Wpisy archiwalne w kategorii
Wypad
Dystans całkowity: | 44218.08 km (w terenie 1117.89 km; 2.53%) |
Czas w ruchu: | 2009:12 |
Średnia prędkość: | 22.01 km/h |
Maksymalna prędkość: | 82.50 km/h |
Suma podjazdów: | 359495 m |
Maks. tętno maksymalne: | 157 (0 %) |
Maks. tętno średnie: | 140 (0 %) |
Suma kalorii: | 15395 kcal |
Liczba aktywności: | 386 |
Średnio na aktywność: | 114.55 km i 5h 12m |
Więcej statystyk |
Sobota, 8 sierpnia 2015
Kategoria Surly-arch, Wypad
Woogezy, dz. 1
Od rana gorąco. Ruszamy z fajnego i bardzo taniego (7 EUR za 2 osoby i samochód!) kempingu w Haguenau z krótkimi zakupami (majonez!) i walimy do Niemiec. Trasa bez historii, aż do pierwszego biga, gdzie z głównej drogi zjeżdża się przy małym jeziorku. Tłumy. Dalej też sporo pieszych na typowo bigowej szosie, ale był też rejsowy autobus, który dojeżdżał na sam szczyt (!). Z góry ładne widoki.
Drugi big bez historii, tzn. nie bardzo go pamiętam ;)
Trzeci dość stromy i wymagający, zwłaszcza że na koniec dnia. Dojechaliśmy zmęczeni. Kemping beznadziejny. Kazali nam się rozbić na samym dole, a kibelek był na samej górze i bardzo stromo. Po takiej trasie męczące. Prąd tylko w łazience i do tego wrzeszczące holenderskie bachory. Jeszcze coś tam było niehalo, nie pamiętam. Za karę rano odjechaliśmy bez pożegnania :P
Haguenau - Horningsrinde - Schliffkopf - Locherbegpass - Waldkirch
Drugi big bez historii, tzn. nie bardzo go pamiętam ;)
Trzeci dość stromy i wymagający, zwłaszcza że na koniec dnia. Dojechaliśmy zmęczeni. Kemping beznadziejny. Kazali nam się rozbić na samym dole, a kibelek był na samej górze i bardzo stromo. Po takiej trasie męczące. Prąd tylko w łazience i do tego wrzeszczące holenderskie bachory. Jeszcze coś tam było niehalo, nie pamiętam. Za karę rano odjechaliśmy bez pożegnania :P
Haguenau - Horningsrinde - Schliffkopf - Locherbegpass - Waldkirch
- DST 149.61km
- Teren 0.90km
- Czas 07:39
- VAVG 19.56km/h
- VMAX 65.49km/h
- Temperatura 32.0°C
- Podjazdy 2231m
- Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 7 sierpnia 2015
Kategoria Surly-arch, Wypad
Woogezy, dz. 0
Dojazd autem, a po drodze skok na biga. Cały dzień straszny upał, a jak wysiadałem z samochodu, to zaczęło grzmieć. Na szczęście tylko w oddali i udało się obrócić biga suchym kołem. Forma słaba, bolał mnie krzyż (?)
Balingen - Lochenpass - Balingen.
Balingen - Lochenpass - Balingen.
- DST 19.38km
- Czas 00:54
- VAVG 21.53km/h
- VMAX 61.85km/h
- Temperatura 35.0°C
- Podjazdy 343m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
BC 2015, dz. 3, domknięcie
Wypad miał być czterodniowy, ale nie chciało nam się przedłużać i już dziś dociągnęliśmy do mety :P
W sumie fajnie było, nie nazbyt wytężająco, myślę, że w sam raz na ten moment sezonu (dramatycznie słabego, to fakt). A ja na koniec miałem lekkie mdłości, więc prawdopodobnie dopadł mnie udar. Widać, że już przy tych "marnych" 30 stopniach muszę bardziej uważać i ostro się chłodzić :)
W sumie fajnie było, nie nazbyt wytężająco, myślę, że w sam raz na ten moment sezonu (dramatycznie słabego, to fakt). A ja na koniec miałem lekkie mdłości, więc prawdopodobnie dopadł mnie udar. Widać, że już przy tych "marnych" 30 stopniach muszę bardziej uważać i ostro się chłodzić :)
- DST 153.41km
- Teren 2.20km
- Czas 06:15
- VAVG 24.55km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 30.0°C
- Podjazdy 404m
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
BC 2015, dz. 2, czyli wieś w której zatrzymał się wiatr ;-)
Miało chodzić o zatrzymanie się czasu (w całości drewniana Koterka), ale ze do południa właściwie nie wiało, a to większy fenomen, więc jest jak w tytule :)
Po początkowych pięknych krajobrazach między Mielnikiem a Adamowem potem dość nudna jazda i sporo piaskowo-szutrowych dróg, które N. wyklęła na czym Podlasie stoi ;)

Finisz miał być w Białowieży, ale nie znaleźliśmy noclegu, więc tylko skoczyłem po gminę ;)

Po początkowych pięknych krajobrazach między Mielnikiem a Adamowem potem dość nudna jazda i sporo piaskowo-szutrowych dróg, które N. wyklęła na czym Podlasie stoi ;)

Finisz miał być w Białowieży, ale nie znaleźliśmy noclegu, więc tylko skoczyłem po gminę ;)

- DST 115.90km
- Teren 19.00km
- Czas 05:24
- VAVG 21.46km/h
- VMAX 46.50km/h
- Temperatura 25.0°C
- Podjazdy 385m
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
BC 2015, dz. 1, czyli Nur w nurt Nurca
Było tak:
Najfajniejszym momentem dnia była przeprawa brodem przez Nurzec, bo droga się skończyła :p

Potem głównie nuda,ale na szczęście z wiatrem :-)
Najfajniejszym momentem dnia była przeprawa brodem przez Nurzec, bo droga się skończyła :p

Potem głównie nuda,ale na szczęście z wiatrem :-)
- DST 90.76km
- Teren 2.00km
- Czas 04:01
- VAVG 22.60km/h
- VMAX 50.50km/h
- Temperatura 25.0°C
- Podjazdy 399m
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Big Bang, dz. 9 - porachunkowy
20. Z Nebelhornem miałem porachunek nieuregulowany od 2009 roku. Wtedy to bowiem, podczas wyprawy Balkalpin, zmierzyłem się z nim po raz pierwszy i poległem. I mimo że później na tej samej wyprawie podjechałem Malga Palazzo, to mój żal był wciąż nieutulony. Mówiłem sobie, że miałem nieodpowiednie opony na ten żwirek co tam miejscami leży, że przy tych nachyleniach trzeba to robić na góralu z solidnymi klockami i że nic dziwnego, że poległem, ale tak naprawdę to trochę się bałem wrócić na tę rzeźnię, co tam jest. No, ale tym razem nie było odwrotu, będąc tak blisko i mogąc zabrać ze sobą dowolnie wybrany rower ze swojej stajni, nie mogłem po prostu odpuścić. Więc dziś rano zmieniłem w KTMie tylne koło (bo nie chciało mi się zmieniać samej opony :p) oraz pedały (bo ruszanie pod taką stromiznę na jednostronnych to męka, o czym przekonałem się właśnie na Maldze) i ruszyłem. Pogoda piękna, po wczorajszym deszczu nawet droga zdążyła już wyschnąć, więc nie ma przeproś: jeśli polegnę, to po prostu dlatego, że jestem za słaby.
Początek to dobra rozgrzewka: nachylenia stopniowo rosną, by wreszcie ustabilizować się w okolicach 12-18%, czasami muskając 20. Tak dojechałem na poziom 1380 m npm (start był z 850), a tam zrobiło się tak:

Podjazd na Nebelhorn
oraz tak:

Jechałem więc w tym koszmarze od zakrętu do zakrętu, bo tylko na nich droga na tyle się wypłaszczała, że dało się ruszyć z miejsca pod górę, ergo: można się było na chwilę zatrzymać. Niestety, mimo Nobby NICa z tyłu podjazd mnie trzykrotnie "zrzucił" przed zakrętami (za sprawą żwirku), więc te trzy razy musiałem podepchać po kilka metrów, bo ruszyć z tego miejsca się nie dało nawet ustawiając rower w poprzek drogi (technika, którą opracowałem na Maldze i przy której właśnie bardzo przeszkadzają jednostronne pedały). Tzn. dwa razy udało mi się tak ruszyć (w innych miejscach), ale te trzy powyższe razy już nie. Więc w sumie z 15 metrów musiałem rower podprowadzić. Czy można mimo to uznać, że podjazd mam zaliczony...? Ja uważam, że tak. Na ogólny obraz to nie ma wpływu, choć oczywiście "bardziej elegancko" byłoby podjechać każdy metr.
Dodam, że w drodze powrotnej udało mi się zmierzyć nachylenia tych miejsc, gdzie nie dałem rady ruszyć pod górę: 38%, 36% i 39%!!!
W pozostałych miejscach było już łagodniej, maksymalnie 35% :) Na przykład tuż przed tym miejscem:

Rowerzysta na Nebelhornie. W ten sposób się podjeżdża ok. 700 m w pionie
Miejscami było jednak znośniej bo ledwo 20% z (zazwyczaj dużym) hakiem, więc się spoko jechało, dysząc jak lokomotywa i często stając dla zwalczenia pieczenia w udach :) Ale było też pięknie, o:

Wijąca się droga na Nebelhorn. Szerokość: 2m, nachylenie odcinka na zdjęciu ok 17-20%
Wszystko co dobre się jednak kiedyś kończy, więc i ten podjazd skończyć się musiał. No i wreszcie się skończył, a ja - po ponad pięciu latach - dokonałem vendetty i zdobyłem drogę na Nebelhorn!! :D
Na górze wygląda to tak:

Hala pod Nebelhornem

W oddali szczyt Nebelhornu
Dalej w stronę szczytu prowadzi już tylko szutrowa droga, w mojej opinii "niewyjeżdżalna", a podjazd formalnie kończy się na 2 068 m npm i ciut powyżej tego poziomu udało mi się dojechać (końcówka zresztą szutrem, więc pewnie licznik jak zwykle nie doliczył trochę metrów i asfalt się skończył na 2 068, a ja prawdopodobnie dojechałem na ok 2 100).
Powrót to oczywiście prawie taki sam koszmar jak podjazd. Na zjazd się nie odważyłem, bo raz, że nie bardzo ufam swoim hamulcom (tarcze to zaledwie 160 mm i szybko się grzeją), a dwa, że nie miałem kasku, bo to nie ten typ wyjazdu. No i wreszcie Nobby NICa miałem tylko z tyłu, więc pewnikiem przy słabej przedniej oponie na tym żwirku bym wywinął orła i skręcił kark. Nawet zejść było trudno :/
Od 1380 oczywiście już zjazd, ale z przymusowym studzeniem hamulców. Sądząc po zapachu byłem przekonany, że spaliłem klocki (miałem przy sobie zapasowe), ale po wystudzeniu znów działały :) Studzenie udało się zorganizować w ładnym miejscu:

Oberstdorf ze zboczy Nebelhornu
A teraz oficjalnie przyznaję, że jestem z siebie dumny, a nawet nadęty jak - nie przymierzając - polscy piłkarze po wczorajszym zwycięstwie nad Niemcami :)
21. Fischen - Riedbergpass - Fischen. Dziś był dzień dużych nachyleń. Oczywiście nic w okolicy nie równa się z Nebelhornem, ale i tutaj przez większość czasu było 11-16%. Ciężko mi szło, bo zmęczenie materiału dawało się we znaki, ale poszło. A na zjeździe moje biedne klocki znów dostały w okładziny ;)
22. Bihlerdorf - Allgäuer Berghof Spitze - Bihlerdorf. I znów łatwo nie było. Nie dość, że w drugiej części podjazdu nachylenia znów 12-15%, to jeszcze skończyło mi się żarcie i zaczęło mnie odcinać. Jakoś dojechałem, ale bardzo mnie cieszyła świadomość, że to już koniec.
Podsumowując wypad: ok 430 km i ponad 10 000 m podjazdów. Nawet nie chce mi się liczyć, ile to wyjdzie, zwłaszcza jak odliczę kilometry zrobione po Monachium. A odliczę, bo one nic tu do rzeczy nie mają. Jak policzę, to tu wpiszę statystyki wypadu, ale to już nie dziś.
Dobranoc ;)
EDIT:
Podsumowanie wypadu "Big Bang":
Łączny dystans: 419,00 km
Łączny dystans w dniach górskich: 336,05 km
Łączna suma podjazdów: 9 962 m
Łączna suma podjazdów w dniach górskich: 9 857 m
Średnio podjazdów w dniach górskich: 1 971 m dziennie i 2 933 m na każde 100 km trasy (!)
22 bigi zaliczone, a łącznie w tym roku 66, co jest absolutnym rekordem (dotychczasowy rekord to 40 bigów w roku 2010). Godne zakończenie bardzo górskiego sezonu :)
Aczkolwiek do końca roku jeszcze ponad 2 miesiące, więc mam nadzieję jeszcze pobić roczny rekord podjazdów z 2009 roku. Brakuje mi jeszcze tylko 7 700 metrów :)
Początek to dobra rozgrzewka: nachylenia stopniowo rosną, by wreszcie ustabilizować się w okolicach 12-18%, czasami muskając 20. Tak dojechałem na poziom 1380 m npm (start był z 850), a tam zrobiło się tak:

Podjazd na Nebelhorn
oraz tak:

Jechałem więc w tym koszmarze od zakrętu do zakrętu, bo tylko na nich droga na tyle się wypłaszczała, że dało się ruszyć z miejsca pod górę, ergo: można się było na chwilę zatrzymać. Niestety, mimo Nobby NICa z tyłu podjazd mnie trzykrotnie "zrzucił" przed zakrętami (za sprawą żwirku), więc te trzy razy musiałem podepchać po kilka metrów, bo ruszyć z tego miejsca się nie dało nawet ustawiając rower w poprzek drogi (technika, którą opracowałem na Maldze i przy której właśnie bardzo przeszkadzają jednostronne pedały). Tzn. dwa razy udało mi się tak ruszyć (w innych miejscach), ale te trzy powyższe razy już nie. Więc w sumie z 15 metrów musiałem rower podprowadzić. Czy można mimo to uznać, że podjazd mam zaliczony...? Ja uważam, że tak. Na ogólny obraz to nie ma wpływu, choć oczywiście "bardziej elegancko" byłoby podjechać każdy metr.
Dodam, że w drodze powrotnej udało mi się zmierzyć nachylenia tych miejsc, gdzie nie dałem rady ruszyć pod górę: 38%, 36% i 39%!!!
W pozostałych miejscach było już łagodniej, maksymalnie 35% :) Na przykład tuż przed tym miejscem:

Rowerzysta na Nebelhornie. W ten sposób się podjeżdża ok. 700 m w pionie
Miejscami było jednak znośniej bo ledwo 20% z (zazwyczaj dużym) hakiem, więc się spoko jechało, dysząc jak lokomotywa i często stając dla zwalczenia pieczenia w udach :) Ale było też pięknie, o:

Wijąca się droga na Nebelhorn. Szerokość: 2m, nachylenie odcinka na zdjęciu ok 17-20%
Wszystko co dobre się jednak kiedyś kończy, więc i ten podjazd skończyć się musiał. No i wreszcie się skończył, a ja - po ponad pięciu latach - dokonałem vendetty i zdobyłem drogę na Nebelhorn!! :D
Na górze wygląda to tak:

Hala pod Nebelhornem

W oddali szczyt Nebelhornu
Dalej w stronę szczytu prowadzi już tylko szutrowa droga, w mojej opinii "niewyjeżdżalna", a podjazd formalnie kończy się na 2 068 m npm i ciut powyżej tego poziomu udało mi się dojechać (końcówka zresztą szutrem, więc pewnie licznik jak zwykle nie doliczył trochę metrów i asfalt się skończył na 2 068, a ja prawdopodobnie dojechałem na ok 2 100).
Powrót to oczywiście prawie taki sam koszmar jak podjazd. Na zjazd się nie odważyłem, bo raz, że nie bardzo ufam swoim hamulcom (tarcze to zaledwie 160 mm i szybko się grzeją), a dwa, że nie miałem kasku, bo to nie ten typ wyjazdu. No i wreszcie Nobby NICa miałem tylko z tyłu, więc pewnikiem przy słabej przedniej oponie na tym żwirku bym wywinął orła i skręcił kark. Nawet zejść było trudno :/
Od 1380 oczywiście już zjazd, ale z przymusowym studzeniem hamulców. Sądząc po zapachu byłem przekonany, że spaliłem klocki (miałem przy sobie zapasowe), ale po wystudzeniu znów działały :) Studzenie udało się zorganizować w ładnym miejscu:

Oberstdorf ze zboczy Nebelhornu
A teraz oficjalnie przyznaję, że jestem z siebie dumny, a nawet nadęty jak - nie przymierzając - polscy piłkarze po wczorajszym zwycięstwie nad Niemcami :)
21. Fischen - Riedbergpass - Fischen. Dziś był dzień dużych nachyleń. Oczywiście nic w okolicy nie równa się z Nebelhornem, ale i tutaj przez większość czasu było 11-16%. Ciężko mi szło, bo zmęczenie materiału dawało się we znaki, ale poszło. A na zjeździe moje biedne klocki znów dostały w okładziny ;)
22. Bihlerdorf - Allgäuer Berghof Spitze - Bihlerdorf. I znów łatwo nie było. Nie dość, że w drugiej części podjazdu nachylenia znów 12-15%, to jeszcze skończyło mi się żarcie i zaczęło mnie odcinać. Jakoś dojechałem, ale bardzo mnie cieszyła świadomość, że to już koniec.
Podsumowując wypad: ok 430 km i ponad 10 000 m podjazdów. Nawet nie chce mi się liczyć, ile to wyjdzie, zwłaszcza jak odliczę kilometry zrobione po Monachium. A odliczę, bo one nic tu do rzeczy nie mają. Jak policzę, to tu wpiszę statystyki wypadu, ale to już nie dziś.
Dobranoc ;)
EDIT:
Podsumowanie wypadu "Big Bang":
Łączny dystans: 419,00 km
Łączny dystans w dniach górskich: 336,05 km
Łączna suma podjazdów: 9 962 m
Łączna suma podjazdów w dniach górskich: 9 857 m
Średnio podjazdów w dniach górskich: 1 971 m dziennie i 2 933 m na każde 100 km trasy (!)
22 bigi zaliczone, a łącznie w tym roku 66, co jest absolutnym rekordem (dotychczasowy rekord to 40 bigów w roku 2010). Godne zakończenie bardzo górskiego sezonu :)
Aczkolwiek do końca roku jeszcze ponad 2 miesiące, więc mam nadzieję jeszcze pobić roczny rekord podjazdów z 2009 roku. Brakuje mi jeszcze tylko 7 700 metrów :)
- DST 49.10km
- Teren 1.00km
- Czas 04:24
- VAVG 11.16km/h
- VMAX 53.00km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 2235m
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Big Bang, dz. 8 - rekordowy
Po tygodniu odpoczynku, tzn. pracy, powrót na bigów łono.
14. Aurach - Spitzingsattel - Aurach. Poza całkowicie płaskim początkiem trzymał 9-11%. Solidny, choć krótki. Nie wiedzieć czemu bolały mnie nogi, niepokojące.
15. Bayerischzell - Sudelfeld - Bayerischzell. Dość łatwy, z miejscami za 9%, ale bez szaleństw. Za to zrobiła się przepiękna pogoda, wreszcie dobra przejrzystość powietrza i alpejskie widoki! :) Ból nóg zniknął :)

Bayerischzedll widziane spod Sudelfeld

Jakaś góra nad Sudelfeld ;)
16. Rottach-Egern - Wallbergstrasse (tak się nazywa big) i z powrotem. Znów solidny choć krótki. Rzadko poniżej 9% schodził, a doszedł i do 13. Tu pogoda już słabsza, trochę się zaczęło chmurzyć
17. Kochel am See - Kesselbergstraße - Kochel am See. Na dojeździe kropiło, na podjeździe trochę też, ale ogólnie mi się upiekło. Chociaż widoki się niestety skończyły ;) Big krótki i łatwiutki (góra 8% przez chwilę).
18. Ehrwald - Ehrwalderalm - Ehrwald. Mała rzeźnia. Poza samym początkiem najmniejszym wymiarem kary (nachyleniem odpoczynkowym) było 10%, dominowało 13-15, a doszło parę razy i do 17%. Przy tym był to najdłuższy z dzisiejszych podjazdów, bo 550 metrów pod górę. Nieźle mnie wymęczył, ale może to i dobrze, że poczułem ten smak, bo jutro czeka mnie coś ZNACZNIE gorszego ;)
Pogoda się ustabilizowała na poziomie pochmurnym bez deszczu :)

Zugspitze (najwyższy szczyt Niemiec) widziane z Ehrwalderalm

Ehrwalderalm
19. Bichlbach - Berwang - Bichbach. Znów krótki, ale dość solidny, rzadko było mniej niż 8%, a doszło i do 13.
Dzień rekordowy, bo po raz pierwszy w życiu zrobiłem 6 bigów jednego dnia :)
Aha, a gdy jechałem przez okolice kilku jezior (Tegernsee, Spitzingsee i tak dalej), to pod koniec stała tabliczka "Auf Wiedersehen", a powinna stać "Auf Wiedeseen". A w górach Harzu powinna stać "Harzlich willkommen", ale nie stała :(
PS. A na deser... pierwsze w historii zwycięstwo Polaków na Niemcami w piłce nożnej!! :D :D :D
Ciekawe, jak - będąc w Niemczech - przeżyję jutrzejszy poranek. Bo teraz to jestem zabarykadowany w pokoju w pensjonacie, ale rano...? Zwłaszcza, że pod górę zawsze jeżdżę w bandanie (żeby się pot do oczu nie lał), a bandana ma na czole wielki napis POLSKA ;)
14. Aurach - Spitzingsattel - Aurach. Poza całkowicie płaskim początkiem trzymał 9-11%. Solidny, choć krótki. Nie wiedzieć czemu bolały mnie nogi, niepokojące.
15. Bayerischzell - Sudelfeld - Bayerischzell. Dość łatwy, z miejscami za 9%, ale bez szaleństw. Za to zrobiła się przepiękna pogoda, wreszcie dobra przejrzystość powietrza i alpejskie widoki! :) Ból nóg zniknął :)

Bayerischzedll widziane spod Sudelfeld

Jakaś góra nad Sudelfeld ;)
16. Rottach-Egern - Wallbergstrasse (tak się nazywa big) i z powrotem. Znów solidny choć krótki. Rzadko poniżej 9% schodził, a doszedł i do 13. Tu pogoda już słabsza, trochę się zaczęło chmurzyć
17. Kochel am See - Kesselbergstraße - Kochel am See. Na dojeździe kropiło, na podjeździe trochę też, ale ogólnie mi się upiekło. Chociaż widoki się niestety skończyły ;) Big krótki i łatwiutki (góra 8% przez chwilę).
18. Ehrwald - Ehrwalderalm - Ehrwald. Mała rzeźnia. Poza samym początkiem najmniejszym wymiarem kary (nachyleniem odpoczynkowym) było 10%, dominowało 13-15, a doszło parę razy i do 17%. Przy tym był to najdłuższy z dzisiejszych podjazdów, bo 550 metrów pod górę. Nieźle mnie wymęczył, ale może to i dobrze, że poczułem ten smak, bo jutro czeka mnie coś ZNACZNIE gorszego ;)
Pogoda się ustabilizowała na poziomie pochmurnym bez deszczu :)

Zugspitze (najwyższy szczyt Niemiec) widziane z Ehrwalderalm

Ehrwalderalm
19. Bichlbach - Berwang - Bichbach. Znów krótki, ale dość solidny, rzadko było mniej niż 8%, a doszło i do 13.
Dzień rekordowy, bo po raz pierwszy w życiu zrobiłem 6 bigów jednego dnia :)
Aha, a gdy jechałem przez okolice kilku jezior (Tegernsee, Spitzingsee i tak dalej), to pod koniec stała tabliczka "Auf Wiedersehen", a powinna stać "Auf Wiedeseen". A w górach Harzu powinna stać "Harzlich willkommen", ale nie stała :(
PS. A na deser... pierwsze w historii zwycięstwo Polaków na Niemcami w piłce nożnej!! :D :D :D
Ciekawe, jak - będąc w Niemczech - przeżyję jutrzejszy poranek. Bo teraz to jestem zabarykadowany w pokoju w pensjonacie, ale rano...? Zwłaszcza, że pod górę zawsze jeżdżę w bandanie (żeby się pot do oczu nie lał), a bandana ma na czole wielki napis POLSKA ;)
- DST 68.10km
- Teren 1.00km
- Czas 03:41
- VAVG 18.49km/h
- VMAX 69.00km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 2075m
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Big Bang, dz. 7 - rozgrzewkowy
Rano służbowo (niestety sfrajerowałem się i nie wpadłem na to, by pojechać rowerem, bo nie wiedziałem, gdzie to jest) na zwiedzanie mochanijskiej fabryki ciężarówek MAN. Najfajniejsza była ta - z 1910 roku :)

Po południu przejażdżka, bo chciałem zobaczyć Allianz Arenę za dnia. Po ciemku, oświetlona, zrobiła na mnie duże wrażenie, jak przejeżdżałem autem w poniedziałek. Jednak za dnia to nic szczególnego. Potem wyjechałem za miasto, jakoś tak na północ, przejechałem kawałek na zachód i wróciłem przez centrum. Więc w sumie taka "ćwiartka wokół Monachium". No okropnie nudne jest to miasto i jego okolica. Śmiertelnie! Nawet jak jest z górki czy pod górkę to tak niewiarygodnie łagodnie, że całkowicie tego nie zauważałem, dopóki nie poświęciłem temu całej uwagi. Masakra! ;)
Za to pogoda fantastyczna! Niemcy mówią, że to się nazywa Fen ;)

Po południu przejażdżka, bo chciałem zobaczyć Allianz Arenę za dnia. Po ciemku, oświetlona, zrobiła na mnie duże wrażenie, jak przejeżdżałem autem w poniedziałek. Jednak za dnia to nic szczególnego. Potem wyjechałem za miasto, jakoś tak na północ, przejechałem kawałek na zachód i wróciłem przez centrum. Więc w sumie taka "ćwiartka wokół Monachium". No okropnie nudne jest to miasto i jego okolica. Śmiertelnie! Nawet jak jest z górki czy pod górkę to tak niewiarygodnie łagodnie, że całkowicie tego nie zauważałem, dopóki nie poświęciłem temu całej uwagi. Masakra! ;)
Za to pogoda fantastyczna! Niemcy mówią, że to się nazywa Fen ;)
- DST 40.42km
- Teren 2.70km
- Czas 01:42
- VAVG 23.78km/h
- VMAX 36.00km/h
- Temperatura 23.0°C
- Podjazdy 56m
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Big Bang, dz. 3
10. Steinbach - Donnersberg - Steinbach. Okazało się, że podjazd prowadzi tuż obok hotelu, w którym spałem, więc mogłem nie ruszać auta rano, ale tak to jest, jak się nie ma mapy, tylko GPS, którego polecenia się jak owca w stadzie posłusznie spełnia ;) Sam big niezbyt trudny, choć w końcówce ponad 10%. Pogoda od rana kiepska, mżawka i mgła, aczkolwiek na szczęście w miarę ciepło (10 st.)
11. Annweiler - Trifels - Annweiler. Dojazd mnie dobił, bo na drodze był olbrzymi objazd i prawie się zgubiłem wśród nawoływań Krzysztofa H., bym koniecznie zawrócił na drogę, która przecież była zamknięta :P Nadłożyłem chyba z 50 km, ale wreszcie dotarłem do Annweilera i warto było, bo poprawiła się pogoda, a sam big nietrudny, a za to widokowy. Z daleka niezbyt, bo słaba przejrzystość powietrza, ale na samym szczycie był ładny zamek wbudowany w niesamowitą skałę. Godne lepszego aparatu niż w komórce, ale co zrobić ;)

Skała

Drzewo

Zamek
Perfect ;)
12. Neckargerach - Lauerskreuz - Schollbrunn - Oberdielbach - Waldkatzenbach - Katzenbuckel i z powrotem. Tym razem całe szczęście, że miałem Krzysia H., bo w życiu bym nie trafił. Tak skomplikowanego orientacyjnie biga chyba jeszcze nie robiłem ;) Sam podjazd łatwy, a na szczycie fajna wieża widokowa, ale niestety przejrzystość powietrza nadal marna, więc widoki słabe.
Zdjęcia z wieży na Katzenbuckel:




13. Gerolfingen - Hesselberg - Gerolfingen. Daleko od poprzednich i już mocno w stronę Monachium, więc dotarłem tam o zmroku. Podjazd w szarówce, zjazd po ciemku. Stork jak zwykle dał czadu. Poza tym bez historii, bo big łatwiutki :)
Wreszcie o 22 docieram do Monachium. Teraz kilka dni restowych, tzn. służbowych ;)
11. Annweiler - Trifels - Annweiler. Dojazd mnie dobił, bo na drodze był olbrzymi objazd i prawie się zgubiłem wśród nawoływań Krzysztofa H., bym koniecznie zawrócił na drogę, która przecież była zamknięta :P Nadłożyłem chyba z 50 km, ale wreszcie dotarłem do Annweilera i warto było, bo poprawiła się pogoda, a sam big nietrudny, a za to widokowy. Z daleka niezbyt, bo słaba przejrzystość powietrza, ale na samym szczycie był ładny zamek wbudowany w niesamowitą skałę. Godne lepszego aparatu niż w komórce, ale co zrobić ;)

Skała

Drzewo

Zamek
Perfect ;)
12. Neckargerach - Lauerskreuz - Schollbrunn - Oberdielbach - Waldkatzenbach - Katzenbuckel i z powrotem. Tym razem całe szczęście, że miałem Krzysia H., bo w życiu bym nie trafił. Tak skomplikowanego orientacyjnie biga chyba jeszcze nie robiłem ;) Sam podjazd łatwy, a na szczycie fajna wieża widokowa, ale niestety przejrzystość powietrza nadal marna, więc widoki słabe.
Zdjęcia z wieży na Katzenbuckel:




13. Gerolfingen - Hesselberg - Gerolfingen. Daleko od poprzednich i już mocno w stronę Monachium, więc dotarłem tam o zmroku. Podjazd w szarówce, zjazd po ciemku. Stork jak zwykle dał czadu. Poza tym bez historii, bo big łatwiutki :)
Wreszcie o 22 docieram do Monachium. Teraz kilka dni restowych, tzn. służbowych ;)
- DST 62.22km
- Teren 3.00km
- Czas 03:13
- VAVG 19.34km/h
- VMAX 66.50km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 1609m
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze
Big Bang, dz. 2
6. Poppenhausen - Wasserkuppe i z powrotem. Zimno i mgliście, na górze dość silny wiatr. Ale big dość łatwy.
7. Ilbeshausen-Hochwaldhausen - Hoherodskopf. Znów błędnie podane współrzędne na stronie bigów, ale tym razem pomyłka niewielka, najwyżej można wcześniej skończyć podjazd, nie docierając do szczytu, który zresztą nie bardzo jest po co odwiedzać - jeden wielki parking.
8. Schmitten - Großer Feldberg - Schmitten. Nic szczególnego, a na górze znów parking :P No dobra, kilku chłopaków na przepięknych fullach też było :)
9. Wiesbaden - Hohe Wurzel - Wiesbaden. Solidne nachylenia, przez większość czasu 9-11%. A na górze... kompletnie nic! :) Znaczy przy szosie był niewielki parking (a jakże!), ale na samym szczycie środek niczego (i lasu) i pustka :)
Tym razem nocleg znalazł się nieco łatwiej (choć kilka odmów najpierw dostałem), więc wreszcie można trochę odpocząć :)
7. Ilbeshausen-Hochwaldhausen - Hoherodskopf. Znów błędnie podane współrzędne na stronie bigów, ale tym razem pomyłka niewielka, najwyżej można wcześniej skończyć podjazd, nie docierając do szczytu, który zresztą nie bardzo jest po co odwiedzać - jeden wielki parking.
8. Schmitten - Großer Feldberg - Schmitten. Nic szczególnego, a na górze znów parking :P No dobra, kilku chłopaków na przepięknych fullach też było :)
9. Wiesbaden - Hohe Wurzel - Wiesbaden. Solidne nachylenia, przez większość czasu 9-11%. A na górze... kompletnie nic! :) Znaczy przy szosie był niewielki parking (a jakże!), ale na samym szczycie środek niczego (i lasu) i pustka :)
Tym razem nocleg znalazł się nieco łatwiej (choć kilka odmów najpierw dostałem), więc wreszcie można trochę odpocząć :)
- DST 65.07km
- Czas 03:09
- VAVG 20.66km/h
- VMAX 61.50km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 1719m
- Sprzęt KTM
- Aktywność Jazda na rowerze