Roam2Rome&Beyond, dz. 16
Ciężki dzień, zwłaszcza mentalnie mnie dojechał.
Ruszam przed 9, bo dziś dlugi dzień i patrzę, a czujnik tętna nie działa. Bateria padła. Spoko, mam przy sobie, wymienię. No tak, ale... nie mam malutkiego torxa potrzebnego do odkręcenia klapki baterii. Fuck. Nożem nie pójdzie, już próbowałem kiedyś. No to spróbuję po drodze pożyczyć, tak? Na szczęście jest miasteczko Battipaglia, a w nim cztery ferramenty (sklepy żelazne). Robię marszrutę i jadę.
Niełatwo trafić. W pierwszej ferramencie szukają i szukają, w końcu się poddają. W drugiej starszy pan twierdzi, że to krzyżowa śruba i próbuje odkręcać krzyżowym śrubokrętem! Niemal mu wyrywam, zanim zniszczy śrubę.
W trzeciej w ogóle nie mają narzędzi, tylko farby. W czwartej wreszcie kompetentny sprzedawca, który wie, co to jest torx i wie, że ma małe rozmiary. Pytanie tylko czy wystarczająco małe. Przynosi kilka i próbujemy. Drugi pasuje! Jest! Bateria wymieniona, czujnik działa. Dzięki tysiąc! :-)
No to godzina w plecy. Teraz Lidl w Eboli, bo jeszcze dziś nic nie jadłem (nic nie mam). Zakupy plus jedzenie i kolejna godzina. Niby przejechałem już 20km, ale czuję się, jakbym dopiero ruszał w trasę. A jest godzina 11. I upał. I dotychczas było płasko, a teraz zaczynają się góry :-D
No to jadę. Pierwszy podjazd ze 400 metrów, nachylenia dla ludzi. Spoko. Na górze sklepik, gdzie kupuję zimną colę, ale przez pomyłkę zero. Bleh! Piję, ale zero to jest głównie przyjemności z tego. Nie ma natomiast wody z kranu. Mam jeszcze trochę i sporo soku, więc to ignoruję. Błąd, jak się potem okaże.
Potem zjazd tyle samo, co było podjazdu i od początku, tylko teraz czesko zboczem doliny z ładnymi widokami na autostradę.

Jadę i jadę. Gorąco jak w piekle i odludzie. I nigdzie nie ma wody. Zaczynam pić nierozcieńczony sok, a wody nadal nie ma. Oj, trzeba było w sklepie poprosić z kranu! Jadę. I jadę. Wreszcie jest miasteczko, a nim fontanna. Napotkana pani twierdzi, że woda jest pitna. Więc piję. I piję. A potem włażę do fontanny po uda. I piję. I piję. Uff, będę żył...

Dalej jest dla odmiany pod górę. I daleko jeszcze. Stwierdzam, że dzik za Potenzą, który planowałem, to kiepski pomysł, bo chciałbym zobaczyć miasto, a jeśli mam wyjechać za nie z 10 km, to nie będzie czasu. Biorę więc booking w Albergo Miramonti. To w centrum. 150m wyżej niż moja trasa. Wiem, że będę tego żałował, ale biorę :-P
Wreszcie jest przełęcz, a z niej czeski zjazd do Potenzy. Ze 20 kilometrów! Ale jadę. Wreszcie dojeżdżam. W mieście korek pod górę, więc się intensywnie inhaluję spalinami. Mniam! Potem jeszcze Eurospin i już mogę jechać do centrum. No to jadę.
Że co, kurwa?! Że tędy? Na dzień dobry 15%! Potem już łagodniej, ale cały czas pod górę. Mapy Google prowadzą schodami. Wow! I pod górę. I pod górę. Wreszcie jest główna ulica na samym szczycie, a potem leciutki zjazd i znak na mój hotel... schodami w dół. Kurwa. Objeżdżam, ale to nie hop siup. Najpierw zjazd 15%, a potem podjazd 18%, kurwa! Uch!

Ale wreszcie jest Albergo Miramonti. Wreszcie! Jeszcze tylko wnieść rower po długich schodach na parter (!!) i jestem. Hurra!
Oficjalnie stwierdzam, że Potenza to najbardziej górzyste miasto, w którym byłem. Nawet te, które są na bigach nie są aż takie. Nawet Perugia! Szacun.
Pokój fajny, z lodówką i balkonem. Wywalczam też czajnik. Jest dopsz. Jeszcze idę coś zjeść na miasto (lokalne danie: makaron w oliwie, z caciocavallo, suszoną papryką i bułką tartą, bez szału) i krótki spacer po centrum. Też bez szału. Ogólnie dzień bez szału mi wyszedł :-P


Ruszam przed 9, bo dziś dlugi dzień i patrzę, a czujnik tętna nie działa. Bateria padła. Spoko, mam przy sobie, wymienię. No tak, ale... nie mam malutkiego torxa potrzebnego do odkręcenia klapki baterii. Fuck. Nożem nie pójdzie, już próbowałem kiedyś. No to spróbuję po drodze pożyczyć, tak? Na szczęście jest miasteczko Battipaglia, a w nim cztery ferramenty (sklepy żelazne). Robię marszrutę i jadę.
Niełatwo trafić. W pierwszej ferramencie szukają i szukają, w końcu się poddają. W drugiej starszy pan twierdzi, że to krzyżowa śruba i próbuje odkręcać krzyżowym śrubokrętem! Niemal mu wyrywam, zanim zniszczy śrubę.
W trzeciej w ogóle nie mają narzędzi, tylko farby. W czwartej wreszcie kompetentny sprzedawca, który wie, co to jest torx i wie, że ma małe rozmiary. Pytanie tylko czy wystarczająco małe. Przynosi kilka i próbujemy. Drugi pasuje! Jest! Bateria wymieniona, czujnik działa. Dzięki tysiąc! :-)
No to godzina w plecy. Teraz Lidl w Eboli, bo jeszcze dziś nic nie jadłem (nic nie mam). Zakupy plus jedzenie i kolejna godzina. Niby przejechałem już 20km, ale czuję się, jakbym dopiero ruszał w trasę. A jest godzina 11. I upał. I dotychczas było płasko, a teraz zaczynają się góry :-D
No to jadę. Pierwszy podjazd ze 400 metrów, nachylenia dla ludzi. Spoko. Na górze sklepik, gdzie kupuję zimną colę, ale przez pomyłkę zero. Bleh! Piję, ale zero to jest głównie przyjemności z tego. Nie ma natomiast wody z kranu. Mam jeszcze trochę i sporo soku, więc to ignoruję. Błąd, jak się potem okaże.
Potem zjazd tyle samo, co było podjazdu i od początku, tylko teraz czesko zboczem doliny z ładnymi widokami na autostradę.

Jadę i jadę. Gorąco jak w piekle i odludzie. I nigdzie nie ma wody. Zaczynam pić nierozcieńczony sok, a wody nadal nie ma. Oj, trzeba było w sklepie poprosić z kranu! Jadę. I jadę. Wreszcie jest miasteczko, a nim fontanna. Napotkana pani twierdzi, że woda jest pitna. Więc piję. I piję. A potem włażę do fontanny po uda. I piję. I piję. Uff, będę żył...

Dalej jest dla odmiany pod górę. I daleko jeszcze. Stwierdzam, że dzik za Potenzą, który planowałem, to kiepski pomysł, bo chciałbym zobaczyć miasto, a jeśli mam wyjechać za nie z 10 km, to nie będzie czasu. Biorę więc booking w Albergo Miramonti. To w centrum. 150m wyżej niż moja trasa. Wiem, że będę tego żałował, ale biorę :-P
Wreszcie jest przełęcz, a z niej czeski zjazd do Potenzy. Ze 20 kilometrów! Ale jadę. Wreszcie dojeżdżam. W mieście korek pod górę, więc się intensywnie inhaluję spalinami. Mniam! Potem jeszcze Eurospin i już mogę jechać do centrum. No to jadę.
Że co, kurwa?! Że tędy? Na dzień dobry 15%! Potem już łagodniej, ale cały czas pod górę. Mapy Google prowadzą schodami. Wow! I pod górę. I pod górę. Wreszcie jest główna ulica na samym szczycie, a potem leciutki zjazd i znak na mój hotel... schodami w dół. Kurwa. Objeżdżam, ale to nie hop siup. Najpierw zjazd 15%, a potem podjazd 18%, kurwa! Uch!

Ale wreszcie jest Albergo Miramonti. Wreszcie! Jeszcze tylko wnieść rower po długich schodach na parter (!!) i jestem. Hurra!
Oficjalnie stwierdzam, że Potenza to najbardziej górzyste miasto, w którym byłem. Nawet te, które są na bigach nie są aż takie. Nawet Perugia! Szacun.
Pokój fajny, z lodówką i balkonem. Wywalczam też czajnik. Jest dopsz. Jeszcze idę coś zjeść na miasto (lokalne danie: makaron w oliwie, z caciocavallo, suszoną papryką i bułką tartą, bez szału) i krótki spacer po centrum. Też bez szału. Ogólnie dzień bez szału mi wyszedł :-P


- DST 113.43km
- Czas 06:21
- VAVG 17.86km/h
- VMAX 67.30km/h
- Temperatura 34.0°C
- HRmax 136
- HRavg 112
- Kalorie 3134kcal
- Podjazdy 2185m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!





















