Wpisy archiwalne w kategorii
Wyprawa
| Dystans całkowity: | 63796.44 km (w terenie 1125.52 km; 1.76%) |
| Czas w ruchu: | 3550:39 |
| Średnia prędkość: | 17.97 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 78.01 km/h |
| Suma podjazdów: | 900660 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 154 (0 %) |
| Maks. tętno średnie: | 133 (0 %) |
| Suma kalorii: | 43238 kcal |
| Liczba aktywności: | 751 |
| Średnio na aktywność: | 84.95 km i 4h 43m |
| Więcej statystyk | |
Czwartek, 9 maja 2019
Kategoria Surly-arch, Wyprawa
Amico di bico, dz. 3
Big Campitello Matese w bardzo silnym wietrze z góry (czyli głównie w twarz). Momentami chciało zrzucić z roweru, chyba ze 20 m/s wiało! Zjazd oczywiście bardzo ostrożnie w tych warunkach, bo boczne podmuchy mogły mną wionąć w przepaść :)
Potem zabrałem zabawki z agriturismo Le Due Arcate i pojechałem do Iserni. Niedaleko, ale alternatywą była Barrea, dokąd miałbym już ponad 2500m podjazdów, a nie chcę szarżować z tym achillesem. A pomiędzy tymi miejscami żadnych noclegów. I dobrze się stało, ze tak wybrałem, bo w połowie drogi do Iserni złapał mnie deszcz. Niby niezbyt silny, ale uparty, nie chciał przestać. Do tego mgła z widocznością na góra 20 metrów, a ruch na krajówce spory, w tym TIRy. W końcu zdecydowałem się na zjazd z przełęczy w tych warunkach (miałem raptem 15 km do celu). Dojechałem lekko podmoczony i mocno zmarznięty, ale super wypasione mieszkanko z booking wynagrodziło trudy. A deszcz padał do godz. 18, po czym wyszło piękne słoneczko!
I jeszcze kupiłem pyszności z Lidla na kolację - mniam! :)

Potem zabrałem zabawki z agriturismo Le Due Arcate i pojechałem do Iserni. Niedaleko, ale alternatywą była Barrea, dokąd miałbym już ponad 2500m podjazdów, a nie chcę szarżować z tym achillesem. A pomiędzy tymi miejscami żadnych noclegów. I dobrze się stało, ze tak wybrałem, bo w połowie drogi do Iserni złapał mnie deszcz. Niby niezbyt silny, ale uparty, nie chciał przestać. Do tego mgła z widocznością na góra 20 metrów, a ruch na krajówce spory, w tym TIRy. W końcu zdecydowałem się na zjazd z przełęczy w tych warunkach (miałem raptem 15 km do celu). Dojechałem lekko podmoczony i mocno zmarznięty, ale super wypasione mieszkanko z booking wynagrodziło trudy. A deszcz padał do godz. 18, po czym wyszło piękne słoneczko!
I jeszcze kupiłem pyszności z Lidla na kolację - mniam! :)

- DST 57.17km
- Teren 0.40km
- Czas 03:19
- VAVG 17.24km/h
- VMAX 63.75km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 1440m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 8 maja 2019
Kategoria Surly-arch, Wyprawa
Amico di bico, dz. 2 - chujnia
No i się doigrałem. Od rana bolał mnie prawy achilles. Nie mocno, ale mocniej niż bym chciał. Niepokojące. Poza tym piękna pogoda, więc ruszam mimo wszystko w bojowym nastroju. Na dzień dobry podjazd z 200 na 1650. Dość ciężko szedł z tym bolącym achillesem, ale jak znalazłem właściwą pozycję stopy na pedale, to jakoś szedł. Big Sella di Perrone (1261m) padł, ale z biga było... nadal pod górę, bo do Campitello Matese trzeba przewalić się przez przełęcz 1650. A na przełęczy i dalej rzeczona chujnia. Chujnia wygląda tak:

Ponad pół metra śniegu na szosie! Nie widać, jak daleko, ale sądząc z mapy mogło tak być i przez 15 km, a przez 5 to prawie na pewno. Nie pozostało mi nic innego jak wycof i objechanie gór dookoła. No i oczywiście nie zdążyłbym na zarezerwowany nocleg. Na szczęście na górze nie tylko był zasięg H+ (pierwszy cud), ale też mój nocleg można było bezpłatnie odwołać (drugi cud). A potem znalazłem nocleg w miejscu, z którego jutro mogę podjechać na drugiego biga, który dziś miał być po drodze (trzeci cud) i to w dobrej cenie (czwarty cud). No i teraz właśnie sobie tu siedzę i piszę, bo o dziwo działa WiFi (piąty cud). Cudownie! :)
Piedimonte Matese - Sella di Perrone (BIG) - bezimienna przełęcz na granicy Campanii i Molise - Sella di Perrone - Guardiaregia - Bojano - San Massimo.
I czas na tradycyjne harakiri:
Stojąc wśród śniegu
szukałem noclegu
trzeciego wersu nie będzie.

Ponad pół metra śniegu na szosie! Nie widać, jak daleko, ale sądząc z mapy mogło tak być i przez 15 km, a przez 5 to prawie na pewno. Nie pozostało mi nic innego jak wycof i objechanie gór dookoła. No i oczywiście nie zdążyłbym na zarezerwowany nocleg. Na szczęście na górze nie tylko był zasięg H+ (pierwszy cud), ale też mój nocleg można było bezpłatnie odwołać (drugi cud). A potem znalazłem nocleg w miejscu, z którego jutro mogę podjechać na drugiego biga, który dziś miał być po drodze (trzeci cud) i to w dobrej cenie (czwarty cud). No i teraz właśnie sobie tu siedzę i piszę, bo o dziwo działa WiFi (piąty cud). Cudownie! :)
Piedimonte Matese - Sella di Perrone (BIG) - bezimienna przełęcz na granicy Campanii i Molise - Sella di Perrone - Guardiaregia - Bojano - San Massimo.
I czas na tradycyjne harakiri:
Stojąc wśród śniegu
szukałem noclegu
trzeciego wersu nie będzie.
- DST 67.71km
- Czas 04:20
- VAVG 15.63km/h
- VMAX 59.03km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 1683m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 7 maja 2019
Kategoria Surly-arch, Wyprawa
Amico di Bico, dz. 1 - harakiri*
No, troszkę się zarżnąłem na początek ;)
Start w ładnej, słonecznej pogodzie z dość porywistym wiatrem z kierunków nieokreślonych, bo kołował między górami. Pierwszy big wchodził jak w masełko, aż do 1200 m npm. Tam najpierw zrobiło się stromo (12%), a potem pojawił się zalegający śnieg. Ewidentnie spadł wczoraj, gdy na dole lało i już się powoli roztapiał, ale był. Na szczęście nie bardzo dużo i prawie wszystko dało się podjechać. W kilku miejscach przeprowadziłem rower, żeby się nie wywalić. No i zrobiło się oczywiście pochmurno, był 1 st. Celsjusza :)
Zjazd równie ciekawy, bo droga zamknięta (z powodu jakiegoś remontu, który rozgrzebali i tak zostawili), miejscami zaśnieżona i ogólnie w stanie bardzo kiepskim. A do tego po płaskowyżu (trochę czech) i miejscami wręcz błotnista. Użyłem jak pies od stu dni ;)
Końcówka zjazdu do Montesarchio już normalna, tylko asfalt nadal kiepski.
Drugi big, chociaż niższy (tylko 850 m podjazdu), był bardziej wymagający. Do 2/3 wysokości nachylenia były z przedziału 9-12%, a potem się zrobiły czechy, więc jeszcze na podjeździe zdążyłem zmarznąć (było 6 stopni). Zjazd za to fajniejszy, bo dość równy, chociaż trudny nawigacyjnie, ale na szczęście z GPSem i dobrze wytyczonym śladem mało co jest trudne :) A i tak lekko pobłądziłem, ale bez konsekwencji - zjechałem równoległą.
Końcówka po płaskim typową włoską krajówką, która z mojego punktu widzenia jest autostradą dla rowerów: niezły asfalt, wystarczająco szerokie pobocze, pasy też szerokie (nawet TIRy nie muszą zwalniać, wyprzedając mnie) i ruch umiarkowany, akurat taki, żeby ładnie ciągnąć przy bocznym wietrze, ale żeby nie uprzykrzać życia :)
No i na sam koniec szukanie kwatery AirBnB - droga przez mękę. GPS poprowadził mnie... schodami (!) W końcu kogoś spotkałem i tenże wskazał mi drogę kołową. Na sam koniec jeszcze kilka schodków do domku, który położony jest chyba najwyżej ze wszystkich w Piedimonte Matese. Masakra :P Ale za to w środku fajny, no i widok niezły :)
*Pora na obiecane harakiri, tfu! haiku:
Mam fantomowy
Ból głowy
Trzeciego wersu nie będzie.
Start w ładnej, słonecznej pogodzie z dość porywistym wiatrem z kierunków nieokreślonych, bo kołował między górami. Pierwszy big wchodził jak w masełko, aż do 1200 m npm. Tam najpierw zrobiło się stromo (12%), a potem pojawił się zalegający śnieg. Ewidentnie spadł wczoraj, gdy na dole lało i już się powoli roztapiał, ale był. Na szczęście nie bardzo dużo i prawie wszystko dało się podjechać. W kilku miejscach przeprowadziłem rower, żeby się nie wywalić. No i zrobiło się oczywiście pochmurno, był 1 st. Celsjusza :)
Zjazd równie ciekawy, bo droga zamknięta (z powodu jakiegoś remontu, który rozgrzebali i tak zostawili), miejscami zaśnieżona i ogólnie w stanie bardzo kiepskim. A do tego po płaskowyżu (trochę czech) i miejscami wręcz błotnista. Użyłem jak pies od stu dni ;)
Końcówka zjazdu do Montesarchio już normalna, tylko asfalt nadal kiepski.
Drugi big, chociaż niższy (tylko 850 m podjazdu), był bardziej wymagający. Do 2/3 wysokości nachylenia były z przedziału 9-12%, a potem się zrobiły czechy, więc jeszcze na podjeździe zdążyłem zmarznąć (było 6 stopni). Zjazd za to fajniejszy, bo dość równy, chociaż trudny nawigacyjnie, ale na szczęście z GPSem i dobrze wytyczonym śladem mało co jest trudne :) A i tak lekko pobłądziłem, ale bez konsekwencji - zjechałem równoległą.
Końcówka po płaskim typową włoską krajówką, która z mojego punktu widzenia jest autostradą dla rowerów: niezły asfalt, wystarczająco szerokie pobocze, pasy też szerokie (nawet TIRy nie muszą zwalniać, wyprzedając mnie) i ruch umiarkowany, akurat taki, żeby ładnie ciągnąć przy bocznym wietrze, ale żeby nie uprzykrzać życia :)
No i na sam koniec szukanie kwatery AirBnB - droga przez mękę. GPS poprowadził mnie... schodami (!) W końcu kogoś spotkałem i tenże wskazał mi drogę kołową. Na sam koniec jeszcze kilka schodków do domku, który położony jest chyba najwyżej ze wszystkich w Piedimonte Matese. Masakra :P Ale za to w środku fajny, no i widok niezły :)
*Pora na obiecane harakiri, tfu! haiku:
Mam fantomowy
Ból głowy
Trzeciego wersu nie będzie.
- DST 114.90km
- Teren 2.00km
- Czas 07:14
- VAVG 15.88km/h
- VMAX 53.23km/h
- Temperatura 8.0°C
- Podjazdy 2454m
- Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 6 maja 2019
Kategoria Surly-arch, Wyprawa
Amico di bico, dz. 0 - dojazdówka
Na pociąg w Łodzi, potem dwoma pociągami do Dzierżoniowa i stamtąd jednym samochodem (dostawczym) do Avellino (Campania), skąd na nocleg do Mercogliano. Dziś cały czas pada deszcz (a wczoraj w Alpach nawet napadało sporo śniegu!), więc mimo, że miałem czas, to cieszę się, że z powodu olbrzymiego niewyspania (przez dwie noce spałem w sumie ok 6 godzin) zdecydowałem się (jeszcze będąc w Polsce) zostać na nocleg na samym początku trasy. Ponoć od jutra pogoda ma się poprawić :)
Przy okazji - raz jeszcze wielkie dzięki dla pana Krystiana i jego pracownika Marcina - za nieocenioną pomoc w dotarciu do Campanii (na dodatek niemal za friko!) :)
Przy okazji - raz jeszcze wielkie dzięki dla pana Krystiana i jego pracownika Marcina - za nieocenioną pomoc w dotarciu do Campanii (na dodatek niemal za friko!) :)
- DST 5.26km
- Czas 00:21
- VAVG 15.03km/h
- VMAX 25.96km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 210m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 15 sierpnia 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici do Bici, dz. 342, ostatki (na razie)
Po miastach Kraków (z lotniska na dworzec) i Łódź (z dworca do domu). Nawet sprawnie nam poszło składanie rowerów - poniżej godziny! A to wszystko dzięki temu, że przestaliśmy wierzyć w mit, że trzeba spuszczać powietrze z kół. Bujda na resorach, a porzucenie jej oszczędza z pół godziny (przy dwóch rowerach i jednej pompce) i mnóstwo wysiłku :)
- DST 23.44km
- Czas 01:11
- VAVG 19.81km/h
- VMAX 42.12km/h
- Temperatura 22.0°C
- Podjazdy 78m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 2 sierpnia 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici di Bici, dz. 329, deszczowy
Dragsvik - Svaeren - Vetlefjorden - Nystølensskardet (BIG, piękne serpentyny w poprzek bardzo stromego zbocza, przypomniał mi Col d'Iseran :) - Vik - Holsen - Forde. Trasa.
Ciężki dzień. Zacne dwa podjazdy, oba dość dołujące, bo z dołu widać, jak wysoko trzeba wjechać, poza tym cały dzień na zmianę chmurzyło się, mgliło lub siąpiło. Nic szczególnego, dało się żyć, ale jednak przyjemne to nie jest. Jutro ma regularnie lać, więc robimy dzień restowy w znośnie kosztującym (341 NOK) hostelu w Forde :)
Ciężki dzień. Zacne dwa podjazdy, oba dość dołujące, bo z dołu widać, jak wysoko trzeba wjechać, poza tym cały dzień na zmianę chmurzyło się, mgliło lub siąpiło. Nic szczególnego, dało się żyć, ale jednak przyjemne to nie jest. Jutro ma regularnie lać, więc robimy dzień restowy w znośnie kosztującym (341 NOK) hostelu w Forde :)
- DST 96.16km
- Teren 0.50km
- Czas 06:05
- VAVG 15.81km/h
- VMAX 59.21km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 1596m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 1 sierpnia 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici di Bici, dz. 328
Wieczorem udało się jednak rozbić namiot w przerwie między deszczami, a w zasadzie podczas kropienia, więc trochę zamókł. No, ale nic groźnego, lekko wilgotne śpiwory jeszcze nikogo nie zabiły :)
Rano pogoda znacznie lepsza, lekko pochmurno, ale bez deszczu. Rzeczy wprawdzie nie doschły, bo okazało się, że rozbici byliśmy w cieniu góry, ale ruszyliśmy w dobrych humorach. Zresztą dziś krótki dzień.
Gaupne - Hafslo - Sogndal - Leikenger - (prom) - Dragsvik. Cały dzień wzdłuż najdłuższego fiordu świata, czyli Sognefjorden, a mimo to przejechaliśmy raptem ok 1/4 jego długości. Prom do Dragsviku za darmo, bo nikt się nie zgłosił po opłatę za bilety, ale bileter stał i pomachał nam na pożegnanie, więc prawdopodobnie auta płaciły, a rowerzyści nie.
Pojechalibyśmy dalej, bo jeszcze były ochota i czas, ale najbliższy kemping dopiero 50 km dalej i to za bigiem, więc to by była lekka przesada, jako ze była już niemal 16. Za to po rozbiciu pięknie doschły nam rzeczy :)
Kemping w Dragsviku na średnim poziomie - kuchnia jest, prysznic na dziesięciokoronówki, ale lodówki nie ma. Pod prysznicem miałem stłuczkę z glebą, bo wygrzmociłem się na (bardzo) śliskiej podłodze i (chyba) stłukłem sobie żebra. Boli przy oddychaniu i poruszaniu, ale to chyba nic poważnego, bo ból do zniesienia. W razie czego mam potwierdzenie z kempingu, że tu spałem, fotki podłogi, etc. Wraz ewentualną (odpukać) obdukcją roszczenie z OC jak ta lala :)
Rano pogoda znacznie lepsza, lekko pochmurno, ale bez deszczu. Rzeczy wprawdzie nie doschły, bo okazało się, że rozbici byliśmy w cieniu góry, ale ruszyliśmy w dobrych humorach. Zresztą dziś krótki dzień.
Gaupne - Hafslo - Sogndal - Leikenger - (prom) - Dragsvik. Cały dzień wzdłuż najdłuższego fiordu świata, czyli Sognefjorden, a mimo to przejechaliśmy raptem ok 1/4 jego długości. Prom do Dragsviku za darmo, bo nikt się nie zgłosił po opłatę za bilety, ale bileter stał i pomachał nam na pożegnanie, więc prawdopodobnie auta płaciły, a rowerzyści nie.
Pojechalibyśmy dalej, bo jeszcze były ochota i czas, ale najbliższy kemping dopiero 50 km dalej i to za bigiem, więc to by była lekka przesada, jako ze była już niemal 16. Za to po rozbiciu pięknie doschły nam rzeczy :)
Kemping w Dragsviku na średnim poziomie - kuchnia jest, prysznic na dziesięciokoronówki, ale lodówki nie ma. Pod prysznicem miałem stłuczkę z glebą, bo wygrzmociłem się na (bardzo) śliskiej podłodze i (chyba) stłukłem sobie żebra. Boli przy oddychaniu i poruszaniu, ale to chyba nic poważnego, bo ból do zniesienia. W razie czego mam potwierdzenie z kempingu, że tu spałem, fotki podłogi, etc. Wraz ewentualną (odpukać) obdukcją roszczenie z OC jak ta lala :)
- DST 67.40km
- Teren 0.50km
- Czas 03:48
- VAVG 17.74km/h
- VMAX 47.60km/h
- Temperatura 22.0°C
- Podjazdy 618m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 31 lipca 2018
Kategoria Wyprawa, AdB, Surly-arch
Amici di Bici, dz. 327
Galdbygde - Sognefjellhytta (BIG). Tu nas dopadł pierwszy deszcz, ale na szczęście schronisko okazało się prawdziwym schroniskiem i mogliśmy bez problemu przeczekać, a nawet coś tam zjeść własnego (kupno w schroniskowej knajpie to kompletne bankructwo, np. hamburger za niemal 20 EUR! :o) bez wzbudzania niechęci. Nie byliśmy zresztą jedyni :)
Nie padało jednak długo, więc po ok. pół godzinie ruszyliśmy na płaskowyż. Wkurzające te ciągle podjazdy. Niby jest netto w dół, ale zanim zaczął się prawdziwy zjazd, to nabiliśmy ponad 200 metrów podjazdów :/ Widoki zaś NIESAMOWITE, w tym kilka lodowców w zasięgu wzroku, a wszystkie wręcz błękitne! Niestety przyszła też obrzydliwa ciemna chmura z wielkim brzuchem, więc uciekliśmy co prędzej na dół. Oprócz paru kropel od czasu do czasu oraz bardzo silnego wiatru z południa (niebezpieczne boczne podmuchy!), nic nam nie było. A temperatura aż anormalnie wysoka - na samym szczycie (czyli na 1440 m npm) 13 stopni, ale zaledwie 100 metrów niżej już 17 :) Zaś na dole w Skjolden rozbiórka, bo zrobiło się 25 stopni (mimo pełnego zachmurzenia).
Dalej wzdłuż Lustrafjordu do Gaupne. Trasa. Dwa razy pokropiło, ale ogólnie dojechaliśmy na sucho. Padać zaczęło w momencie, gdy stanęliśmy pod recepcją. Fart! :)
Aczkolwiek nie do końca, bo wciąż czekamy aż będziemy mogli rozbić namiot. Jako że osobno rozbija się sypialnię, która zamoknie, zanim stanie tropik, to czekamy na chociaż chwilową przerwę w deszczu. No, ale już umyci i najedzeni, więc czekanie w ciepłej kuchni aż tak nie boli - tylko tyle, że jest dość duży ruch, bo wiele osób z tej kuchni korzysta (aczkolwiek i tak jest miliony razy spokojniej niż w kuchni w Odda, gdzie trzeba było stać w kilkunastoosobowej kolejce, żeby pozmywać! :o). Ot, uroki kempingu/ schroniska. Ale dobrze, że ta kuchnia JEST! :)
Nie padało jednak długo, więc po ok. pół godzinie ruszyliśmy na płaskowyż. Wkurzające te ciągle podjazdy. Niby jest netto w dół, ale zanim zaczął się prawdziwy zjazd, to nabiliśmy ponad 200 metrów podjazdów :/ Widoki zaś NIESAMOWITE, w tym kilka lodowców w zasięgu wzroku, a wszystkie wręcz błękitne! Niestety przyszła też obrzydliwa ciemna chmura z wielkim brzuchem, więc uciekliśmy co prędzej na dół. Oprócz paru kropel od czasu do czasu oraz bardzo silnego wiatru z południa (niebezpieczne boczne podmuchy!), nic nam nie było. A temperatura aż anormalnie wysoka - na samym szczycie (czyli na 1440 m npm) 13 stopni, ale zaledwie 100 metrów niżej już 17 :) Zaś na dole w Skjolden rozbiórka, bo zrobiło się 25 stopni (mimo pełnego zachmurzenia).
Dalej wzdłuż Lustrafjordu do Gaupne. Trasa. Dwa razy pokropiło, ale ogólnie dojechaliśmy na sucho. Padać zaczęło w momencie, gdy stanęliśmy pod recepcją. Fart! :)
Aczkolwiek nie do końca, bo wciąż czekamy aż będziemy mogli rozbić namiot. Jako że osobno rozbija się sypialnię, która zamoknie, zanim stanie tropik, to czekamy na chociaż chwilową przerwę w deszczu. No, ale już umyci i najedzeni, więc czekanie w ciepłej kuchni aż tak nie boli - tylko tyle, że jest dość duży ruch, bo wiele osób z tej kuchni korzysta (aczkolwiek i tak jest miliony razy spokojniej niż w kuchni w Odda, gdzie trzeba było stać w kilkunastoosobowej kolejce, żeby pozmywać! :o). Ot, uroki kempingu/ schroniska. Ale dobrze, że ta kuchnia JEST! :)
- DST 89.16km
- Czas 05:25
- VAVG 16.46km/h
- VMAX 65.14km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 1371m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 30 lipca 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici di Bici, dz. 326
Holungsoy - Vaagamo - Lom - Galdbygde. Tu rozbiliśmy obóz i dalej na lekko i solo na biga Juvashytta i z powrotem. Ciężki big, bo średnie nachylenie ponad 10%, do tego wiatr w pysk i zimno na górze (w końcu to wjazd na ponad 1800 metrów). Ale za to piekne widoki na lodowiec i najwyższe szczyty Jotunheimen (czyli zarazem najwyższe w Europie na północ od Tatr) :)

Trasa.

Trasa.
- DST 86.35km
- Teren 1.00km
- Czas 05:05
- VAVG 16.99km/h
- VMAX 54.43km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 1857m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 27 lipca 2018
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici di Bici, dz. 324
Od rana podjechaliśmy biga Valdresflya i dobrze, bo jeszcze nie było gorąco. Znów z wiatrem, a na zjeździe rekord prędkości wyprawy i wicerekord życiowy :)
Potem lekkie falowanie w pięknej okolicy (w Norwegii wszędzie jest pięknie! :P) i na koniec znów piekielnie szybki zjazd nad Vagavatnet. Trasa. Na kempingu Holungsoy wzięliśmy hyttę na 3 noce. Jutro i pojutrze ma padać, ja mam solidnego biga w bok, a w ogóle należy nam się odpoczynek, a hytta świetna (z kuchenką, lodówką i w cieniu po południu) i tania (38 EUR) :)
Potem lekkie falowanie w pięknej okolicy (w Norwegii wszędzie jest pięknie! :P) i na koniec znów piekielnie szybki zjazd nad Vagavatnet. Trasa. Na kempingu Holungsoy wzięliśmy hyttę na 3 noce. Jutro i pojutrze ma padać, ja mam solidnego biga w bok, a w ogóle należy nam się odpoczynek, a hytta świetna (z kuchenką, lodówką i w cieniu po południu) i tania (38 EUR) :)
- DST 100.92km
- Teren 1.00km
- Czas 05:05
- VAVG 19.85km/h
- VMAX 78.01km/h
- Temperatura 32.0°C
- Podjazdy 1106m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze





















