jak w masełko (big z rana jak śmietana) i już zjeżdżamy do Genui. Robi się upał. Genua się ciągnie. Jedziemy przez brzydkie przemysłowe przedmieścia, a potem okolice portu. Brzydko i straszny ruch, więc robimy zakupy w Lidlu (obowiązkowe tutaj pesto alla Genovese ;) i lecim na drugiego biga.

Tym razem start z poziomu morza, więc podjazd zacny, ale Passo del Faiallo wchodzi całkiem sensownie. Jedyny problem to nadchodząca burza. Dwa razy nawet łapie nas deszcz, ale w obu przypadkach wyjątkowo jest się gdzie schować (co jest generalnie rzadkością w górach). Są też przepiękne widoki na dolinę i port w Genui, niestety z powodu burzy i pochmurnej pogody widoczność jest beznadziejna i ze zdjęć nici :/

Podczas drugiego deszczu rozważamy nawet nocleg na dziko, bo akurat jest świetne miejsce: jakieś opuszczone jakby domostwo czy chatka pasterska, całkiem nieźle (niegdyś) urządzona, a i obecnie w akceptowalnym stanie (choć jednak zdewastowana). Sęk w tym, że nigdzie w okolicy nie ma wody. Może jakby się uparł, to by znalazł, bo widać pozostałości wodociągu, ale postanawiamy jechać dalej.
Na szczyt biga bez przygód, a potem dość szybki zjazd. W Vara Superiore i Inferiore rozglądamy się za jakimś noclegiem, ale mimo że są dwa albergi i jedno pensione, to wszystko zamknięte na głucho. Dopiero w San Pietro d'Olba trafia się B&B. Trochę zbyt eleganckie i cena na booking to 60 EUR, zresztą nikogo nie ma w środku. Wchodzę do lokalnego sklepu zapytać, czy znają jeszcze coś w okolicy, ale nie. Sprzedawczyni jednak łapie za telefon i dzwoni do właścicielki B&B. Po negocjacjach telefonicznych, które przeprowadziłem (po włosku!) staje na cenie 45 EUR a noc. Drogo, ale akceptowalnie. Nawet jeśli okaże się, że trzeba zostać dwie noce, bo jutro według prognoz to chyba będzie cały dizeń lać.
Potem okazuje się, ze to najbardziej wypasiony nocleg całej wyprawy. Mamy do dyspozycji cały dom (bo innych gości nie ma), pełną kuchnię i lodówkę, mnóstwo żarcia i wszystko w cenie. I jeszcze gospodynie kupuje nam świeżutką foccacię. Żryć nie umierać! :)
Trasa.

To nie jest słynna (po katastrofie budowlanej z sierpnia 2018) A10, tylko jej przedłużenie - A26 na zachód od Genui, kawałek powyżej Voltri
Big wszedł jak w masełko (big z rana jak śmietana) i już zjeżdżamy do Genui. Robi się upał. Genua się ciągnie. Jedziemy przez brzydkie przemysłowe przedmieścia, a potem okolice portu. Brzydko i straszny ruch, więc robimy zakupy w Lidlu (obowiązkowe tutaj pesto alla Genovese ;) i lecim na drugiego biga.

Tym razem start z poziomu morza, więc podjazd zacny, ale Passo del Faiallo wchodzi całkiem sensownie. Jedyny problem to nadchodząca burza. Dwa razy nawet łapie nas deszcz, ale w obu przypadkach wyjątkowo jest się gdzie schować (co jest generalnie rzadkością w górach). Są też przepiękne widoki na dolinę i port w Genui, niestety z powodu burzy i pochmurnej pogody widoczność jest beznadziejna i ze zdjęć nici :/

Podczas drugiego deszczu rozważamy nawet nocleg na dziko, bo akurat jest świetne miejsce: jakieś opuszczone jakby domostwo czy chatka pasterska, całkiem nieźle (niegdyś) urządzona, a i obecnie w akceptowalnym stanie (choć jednak zdewastowana). Sęk w tym, że nigdzie w okolicy nie ma wody. Może jakby się uparł, to by znalazł, bo widać pozostałości wodociągu, ale postanawiamy jechać dalej.
Na szczyt biga bez przygód, a potem dość szybki zjazd. W Vara Superiore i Inferiore rozglądamy się za jakimś noclegiem, ale mimo że są dwa albergi i jedno pensione, to wszystko zamknięte na głucho. Dopiero w San Pietro d'Olba trafia się B&B. Trochę zbyt eleganckie i cena na booking to 60 EUR, zresztą nikogo nie ma w środku. Wchodzę do lokalnego sklepu zapytać, czy znają jeszcze coś w okolicy, ale nie. Sprzedawczyni jednak łapie za telefon i dzwoni do właścicielki B&B. Po negocjacjach telefonicznych, które przeprowadziłem (po włosku!) staje na cenie 45 EUR a noc. Drogo, ale akceptowalnie. Nawet jeśli okaże się, że trzeba zostać dwie noce, bo jutro według prognoz to chyba będzie cały dizeń lać.
Potem okazuje się, ze to najbardziej wypasiony nocleg całej wyprawy. Mamy do dyspozycji cały dom (bo innych gości nie ma), pełną kuchnię i lodówkę, mnóstwo żarcia i wszystko w cenie. I jeszcze gospodynie kupuje nam świeżutką foccacię. Żryć nie umierać! :)
Trasa.
- DST 78.26km
- Czas 05:19
- VAVG 14.72km/h
- VMAX 58.34km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 1607m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze





















