Środa, 16 września 2026
Kategoria Użytkowo
Canyonem za Jubilaeumswarte na suszenie namiotu
W ramach rozładowywania baterii w Canyonie i jego testów zrobiłem 567 metrów podjazdów. I chociaż nie było to " za darmo" (szacuję, że ok 40% mocy pochodzi od jeźdżca), to jednak znacznie łatwiej niż na rowerze (momentami VAM przekraczał 1500 m/h), więc wpisuję zero.
- DST 16.98km
- Teren 1.50km
- Czas 00:58
- VAVG 17.57km/h
- VMAX 44.80km/h
- Temperatura 28.0°C
- HRmax 127
- HRavg 89
- Kalorie 246kcal
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 15 września 2026
Kategoria !Flinta, .Favero, podsumowania, Wyprawa
Powrót z dworca i po mieście Wiedeń (plus podsumowanie)
Podsumowanie wyprawy Roam2Rome&Beyond 2026:
Dystans: 1744 km, średnio dziennie 83 km, średnio dziennie bez restów: 98 km. Słabizna.
Podjazdy: 20 558m, średnio dziennie 979 m, średnio dziennie bez restów: 1 175 m i średnio 1179 m/100 km. Słabizna straszna.
Bigi: jeden i to powtórzony (ale przynajmniej od drugiej strony :p). Ale nie ma się co dziwić, bo w Italii mam już wszystkie bigi zrobione i ta wyprawa miały inny motyw.
Motyw: zwiedzanie, oglądanie, napawanie się Italią - w każdym aspekcie. I tutaj owszem, nazwiedzałem się za wszystkie czasy, odwiedziłem mnóstwo interesujących, pięknych i wspaniałych miejsc. i równie wiele po prostu uroczych! Co w sumie oznaczało, że to oglądanie i te zachwyty (często piechotą) zajęły sporo czasu, więc nic dziwnego, że na jazdę było go tym razem mniej. Ale nie żałuję, bo raz, że to ITALIA i absolutnie wszystko jest tam wspaniałe (to znaczy wszystko oprócz nawierzchni i stylu jazdy kierowców :p) i warte bliższego poznania, a po wtóre byłem bez formy (trochę odpuściłem późną wiosnę i wczesne lato, a potem jeszcze pod koniec lipca złapałem kontuzję) i w górach zwyczajnie mógłbym nie dać rady, a przynajmniej bardzo się zajeżdżać.
Motyw poboczny: nowy rower. Wyprawa na Flincie (gravelowy Focus Atlas 6.9) wzbudziła mieszane uczucia. Rower jest wyraźnie szybszy od Surliera, ale też zauważalnie mniej wygodny. Poza tym jego przełożenia nie nadają się w góry! Kto to słyszał, żeby podjazd 13% był wyzwaniem?! A był, zwłaszcza jeśli wypadł pod koniec dnia. Więc wniosek taki, że na góry trza zmienić blaty z 46/30 na 42/26 albo nawet 40/24, o ile taki zestaw da się zdobyć. Co oczywiście wymusza przesunięcie przedniej przerzutki w dół. Natomiast sam fakt braku twardych przełożeń nie powinien być problemem - rzadko korzystałem z 46-11 i nie byłoby tragedii, gdybym go nie miał. Co do wygody, to na pewno muszę mieć lepszą owijkę, bo oryginalna jest cienka i dość szybko się poprzesuwała odsłaniając gołe aluminium kiery. Do siodła się w miarę przyzwyczaiłem, ale mimo ponoć bardzo sensownego kształtu demonem wygody to ono nie jest. Więc do rozważenia coś nowego w tym względzie No i pytanie, czy pozycja nie jest trochę za bardzo wyciągnięta. Znowu, pod koniec dnia często miałem takie wrażenie... No i pedały zatrzaskowe na wyprawie to chyba jednak nie dla mnie. Dość często brakowało mi możliwości zmiany pozycji na pedale, chociaż trochę, chociaż na chwilę. Moje rozcięgno fanem SPD niestety nie jest... No, ale chciałem pomiar mocy, to miałem. Szkoda, że akurat tym razem tej mocy miałem wyjątkowo mało i pomiar też nie zachwycił :p
Technicznie sprzęt bez zarzutu (poza owijką). Zwłaszcza hamulce mnie mile zaskoczyły, bo obawiałem się, że tarcze 160 mm na długie zjazdy z bagażem to będzie mało. Ale bez problemu dały radę.
Ograniczony bagaż sprawdził się dobrze. Niczego mi nie brakowało poza ewentualnie zapasem miejsca na trochę większe zakupy. Mogłem tego miejsca mieć więcej, gdybym nie wziął kurtki puchowej (nie użyłem ani razu) ani bluzy (użyłem raz), ale tu dochodzimy do kolejnego aspektu:
Pogoda: absolutny sztos. trzy tygodnie lampy i upału z jedną burzą przedostatniego dnia. Jak dla mnie zdecydowanie za gorąco, ale też musze przyznać, że miałem fart, bo przecież w Italii w sierpniu bywają długie deszczowe okresy i zimnawo. Więc chociaż ciężko było czasem wytrzymać, to jednak obiektywnie była to bardzo dobra pogoda.
Okoliczości:
1. Żarcie nieco rozczarowało. To oczywiście trochę kwestia braku miejsca a trochę pogody, bo nawet jak coś pysznego kupiłem, to musiałem to błyskawicznie zjeść, bo nazajutrz już było popsute. Ale już jedzenie w knajpach powinno być sztos, a jakoś nie było. W życiu się tyle pizzy nie nażarłem, ale ani razu nie byłem zachwycony, a tylko 2-3 razy zadowolony (w tym w Rzymie). No, lazania w Pitigliano pyszna, to fakt.
2. Styl jazdy kierowców mnie wkurzał. Oni po prostu MUSZĄ mnie wyprzedzić, nawet jeśli doskonale widać, że za moment będą hamować. No i MUSZĄ przy tym hamowaniu zajechać mi drogę, mimo że nie mają żadnych szans się przecisnąć po prawej (w przeciwieństwie do mnie).
3. Jakość dróg: większość kiepskich, niektóre po prostu FATALNE i stosunkowo niewiele dobrych. Rację ma Wilk, że drogi w Italii się mocno popsuły. Szkoda.
4. Język: jestem mile zaskoczony, jak dobrze mi szło po włosku. Myślałem, że po takiej przerwie będzie dramat, a tymczasem dość płynnie się komunikowałem! Oczywiście to nie były głębokie konwersacje, a raczej dość krótkie rozmówki o codziennych sprawach, ale mimo to jestem bardzo zadowolony :)
5. Inne: Italia jest PIĘKNA! Wspaniała, cudowna, olśniewająca! Nic dziwnego, że sami Włosi nazywają swój kraj Il Bel Paese - w 200% na to zasługuje! Mimo punktów 1-3 powyżej bynajmniej się nie odkochałem. L'Italia mio amore!
Dystans: 1744 km, średnio dziennie 83 km, średnio dziennie bez restów: 98 km. Słabizna.
Podjazdy: 20 558m, średnio dziennie 979 m, średnio dziennie bez restów: 1 175 m i średnio 1179 m/100 km. Słabizna straszna.
Bigi: jeden i to powtórzony (ale przynajmniej od drugiej strony :p). Ale nie ma się co dziwić, bo w Italii mam już wszystkie bigi zrobione i ta wyprawa miały inny motyw.
Motyw: zwiedzanie, oglądanie, napawanie się Italią - w każdym aspekcie. I tutaj owszem, nazwiedzałem się za wszystkie czasy, odwiedziłem mnóstwo interesujących, pięknych i wspaniałych miejsc. i równie wiele po prostu uroczych! Co w sumie oznaczało, że to oglądanie i te zachwyty (często piechotą) zajęły sporo czasu, więc nic dziwnego, że na jazdę było go tym razem mniej. Ale nie żałuję, bo raz, że to ITALIA i absolutnie wszystko jest tam wspaniałe (to znaczy wszystko oprócz nawierzchni i stylu jazdy kierowców :p) i warte bliższego poznania, a po wtóre byłem bez formy (trochę odpuściłem późną wiosnę i wczesne lato, a potem jeszcze pod koniec lipca złapałem kontuzję) i w górach zwyczajnie mógłbym nie dać rady, a przynajmniej bardzo się zajeżdżać.
Motyw poboczny: nowy rower. Wyprawa na Flincie (gravelowy Focus Atlas 6.9) wzbudziła mieszane uczucia. Rower jest wyraźnie szybszy od Surliera, ale też zauważalnie mniej wygodny. Poza tym jego przełożenia nie nadają się w góry! Kto to słyszał, żeby podjazd 13% był wyzwaniem?! A był, zwłaszcza jeśli wypadł pod koniec dnia. Więc wniosek taki, że na góry trza zmienić blaty z 46/30 na 42/26 albo nawet 40/24, o ile taki zestaw da się zdobyć. Co oczywiście wymusza przesunięcie przedniej przerzutki w dół. Natomiast sam fakt braku twardych przełożeń nie powinien być problemem - rzadko korzystałem z 46-11 i nie byłoby tragedii, gdybym go nie miał. Co do wygody, to na pewno muszę mieć lepszą owijkę, bo oryginalna jest cienka i dość szybko się poprzesuwała odsłaniając gołe aluminium kiery. Do siodła się w miarę przyzwyczaiłem, ale mimo ponoć bardzo sensownego kształtu demonem wygody to ono nie jest. Więc do rozważenia coś nowego w tym względzie No i pytanie, czy pozycja nie jest trochę za bardzo wyciągnięta. Znowu, pod koniec dnia często miałem takie wrażenie... No i pedały zatrzaskowe na wyprawie to chyba jednak nie dla mnie. Dość często brakowało mi możliwości zmiany pozycji na pedale, chociaż trochę, chociaż na chwilę. Moje rozcięgno fanem SPD niestety nie jest... No, ale chciałem pomiar mocy, to miałem. Szkoda, że akurat tym razem tej mocy miałem wyjątkowo mało i pomiar też nie zachwycił :p
Technicznie sprzęt bez zarzutu (poza owijką). Zwłaszcza hamulce mnie mile zaskoczyły, bo obawiałem się, że tarcze 160 mm na długie zjazdy z bagażem to będzie mało. Ale bez problemu dały radę.
Ograniczony bagaż sprawdził się dobrze. Niczego mi nie brakowało poza ewentualnie zapasem miejsca na trochę większe zakupy. Mogłem tego miejsca mieć więcej, gdybym nie wziął kurtki puchowej (nie użyłem ani razu) ani bluzy (użyłem raz), ale tu dochodzimy do kolejnego aspektu:
Pogoda: absolutny sztos. trzy tygodnie lampy i upału z jedną burzą przedostatniego dnia. Jak dla mnie zdecydowanie za gorąco, ale też musze przyznać, że miałem fart, bo przecież w Italii w sierpniu bywają długie deszczowe okresy i zimnawo. Więc chociaż ciężko było czasem wytrzymać, to jednak obiektywnie była to bardzo dobra pogoda.
Okoliczości:
1. Żarcie nieco rozczarowało. To oczywiście trochę kwestia braku miejsca a trochę pogody, bo nawet jak coś pysznego kupiłem, to musiałem to błyskawicznie zjeść, bo nazajutrz już było popsute. Ale już jedzenie w knajpach powinno być sztos, a jakoś nie było. W życiu się tyle pizzy nie nażarłem, ale ani razu nie byłem zachwycony, a tylko 2-3 razy zadowolony (w tym w Rzymie). No, lazania w Pitigliano pyszna, to fakt.
2. Styl jazdy kierowców mnie wkurzał. Oni po prostu MUSZĄ mnie wyprzedzić, nawet jeśli doskonale widać, że za moment będą hamować. No i MUSZĄ przy tym hamowaniu zajechać mi drogę, mimo że nie mają żadnych szans się przecisnąć po prawej (w przeciwieństwie do mnie).
3. Jakość dróg: większość kiepskich, niektóre po prostu FATALNE i stosunkowo niewiele dobrych. Rację ma Wilk, że drogi w Italii się mocno popsuły. Szkoda.
4. Język: jestem mile zaskoczony, jak dobrze mi szło po włosku. Myślałem, że po takiej przerwie będzie dramat, a tymczasem dość płynnie się komunikowałem! Oczywiście to nie były głębokie konwersacje, a raczej dość krótkie rozmówki o codziennych sprawach, ale mimo to jestem bardzo zadowolony :)
5. Inne: Italia jest PIĘKNA! Wspaniała, cudowna, olśniewająca! Nic dziwnego, że sami Włosi nazywają swój kraj Il Bel Paese - w 200% na to zasługuje! Mimo punktów 1-3 powyżej bynajmniej się nie odkochałem. L'Italia mio amore!
- DST 12.97km
- Czas 00:40
- VAVG 19.46km/h
- VMAX 36.60km/h
- Temperatura 23.0°C
- HRmax 136
- HRavg 95
- Kalorie 260kcal
- Podjazdy 105m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz 20, dzień powrotu
Wstałem przed 6, start o 7:25, tu zonk! Przednie koło ma kapeć! Nie całkiem pusta opona, więc dziurka zapewne mała, toteż stwierdziłem, że jest szansa, że dopompowanie wystarczy na te 3 kilometry na dworzec. Dopompowałem i jadę. Szybko, ale ostrożnie, bo ciśnienie nadal niskie, więc uważam na snejka.
Docieram wszelako bez przygód i z zapasem czasowym. Uff. Pociąg do Bolonii odjeżdża punktualnie i jedzie zgodnie z rozkładem, więc mam 7 godzin luzu. To pora na wymianę dętki. Niestety w hałasie i bez wody nie jestem w stanie znaleźć dziury. Oglądam i macam bardzo dokładnie wnętrze opony, ale tam też nic nie znajduję. No trudno, miejmy nadzieję, że nowa dętka też tego czegoś nie znajdzie :-P
Resztę czasu w pociągu głównie przysypiam. Jakoś mnie strasznie muli, chociaż rzetelnego snu w tym nie ma, raczej krótkie i lekkie drzemki.
O godz. 15 planowo w Bolonii. Wysiadam i myślę, co zrobić z tak miło rozpoczętym dniem. Mam prawie 5 godzin do zagospodarowania. Jako że dętka trzyma, to postanawiam się przejechać po przedmieściach i trzasnąć kilka skwadratow. Po drodze skoczę do Lidla uzupełnić zapasy na drogę i do Tigota po mydło, które chcę zabrać ze sobą. Lidl bez problemu, ale mimo wizyty łącznie w trzech tigotach, mojego mydła nie ma. Widać przestali produkować, szkoda :-(
Potem jeszcze trochę po centrum, najpierw rowerem, a potem pieszo. Bardzo fajne jest to miasto :-) Miałem też iść na pizzę, nawet już zasiadłem w ogródku restauracji, ale doszedłem do wniosku, że to bez sensu, bo nie jestem głodny. Więc zamiast tego jeszcze trochę spaceru, a potem pojechałem na dworzec i posiedziałem sobie na żulskwerze. Ciekawa atmosfera ;-)
Pociąg do Wiednia podstawili ok 15 minut wcześniej i okazało się, że jest fchuj rowerzystów! Trochę nam zajęło, zanim się wszyscy poustawialiśmy, ale w końcu się udało, a pociąg odjechał o czasie. I minikabina jest zajebista! :-)
Docieram wszelako bez przygód i z zapasem czasowym. Uff. Pociąg do Bolonii odjeżdża punktualnie i jedzie zgodnie z rozkładem, więc mam 7 godzin luzu. To pora na wymianę dętki. Niestety w hałasie i bez wody nie jestem w stanie znaleźć dziury. Oglądam i macam bardzo dokładnie wnętrze opony, ale tam też nic nie znajduję. No trudno, miejmy nadzieję, że nowa dętka też tego czegoś nie znajdzie :-P
Resztę czasu w pociągu głównie przysypiam. Jakoś mnie strasznie muli, chociaż rzetelnego snu w tym nie ma, raczej krótkie i lekkie drzemki.
O godz. 15 planowo w Bolonii. Wysiadam i myślę, co zrobić z tak miło rozpoczętym dniem. Mam prawie 5 godzin do zagospodarowania. Jako że dętka trzyma, to postanawiam się przejechać po przedmieściach i trzasnąć kilka skwadratow. Po drodze skoczę do Lidla uzupełnić zapasy na drogę i do Tigota po mydło, które chcę zabrać ze sobą. Lidl bez problemu, ale mimo wizyty łącznie w trzech tigotach, mojego mydła nie ma. Widać przestali produkować, szkoda :-(
Potem jeszcze trochę po centrum, najpierw rowerem, a potem pieszo. Bardzo fajne jest to miasto :-) Miałem też iść na pizzę, nawet już zasiadłem w ogródku restauracji, ale doszedłem do wniosku, że to bez sensu, bo nie jestem głodny. Więc zamiast tego jeszcze trochę spaceru, a potem pojechałem na dworzec i posiedziałem sobie na żulskwerze. Ciekawa atmosfera ;-)
Pociąg do Wiednia podstawili ok 15 minut wcześniej i okazało się, że jest fchuj rowerzystów! Trochę nam zajęło, zanim się wszyscy poustawialiśmy, ale w końcu się udało, a pociąg odjechał o czasie. I minikabina jest zajebista! :-)
- DST 16.61km
- Czas 01:02
- VAVG 16.07km/h
- VMAX 40.50km/h
- Temperatura 28.0°C
- HRmax 126
- HRavg 100
- Kalorie 264kcal
- Podjazdy 74m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 19 i ostatni
Start z super kwatery przed 9. Jak oddawałem klucze w restauracji, to się okazało, że w pakiecie jest śniadanie. Szkoda, że już zjadłem! Ale dostałem na drogę fajne ciastko z budyniem :-)
Pierwsze kilometry do Alberobello. Tam oglądanie. Te nowe trulli są, jak się okazuje, oszukane! :-)

Ale cała dzielnica wygląda po prostu niesamowicie!

Tam również kupuję najlepszy chleb świata (który przypadkiem odkryliśmy 9 lat temu). Nadal go pieką i nadal pyszny!

Potem znów kilka kilometrów do Locorotondo. Ładne miasteczko, ale Putignano fajniejsze.

Wreszcie dłuższy zjazd pod wiatr do Monopoli. Kiedyś nam je bardzo polecano. Zaczęło się dość zwyczajnie, ale obwarowane centrum nad samym morzem się broni - w obecnych czasach już na szczęście tylko w przenośni ;-)


Niemniej nie umywa się do dzisiejszego gwoździa programu, czyli Polignano a Mare. To jest po prostu SZTOS! Jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi jak dla mnie!
Połaziłem, porobiłem fotki, nabyłem pamiątkę i trzeba jechać dalej. A dalej lekko pod górę (żeby nie powtarzać trasy nadmorskiej sprzed lat) i kolejne śliczne miasteczka. Conversano i Rutigliano. Kurde, w Apulii wszędzie jest pięknie!
Do Bari dojeżdżam w dobrym humorze, a nocleg w B&b Marsano okazuje się spoko, więc muszę przyznać, że ostatni dzień naprawdę udany. Fajnie!
Do centrum Bari już nie pojechałem. Trochę daleko i nie chciało mi się. A też ładne, pamiętam sprzed 9 lat ;-) A jutro rano niestety pociąg powrotny...
Pierwsze kilometry do Alberobello. Tam oglądanie. Te nowe trulli są, jak się okazuje, oszukane! :-)

Ale cała dzielnica wygląda po prostu niesamowicie!

Tam również kupuję najlepszy chleb świata (który przypadkiem odkryliśmy 9 lat temu). Nadal go pieką i nadal pyszny!

Potem znów kilka kilometrów do Locorotondo. Ładne miasteczko, ale Putignano fajniejsze.

Wreszcie dłuższy zjazd pod wiatr do Monopoli. Kiedyś nam je bardzo polecano. Zaczęło się dość zwyczajnie, ale obwarowane centrum nad samym morzem się broni - w obecnych czasach już na szczęście tylko w przenośni ;-)


Niemniej nie umywa się do dzisiejszego gwoździa programu, czyli Polignano a Mare. To jest po prostu SZTOS! Jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi jak dla mnie!
Połaziłem, porobiłem fotki, nabyłem pamiątkę i trzeba jechać dalej. A dalej lekko pod górę (żeby nie powtarzać trasy nadmorskiej sprzed lat) i kolejne śliczne miasteczka. Conversano i Rutigliano. Kurde, w Apulii wszędzie jest pięknie!
Do Bari dojeżdżam w dobrym humorze, a nocleg w B&b Marsano okazuje się spoko, więc muszę przyznać, że ostatni dzień naprawdę udany. Fajnie!
Do centrum Bari już nie pojechałem. Trochę daleko i nie chciało mi się. A też ładne, pamiętam sprzed 9 lat ;-) A jutro rano niestety pociąg powrotny...
- DST 110.61km
- Teren 1.00km
- Czas 05:02
- VAVG 21.98km/h
- VMAX 55.60km/h
- Temperatura 29.0°C
- HRmax 135
- HRavg 102
- Kalorie 2112kcal
- Podjazdy 671m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 18
Dziś krótszy dzień, bo po południu zostawiam sobie czas na zwiedzanie Grotte di Castellana. A póki co apulijskie białe missteczka na wzgórzach, na zmianę duży ruch na głównych (w tym Via Appia do 660. km!) i fatalne nawierzchnie na bocznych. Fatalne po prostu.
Putignano okazuje się mieć urocze centrum z labiryntem tak ciasnych uliczek, że nawet skutery tu nie wjeżdżają (!!) wijacych się wśród bialych kamienic. Śliczne.
A po polach pojawiają się pierwsze trulli.
Jaskinia olbrzymia, długa i z wielkimi komorami i bogatą szatą naciekową. Robi wrażenie, ale zbyt komercyjna jak dla mnie.
Dzień lekki i łatwy, ale nie bardzo przyjemny plus odczuwam coraz większe zmęczenie materiału :-/
A, no i nocleg na fantastycznej kwaterze! 🤩
Putignano okazuje się mieć urocze centrum z labiryntem tak ciasnych uliczek, że nawet skutery tu nie wjeżdżają (!!) wijacych się wśród bialych kamienic. Śliczne.
A po polach pojawiają się pierwsze trulli.
Jaskinia olbrzymia, długa i z wielkimi komorami i bogatą szatą naciekową. Robi wrażenie, ale zbyt komercyjna jak dla mnie.
Dzień lekki i łatwy, ale nie bardzo przyjemny plus odczuwam coraz większe zmęczenie materiału :-/
A, no i nocleg na fantastycznej kwaterze! 🤩
- DST 77.30km
- Czas 03:55
- VAVG 19.74km/h
- VMAX 50.60km/h
- Temperatura 27.0°C
- HRmax 135
- HRavg 107
- Kalorie 1890kcal
- Podjazdy 965m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 17
Jakoś lenia miałem rano i mimo że spod dachu, to start dopiero o 9:20. Wyszukałem sobie trasę, żeby na pewno nie było pod górę przez miasto i heja. Jeszcze piekarnia i zjeżdżam do głównej. Po kilku kilometrach jest. A tu zonk. Zakaz rowerów! A to jedyna droga :-/ Trudno, jadę. Szybko. Ale nie dość szybko. Po kilku kilometrach widzę pod kawiarnią auto carabinierów. Mijam, jadę, ale już czuję, że nie jest dopsz. Po chwili mnie doganiają i trąbią. Zjeżdżam. Gadamy.
Są bardzo mili, ale stanowczy. Nie mogę tu być, bo jest niebezpiecznie. Nie i już. To jak mam jechać do Castelmezzano? Nie ma innej drogi. Hmm, no nie ma. Dobra, to cię odeskortujemy do zjazdu, skąd już jest alternatywa. Do Trivigno. I faktycznie jechali za mną ponad 10 km, aż miałem dokąd zjechać! I nawet mandatu nie wlepili, tylko pomachali na pożegnanie! :-D
Dalej już boczną. Najpierw wzdłuż głównej (tylko czesko), a potem już rzeźnicki podjazd. Poza jednym wyplaszczeniem ciągłe 12-13%! I tak prawie 600m pod górę. Sztos!
Ale powiedzmy, że było warto, bo Castelmezzano położne niesamowicie! Dolomiti di Lucania w pełnej krasie!

Postój, spacer, fotki, cola (tym razem już nie zero) i zjazd. A tu zonk, bo droga zamknięta. Powrót tą samą? Wykluczony. Po pierwsze sporo już zjechałem, w tym ze 25% po bruku. Po wtore, dalej znów nie ma alternatywy i musiałbym więcej jechać główną na zakazie. Trudno, zjeżdżam.
Droga uszkodzona, ale przejezdna. Przypomina mi się wymarła dolina Roghudi w Calabrii. Jadę. Osuwisko, błoto, potrzaskany asfalt. Jadę. Kluczowe pytanie: czy któryś most nie jest zerwany... Jeszcze kilka kilometrów i docieram do większej drogi w dół. Uff, przebiłem się!
Teraz lancz, zakładam lampki (tunele!) i w pedał na zakazaną krajówkę. Postanawiam przelecieć jak najszybciej, więc na odcinku 18 km robię średnią 36,5. Ale jest lekko w dół i z grubsza z wiatrem, więc to nie takie znów osiągnięcie.
Na zjeździe staję w barze na colę, bo jest już 37 stopni. Teraz 150m podjazdu, a potem czechy. To jadę. Spoko jest, bo się chmurzy. Mocno chmurzy. Na szczycie zaczyna kropić. Na zjeździe zaczyna lać. Po chwili jest i burza. Ale wiatr nadal z grubsza w plecy, a temperatura spadła do 22, więc jedzie się FANTASTYCZNIE! :-D
Przelatuję w deszczu ok 20 km, po czym staję na przystanku i oceniam sytuację. Miałem spać w Laterza, ale booking, który wyszukałem, znikł. Dzik jest możliwy, ale straszne odludzie i nie widzę, skąd miałbym wziąć wodę. Znajduję inny booking, trochę wcześniej, ale się nada. I cena swietna, 38! Rezerwuję i jadę. Zostalo ok 25 km.


Po drodze nadal wielkie puste przestrzenie. Pagórkowato i niby rolniczo, ale ludzi zero. I wody też. Mijam wprawdzie spore jezioro, ale nie ma dostępu, a woda raczej nie jest pitna. Więc chyba dobrze, że wziąłem kwaterę. Po drodze znów kropi, więc fajnie się jedzie. Zaledwie 27 stopni, przyjemnie :-)
Na koniec jest agriturismo. W środku niczego i... w obronnym dworze z XVI wieku! Czad! :-D
W pokoju wprawdzie gorąco, ale za takie wnętrza i zewnętrza chyba warto się przemęczyć ;-)




Wreszcie fajny dzień! :-)
Są bardzo mili, ale stanowczy. Nie mogę tu być, bo jest niebezpiecznie. Nie i już. To jak mam jechać do Castelmezzano? Nie ma innej drogi. Hmm, no nie ma. Dobra, to cię odeskortujemy do zjazdu, skąd już jest alternatywa. Do Trivigno. I faktycznie jechali za mną ponad 10 km, aż miałem dokąd zjechać! I nawet mandatu nie wlepili, tylko pomachali na pożegnanie! :-D
Dalej już boczną. Najpierw wzdłuż głównej (tylko czesko), a potem już rzeźnicki podjazd. Poza jednym wyplaszczeniem ciągłe 12-13%! I tak prawie 600m pod górę. Sztos!
Ale powiedzmy, że było warto, bo Castelmezzano położne niesamowicie! Dolomiti di Lucania w pełnej krasie!

Postój, spacer, fotki, cola (tym razem już nie zero) i zjazd. A tu zonk, bo droga zamknięta. Powrót tą samą? Wykluczony. Po pierwsze sporo już zjechałem, w tym ze 25% po bruku. Po wtore, dalej znów nie ma alternatywy i musiałbym więcej jechać główną na zakazie. Trudno, zjeżdżam.
Droga uszkodzona, ale przejezdna. Przypomina mi się wymarła dolina Roghudi w Calabrii. Jadę. Osuwisko, błoto, potrzaskany asfalt. Jadę. Kluczowe pytanie: czy któryś most nie jest zerwany... Jeszcze kilka kilometrów i docieram do większej drogi w dół. Uff, przebiłem się!
Teraz lancz, zakładam lampki (tunele!) i w pedał na zakazaną krajówkę. Postanawiam przelecieć jak najszybciej, więc na odcinku 18 km robię średnią 36,5. Ale jest lekko w dół i z grubsza z wiatrem, więc to nie takie znów osiągnięcie.
Na zjeździe staję w barze na colę, bo jest już 37 stopni. Teraz 150m podjazdu, a potem czechy. To jadę. Spoko jest, bo się chmurzy. Mocno chmurzy. Na szczycie zaczyna kropić. Na zjeździe zaczyna lać. Po chwili jest i burza. Ale wiatr nadal z grubsza w plecy, a temperatura spadła do 22, więc jedzie się FANTASTYCZNIE! :-D
Przelatuję w deszczu ok 20 km, po czym staję na przystanku i oceniam sytuację. Miałem spać w Laterza, ale booking, który wyszukałem, znikł. Dzik jest możliwy, ale straszne odludzie i nie widzę, skąd miałbym wziąć wodę. Znajduję inny booking, trochę wcześniej, ale się nada. I cena swietna, 38! Rezerwuję i jadę. Zostalo ok 25 km.


Po drodze nadal wielkie puste przestrzenie. Pagórkowato i niby rolniczo, ale ludzi zero. I wody też. Mijam wprawdzie spore jezioro, ale nie ma dostępu, a woda raczej nie jest pitna. Więc chyba dobrze, że wziąłem kwaterę. Po drodze znów kropi, więc fajnie się jedzie. Zaledwie 27 stopni, przyjemnie :-)
Na koniec jest agriturismo. W środku niczego i... w obronnym dworze z XVI wieku! Czad! :-D
W pokoju wprawdzie gorąco, ale za takie wnętrza i zewnętrza chyba warto się przemęczyć ;-)




Wreszcie fajny dzień! :-)
- DST 119.81km
- Teren 1.00km
- Czas 05:07
- VAVG 23.42km/h
- VMAX 56.40km/h
- Temperatura 29.0°C
- HRmax 141
- HRavg 108
- Kalorie 2339kcal
- Podjazdy 1184m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 16
Ciężki dzień, zwłaszcza mentalnie mnie dojechał.
Ruszam przed 9, bo dziś dlugi dzień i patrzę, a czujnik tętna nie działa. Bateria padła. Spoko, mam przy sobie, wymienię. No tak, ale... nie mam malutkiego torxa potrzebnego do odkręcenia klapki baterii. Fuck. Nożem nie pójdzie, już próbowałem kiedyś. No to spróbuję po drodze pożyczyć, tak? Na szczęście jest miasteczko Battipaglia, a w nim cztery ferramenty (sklepy żelazne). Robię marszrutę i jadę.
Niełatwo trafić. W pierwszej ferramencie szukają i szukają, w końcu się poddają. W drugiej starszy pan twierdzi, że to krzyżowa śruba i próbuje odkręcać krzyżowym śrubokrętem! Niemal mu wyrywam, zanim zniszczy śrubę.
W trzeciej w ogóle nie mają narzędzi, tylko farby. W czwartej wreszcie kompetentny sprzedawca, który wie, co to jest torx i wie, że ma małe rozmiary. Pytanie tylko czy wystarczająco małe. Przynosi kilka i próbujemy. Drugi pasuje! Jest! Bateria wymieniona, czujnik działa. Dzięki tysiąc! :-)
No to godzina w plecy. Teraz Lidl w Eboli, bo jeszcze dziś nic nie jadłem (nic nie mam). Zakupy plus jedzenie i kolejna godzina. Niby przejechałem już 20km, ale czuję się, jakbym dopiero ruszał w trasę. A jest godzina 11. I upał. I dotychczas było płasko, a teraz zaczynają się góry :-D
No to jadę. Pierwszy podjazd ze 400 metrów, nachylenia dla ludzi. Spoko. Na górze sklepik, gdzie kupuję zimną colę, ale przez pomyłkę zero. Bleh! Piję, ale zero to jest głównie przyjemności z tego. Nie ma natomiast wody z kranu. Mam jeszcze trochę i sporo soku, więc to ignoruję. Błąd, jak się potem okaże.
Potem zjazd tyle samo, co było podjazdu i od początku, tylko teraz czesko zboczem doliny z ładnymi widokami na autostradę.

Jadę i jadę. Gorąco jak w piekle i odludzie. I nigdzie nie ma wody. Zaczynam pić nierozcieńczony sok, a wody nadal nie ma. Oj, trzeba było w sklepie poprosić z kranu! Jadę. I jadę. Wreszcie jest miasteczko, a nim fontanna. Napotkana pani twierdzi, że woda jest pitna. Więc piję. I piję. A potem włażę do fontanny po uda. I piję. I piję. Uff, będę żył...

Dalej jest dla odmiany pod górę. I daleko jeszcze. Stwierdzam, że dzik za Potenzą, który planowałem, to kiepski pomysł, bo chciałbym zobaczyć miasto, a jeśli mam wyjechać za nie z 10 km, to nie będzie czasu. Biorę więc booking w Albergo Miramonti. To w centrum. 150m wyżej niż moja trasa. Wiem, że będę tego żałował, ale biorę :-P
Wreszcie jest przełęcz, a z niej czeski zjazd do Potenzy. Ze 20 kilometrów! Ale jadę. Wreszcie dojeżdżam. W mieście korek pod górę, więc się intensywnie inhaluję spalinami. Mniam! Potem jeszcze Eurospin i już mogę jechać do centrum. No to jadę.
Że co, kurwa?! Że tędy? Na dzień dobry 15%! Potem już łagodniej, ale cały czas pod górę. Mapy Google prowadzą schodami. Wow! I pod górę. I pod górę. Wreszcie jest główna ulica na samym szczycie, a potem leciutki zjazd i znak na mój hotel... schodami w dół. Kurwa. Objeżdżam, ale to nie hop siup. Najpierw zjazd 15%, a potem podjazd 18%, kurwa! Uch!

Ale wreszcie jest Albergo Miramonti. Wreszcie! Jeszcze tylko wnieść rower po długich schodach na parter (!!) i jestem. Hurra!
Oficjalnie stwierdzam, że Potenza to najbardziej górzyste miasto, w którym byłem. Nawet te, które są na bigach nie są aż takie. Nawet Perugia! Szacun.
Pokój fajny, z lodówką i balkonem. Wywalczam też czajnik. Jest dopsz. Jeszcze idę coś zjeść na miasto (lokalne danie: makaron w oliwie, z caciocavallo, suszoną papryką i bułką tartą, bez szału) i krótki spacer po centrum. Też bez szału. Ogólnie dzień bez szału mi wyszedł :-P


Ruszam przed 9, bo dziś dlugi dzień i patrzę, a czujnik tętna nie działa. Bateria padła. Spoko, mam przy sobie, wymienię. No tak, ale... nie mam malutkiego torxa potrzebnego do odkręcenia klapki baterii. Fuck. Nożem nie pójdzie, już próbowałem kiedyś. No to spróbuję po drodze pożyczyć, tak? Na szczęście jest miasteczko Battipaglia, a w nim cztery ferramenty (sklepy żelazne). Robię marszrutę i jadę.
Niełatwo trafić. W pierwszej ferramencie szukają i szukają, w końcu się poddają. W drugiej starszy pan twierdzi, że to krzyżowa śruba i próbuje odkręcać krzyżowym śrubokrętem! Niemal mu wyrywam, zanim zniszczy śrubę.
W trzeciej w ogóle nie mają narzędzi, tylko farby. W czwartej wreszcie kompetentny sprzedawca, który wie, co to jest torx i wie, że ma małe rozmiary. Pytanie tylko czy wystarczająco małe. Przynosi kilka i próbujemy. Drugi pasuje! Jest! Bateria wymieniona, czujnik działa. Dzięki tysiąc! :-)
No to godzina w plecy. Teraz Lidl w Eboli, bo jeszcze dziś nic nie jadłem (nic nie mam). Zakupy plus jedzenie i kolejna godzina. Niby przejechałem już 20km, ale czuję się, jakbym dopiero ruszał w trasę. A jest godzina 11. I upał. I dotychczas było płasko, a teraz zaczynają się góry :-D
No to jadę. Pierwszy podjazd ze 400 metrów, nachylenia dla ludzi. Spoko. Na górze sklepik, gdzie kupuję zimną colę, ale przez pomyłkę zero. Bleh! Piję, ale zero to jest głównie przyjemności z tego. Nie ma natomiast wody z kranu. Mam jeszcze trochę i sporo soku, więc to ignoruję. Błąd, jak się potem okaże.
Potem zjazd tyle samo, co było podjazdu i od początku, tylko teraz czesko zboczem doliny z ładnymi widokami na autostradę.

Jadę i jadę. Gorąco jak w piekle i odludzie. I nigdzie nie ma wody. Zaczynam pić nierozcieńczony sok, a wody nadal nie ma. Oj, trzeba było w sklepie poprosić z kranu! Jadę. I jadę. Wreszcie jest miasteczko, a nim fontanna. Napotkana pani twierdzi, że woda jest pitna. Więc piję. I piję. A potem włażę do fontanny po uda. I piję. I piję. Uff, będę żył...

Dalej jest dla odmiany pod górę. I daleko jeszcze. Stwierdzam, że dzik za Potenzą, który planowałem, to kiepski pomysł, bo chciałbym zobaczyć miasto, a jeśli mam wyjechać za nie z 10 km, to nie będzie czasu. Biorę więc booking w Albergo Miramonti. To w centrum. 150m wyżej niż moja trasa. Wiem, że będę tego żałował, ale biorę :-P
Wreszcie jest przełęcz, a z niej czeski zjazd do Potenzy. Ze 20 kilometrów! Ale jadę. Wreszcie dojeżdżam. W mieście korek pod górę, więc się intensywnie inhaluję spalinami. Mniam! Potem jeszcze Eurospin i już mogę jechać do centrum. No to jadę.
Że co, kurwa?! Że tędy? Na dzień dobry 15%! Potem już łagodniej, ale cały czas pod górę. Mapy Google prowadzą schodami. Wow! I pod górę. I pod górę. Wreszcie jest główna ulica na samym szczycie, a potem leciutki zjazd i znak na mój hotel... schodami w dół. Kurwa. Objeżdżam, ale to nie hop siup. Najpierw zjazd 15%, a potem podjazd 18%, kurwa! Uch!

Ale wreszcie jest Albergo Miramonti. Wreszcie! Jeszcze tylko wnieść rower po długich schodach na parter (!!) i jestem. Hurra!
Oficjalnie stwierdzam, że Potenza to najbardziej górzyste miasto, w którym byłem. Nawet te, które są na bigach nie są aż takie. Nawet Perugia! Szacun.
Pokój fajny, z lodówką i balkonem. Wywalczam też czajnik. Jest dopsz. Jeszcze idę coś zjeść na miasto (lokalne danie: makaron w oliwie, z caciocavallo, suszoną papryką i bułką tartą, bez szału) i krótki spacer po centrum. Też bez szału. Ogólnie dzień bez szału mi wyszedł :-P


- DST 113.43km
- Czas 06:21
- VAVG 17.86km/h
- VMAX 67.30km/h
- Temperatura 34.0°C
- HRmax 136
- HRavg 112
- Kalorie 3134kcal
- Podjazdy 2185m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 15
Start tuż przed 9, jakoś się udało. Po 6 km zakup bułek, serka i soku w Deco i tak oto mam (wraz z mortadelą, którą trzeba dojeść) wałówę na caly dzień.
Dotychczas były fajne boczne drożki, ale teraz zaczynam objazd półwyspu Sorrento, więc jest jedna droga i kosmiczny ruch. W zasadzie ciągły korek. Przedzieranie się (wraz ze skuterami) jest masakrą, ale jakoś jadę. Castellamare di Stabia, Vico Equense, Sorrento.

Potem skręcam w boczną drogę i robi się spokojniej. Natomiast cały czas solidne czechy. Ale idzie w sumie nieźle.
Za Sorrento zjadam pierwszą bułkę. Potem nieco wiekszy podjazd (na około 500, oczywiście czeski) i niezłe zadupia, ale z widokami na Capri :-)

Zjazd z powrotem do głównej i dalej czechy. Gdzieś tu druga bulka. Widoki na wybrzeże amalfitańskie wspaniałe, ale nie robią na mnie aż takiego wrażenia, jak 12 lat temu. Widać za dużo już widziałem od tego czasu ;-)


Positano piękne i nawet nie aż tak strasznie zatłoczone, za to następne Amalfi po prostu zawalone ludźmi, samochodami i autobusami. Policja reguluje ruch.

W Minori trzecia bułka. Potem ostatnie dwie czechy i zjazd do Salerno. Mimo gpsa trochę błądzę, bo ślad prowadzi pod prąd. Ale alternatywą jest wjazd na autostradę, więc rad nierad zjeżdżam ok 500m pod prąd. Na szczęście jest dość szeroko i nie pojawia się żaden autobus. Uff.
Samo Salerno zaskakująco spokojne, z przyjemną promenadą, przy której wszakże zero sklepów, a nawet lodziarni! Wpadam więc na lody do McD (zaskakująco dobre!), ale picie muszę kupić gdzieś indziej, bo 3,30 za pół litra coli to jest jakiś żart!
Stąd już 15 km na kemping, płasko wzdłuż morza. I nadal zero sklepów. Spod jedynego minimarketu odjeżdżam zniesmaczony, bo sklepikarzowi nie podoba się, gdzie oparłem rower (a w niczym nie przeszkadzał!). Skoro tak traktuje klienta, to nie zobaczy moich pieniędzy.
Po kilku kilometrach jest kemping, ale nie podoba mi się. Zero knajpy (a ja na dziś nie mam kolacji) ich "minimarket" świeci pustkami i nigdzie nie widać krzeseł. Kilka kilometrów dalej jest drugi, więc rezygnuję. Tylko że Baia dei Delfini działa jako bar przy plaży, ale kemping nieczynny! Za mały ruch turystyczny, mówi pani. No ładnie...
Na szczęście za chwilę jest kolejny Il Cigno. Tu już nie grymaszę i biorę co jest. W sumie nieźle: stoly, krzesła, prąd... Cienia niewiele, ale już prawie zachód słońca, więc luz. Ale baru też nie ma. Pytam, gdzie można coś zjeść. Ponoć niedaleko przy rondzie jest bar. Jadę tam, bo choć w bar już nie wierzę, ale na mapie widzę w tamtym kierunku market A. L. D. I. (sic!). Ronda ani baru ni ma, ale market jest. Asortyment marny, ale znajduję na kolację pierożki z ricotta i szpinakiem, bakłażan w oliwie i parówki. Dam radę. Jest też zimne piciu, nareszcie!

Powrót na kemping, oboz, mycie, pranie (w pralce!) i kolacja. Uch, to był męczący dzień...
Dotychczas były fajne boczne drożki, ale teraz zaczynam objazd półwyspu Sorrento, więc jest jedna droga i kosmiczny ruch. W zasadzie ciągły korek. Przedzieranie się (wraz ze skuterami) jest masakrą, ale jakoś jadę. Castellamare di Stabia, Vico Equense, Sorrento.

Potem skręcam w boczną drogę i robi się spokojniej. Natomiast cały czas solidne czechy. Ale idzie w sumie nieźle.
Za Sorrento zjadam pierwszą bułkę. Potem nieco wiekszy podjazd (na około 500, oczywiście czeski) i niezłe zadupia, ale z widokami na Capri :-)

Zjazd z powrotem do głównej i dalej czechy. Gdzieś tu druga bulka. Widoki na wybrzeże amalfitańskie wspaniałe, ale nie robią na mnie aż takiego wrażenia, jak 12 lat temu. Widać za dużo już widziałem od tego czasu ;-)


Positano piękne i nawet nie aż tak strasznie zatłoczone, za to następne Amalfi po prostu zawalone ludźmi, samochodami i autobusami. Policja reguluje ruch.

W Minori trzecia bułka. Potem ostatnie dwie czechy i zjazd do Salerno. Mimo gpsa trochę błądzę, bo ślad prowadzi pod prąd. Ale alternatywą jest wjazd na autostradę, więc rad nierad zjeżdżam ok 500m pod prąd. Na szczęście jest dość szeroko i nie pojawia się żaden autobus. Uff.
Samo Salerno zaskakująco spokojne, z przyjemną promenadą, przy której wszakże zero sklepów, a nawet lodziarni! Wpadam więc na lody do McD (zaskakująco dobre!), ale picie muszę kupić gdzieś indziej, bo 3,30 za pół litra coli to jest jakiś żart!
Stąd już 15 km na kemping, płasko wzdłuż morza. I nadal zero sklepów. Spod jedynego minimarketu odjeżdżam zniesmaczony, bo sklepikarzowi nie podoba się, gdzie oparłem rower (a w niczym nie przeszkadzał!). Skoro tak traktuje klienta, to nie zobaczy moich pieniędzy.
Po kilku kilometrach jest kemping, ale nie podoba mi się. Zero knajpy (a ja na dziś nie mam kolacji) ich "minimarket" świeci pustkami i nigdzie nie widać krzeseł. Kilka kilometrów dalej jest drugi, więc rezygnuję. Tylko że Baia dei Delfini działa jako bar przy plaży, ale kemping nieczynny! Za mały ruch turystyczny, mówi pani. No ładnie...
Na szczęście za chwilę jest kolejny Il Cigno. Tu już nie grymaszę i biorę co jest. W sumie nieźle: stoly, krzesła, prąd... Cienia niewiele, ale już prawie zachód słońca, więc luz. Ale baru też nie ma. Pytam, gdzie można coś zjeść. Ponoć niedaleko przy rondzie jest bar. Jadę tam, bo choć w bar już nie wierzę, ale na mapie widzę w tamtym kierunku market A. L. D. I. (sic!). Ronda ani baru ni ma, ale market jest. Asortyment marny, ale znajduję na kolację pierożki z ricotta i szpinakiem, bakłażan w oliwie i parówki. Dam radę. Jest też zimne piciu, nareszcie!

Powrót na kemping, oboz, mycie, pranie (w pralce!) i kolacja. Uch, to był męczący dzień...
- DST 123.51km
- Czas 06:18
- VAVG 19.60km/h
- VMAX 49.50km/h
- Temperatura 34.0°C
- HRmax 144
- HRavg 105
- Kalorie 2650kcal
- Podjazdy 1536m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 14, Pompeje
Wydostanie się z Neapolu (walka, albo może gra komputerowa, gdzie system rzuca ci coraz to nowe wyzwania, ale masz tylko jedno życie).
Objazd Wezuwiusza od wschodu (spokojniej niż wzdłuż morza, ale i tak wielki ruch plus wszechobecne bazaltowe bloki, więc jazda polegała na wyszukiwaniu bocznych dróg, gdzie BYĆ MOŻE będzie kiepski, ale jednak asfalt).
Wczesny obóz na kempingu Spartacus (ok 13), a reszta dnia to zwiedzanie piechotą Pompejów. ABSOLUTNY ODLOT, REWELACJA, MASAKRA I SZTOS!! Coś niewiarygodnego!!! Kompletnie urwało mi dupę. Kosmos! Zdjęcia kiedyś.
Objazd Wezuwiusza od wschodu (spokojniej niż wzdłuż morza, ale i tak wielki ruch plus wszechobecne bazaltowe bloki, więc jazda polegała na wyszukiwaniu bocznych dróg, gdzie BYĆ MOŻE będzie kiepski, ale jednak asfalt).
Wczesny obóz na kempingu Spartacus (ok 13), a reszta dnia to zwiedzanie piechotą Pompejów. ABSOLUTNY ODLOT, REWELACJA, MASAKRA I SZTOS!! Coś niewiarygodnego!!! Kompletnie urwało mi dupę. Kosmos! Zdjęcia kiedyś.
- DST 39.58km
- Czas 01:59
- VAVG 19.96km/h
- VMAX 46.50km/h
- Temperatura 34.0°C
- HRmax 143
- HRavg 102
- Kalorie 753kcal
- Podjazdy 351m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Roam2Rome&Beyond, dz. 13, czyli zobaczyć Neapol i przeżyć ;-)
Noc na dziko upłynęła spokojnie, mimo kręcących się późnym wieczorem rybakow, którzy coś łowili siatką na motyle 🤣

Rano duża rosa i wszystko upaćkane w słonym piachu, bo to, na czym się rozbiłem, to nie była trawa, tylko jakby rzadkie skrzypy (?). No i przed 7 już lampa. Zwinąłem się bez jedzenia i o 8 ruszyłem.
Po 2 km postój w kawiarni na toaletę, założenie soczewek i kawę z cornetto crema limone. Pyszne! Spieszyć się nie musiałem, bo bilet do Piscina Mirabilis miałem na 10:30, to raptem 5 km. Czas wykorzystałem na zastanowienie się, czy chcę dokładniej zwiedzić Neapol. Doszedłem do wniosku, że trzeba dać mu szansę, a że znalazłem fajny booking (mieszkanko w samym centrum po 47!), to wziąłem dwie noce. Jakoś o 9:30 stamtąd ruszyłem.
Do Pisciny dotarłem krótko przed 10. Akurat otwierali i zgodzili się mnie wpuścić z wcześniejszą turą. Na którą składały się oprócz mnie... dwie osoby :-) Piscina niesamowita! 12000 m3 wody się tam mieściło, zbudowana 2000 lat temu! :o


Po zwiedzaniu byłem już głodny, więc najpierw trochę szukałem piekarni, a potem przejechałem z 10 km w stronę Neapolu szukając ławki w cieniu w celu śniadaniowym. Wreszcie się znalazła, i to z widokiem!

Potem już koszmar (KOSZMAR!) jazdy przez aglomerację. Kostka, bazaltowe bloki albo asfalt tak strasznie zniszczony, że jechać szybciej niz 16 kmh się po prostu nie dawało! Do tego chaotyczny ruch i straszny hałas. Ryk silników, trąbienie, krzyki... Mimo że miałem tylko 20 km na kwaterę, to jeszcze po drodze musiałem zrobić postój!
Kwatera w ścisłym centrum. Fajnie, ale trzeba się tam przedrzeć przez tłum. I trafić też ciężko. Ale okazała się super, więc uznajmy, że warto było :-)

Dotarłem jakoś po godz. 13 (jeszcze były małe zakupy w Todisie), po czym musiałem się umyć z piachu i soli i odpocząć. Na miasto wyszedłem o 16, ale już piechotą. Długi spacer po całym szerokim centrum zajął mi kilka godzin, ale odwiedziłem wszystkie miejsca, które chciałem, oprócz tych biletowanych, które sobie zostawiam na jutro. Miasto mroczne, chotyczne, gorące i halasliwe. Robi wrażenie i piechotą da się ogarnąć, ale męczy bardzo. Wróciłem wykończony ;-)


Dzielnica hiszpańska

Galeria Umberto I

Kościół San Francesco rżniety z bazyliki ŚP i z Pantheonu


Papież futbolu wiecznie żywy w Neapolu


Wpadłem też do szynku ;-)

Na cuoppo di mare
Jeszcze krótki wypad po pizzę na kolację (zdecydowanie wolę pizza romana!) i spać.

Rano duża rosa i wszystko upaćkane w słonym piachu, bo to, na czym się rozbiłem, to nie była trawa, tylko jakby rzadkie skrzypy (?). No i przed 7 już lampa. Zwinąłem się bez jedzenia i o 8 ruszyłem.
Po 2 km postój w kawiarni na toaletę, założenie soczewek i kawę z cornetto crema limone. Pyszne! Spieszyć się nie musiałem, bo bilet do Piscina Mirabilis miałem na 10:30, to raptem 5 km. Czas wykorzystałem na zastanowienie się, czy chcę dokładniej zwiedzić Neapol. Doszedłem do wniosku, że trzeba dać mu szansę, a że znalazłem fajny booking (mieszkanko w samym centrum po 47!), to wziąłem dwie noce. Jakoś o 9:30 stamtąd ruszyłem.
Do Pisciny dotarłem krótko przed 10. Akurat otwierali i zgodzili się mnie wpuścić z wcześniejszą turą. Na którą składały się oprócz mnie... dwie osoby :-) Piscina niesamowita! 12000 m3 wody się tam mieściło, zbudowana 2000 lat temu! :o


Po zwiedzaniu byłem już głodny, więc najpierw trochę szukałem piekarni, a potem przejechałem z 10 km w stronę Neapolu szukając ławki w cieniu w celu śniadaniowym. Wreszcie się znalazła, i to z widokiem!

Potem już koszmar (KOSZMAR!) jazdy przez aglomerację. Kostka, bazaltowe bloki albo asfalt tak strasznie zniszczony, że jechać szybciej niz 16 kmh się po prostu nie dawało! Do tego chaotyczny ruch i straszny hałas. Ryk silników, trąbienie, krzyki... Mimo że miałem tylko 20 km na kwaterę, to jeszcze po drodze musiałem zrobić postój!
Kwatera w ścisłym centrum. Fajnie, ale trzeba się tam przedrzeć przez tłum. I trafić też ciężko. Ale okazała się super, więc uznajmy, że warto było :-)

Dotarłem jakoś po godz. 13 (jeszcze były małe zakupy w Todisie), po czym musiałem się umyć z piachu i soli i odpocząć. Na miasto wyszedłem o 16, ale już piechotą. Długi spacer po całym szerokim centrum zajął mi kilka godzin, ale odwiedziłem wszystkie miejsca, które chciałem, oprócz tych biletowanych, które sobie zostawiam na jutro. Miasto mroczne, chotyczne, gorące i halasliwe. Robi wrażenie i piechotą da się ogarnąć, ale męczy bardzo. Wróciłem wykończony ;-)


Dzielnica hiszpańska

Galeria Umberto I

Kościół San Francesco rżniety z bazyliki ŚP i z Pantheonu


Papież futbolu wiecznie żywy w Neapolu


Wpadłem też do szynku ;-)

Na cuoppo di mare
Jeszcze krótki wypad po pizzę na kolację (zdecydowanie wolę pizza romana!) i spać.
- DST 34.02km
- Teren 1.00km
- Czas 02:07
- VAVG 16.07km/h
- VMAX 43.50km/h
- Temperatura 34.0°C
- HRmax 126
- HRavg 94
- Kalorie 619kcal
- Podjazdy 330m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze





















