Roam2Rome&Beyond, dz. 17
Jakoś lenia miałem rano i mimo że spod dachu, to start dopiero o 9:20. Wyszukałem sobie trasę, żeby na pewno nie było pod górę przez miasto i heja. Jeszcze piekarnia i zjeżdżam do głównej. Po kilku kilometrach jest. A tu zonk. Zakaz rowerów! A to jedyna droga :-/ Trudno, jadę. Szybko. Ale nie dość szybko. Po kilku kilometrach widzę pod kawiarnią auto carabinierów. Mijam, jadę, ale już czuję, że nie jest dopsz. Po chwili mnie doganiają i trąbią. Zjeżdżam. Gadamy.
Są bardzo mili, ale stanowczy. Nie mogę tu być, bo jest niebezpiecznie. Nie i już. To jak mam jechać do Castelmezzano? Nie ma innej drogi. Hmm, no nie ma. Dobra, to cię odeskortujemy do zjazdu, skąd już jest alternatywa. Do Trivigno. I faktycznie jechali za mną ponad 10 km, aż miałem dokąd zjechać! I nawet mandatu nie wlepili, tylko pomachali na pożegnanie! :-D
Dalej już boczną. Najpierw wzdłuż głównej (tylko czesko), a potem już rzeźnicki podjazd. Poza jednym wyplaszczeniem ciągłe 12-13%! I tak prawie 600m pod górę. Sztos!
Ale powiedzmy, że było warto, bo Castelmezzano położne niesamowicie! Dolomiti di Lucania w pełnej krasie!

Postój, spacer, fotki, cola (tym razem już nie zero) i zjazd. A tu zonk, bo droga zamknięta. Powrót tą samą? Wykluczony. Po pierwsze sporo już zjechałem, w tym ze 25% po bruku. Po wtore, dalej znów nie ma alternatywy i musiałbym więcej jechać główną na zakazie. Trudno, zjeżdżam.
Droga uszkodzona, ale przejezdna. Przypomina mi się wymarła dolina Roghudi w Calabrii. Jadę. Osuwisko, błoto, potrzaskany asfalt. Jadę. Kluczowe pytanie: czy któryś most nie jest zerwany... Jeszcze kilka kilometrów i docieram do większej drogi w dół. Uff, przebiłem się!
Teraz lancz, zakładam lampki (tunele!) i w pedał na zakazaną krajówkę. Postanawiam przelecieć jak najszybciej, więc na odcinku 18 km robię średnią 36,5. Ale jest lekko w dół i z grubsza z wiatrem, więc to nie takie znów osiągnięcie.
Na zjeździe staję w barze na colę, bo jest już 37 stopni. Teraz 150m podjazdu, a potem czechy. To jadę. Spoko jest, bo się chmurzy. Mocno chmurzy. Na szczycie zaczyna kropić. Na zjeździe zaczyna lać. Po chwili jest i burza. Ale wiatr nadal z grubsza w plecy, a temperatura spadła do 22, więc jedzie się FANTASTYCZNIE! :-D
Przelatuję w deszczu ok 20 km, po czym staję na przystanku i oceniam sytuację. Miałem spać w Laterza, ale booking, który wyszukałem, znikł. Dzik jest możliwy, ale straszne odludzie i nie widzę, skąd miałbym wziąć wodę. Znajduję inny booking, trochę wcześniej, ale się nada. I cena swietna, 38! Rezerwuję i jadę. Zostalo ok 25 km.


Po drodze nadal wielkie puste przestrzenie. Pagórkowato i niby rolniczo, ale ludzi zero. I wody też. Mijam wprawdzie spore jezioro, ale nie ma dostępu, a woda raczej nie jest pitna. Więc chyba dobrze, że wziąłem kwaterę. Po drodze znów kropi, więc fajnie się jedzie. Zaledwie 27 stopni, przyjemnie :-)
Na koniec jest agriturismo. W środku niczego i... w obronnym dworze z XVI wieku! Czad! :-D
W pokoju wprawdzie gorąco, ale za takie wnętrza i zewnętrza chyba warto się przemęczyć ;-)




Wreszcie fajny dzień! :-)
Są bardzo mili, ale stanowczy. Nie mogę tu być, bo jest niebezpiecznie. Nie i już. To jak mam jechać do Castelmezzano? Nie ma innej drogi. Hmm, no nie ma. Dobra, to cię odeskortujemy do zjazdu, skąd już jest alternatywa. Do Trivigno. I faktycznie jechali za mną ponad 10 km, aż miałem dokąd zjechać! I nawet mandatu nie wlepili, tylko pomachali na pożegnanie! :-D
Dalej już boczną. Najpierw wzdłuż głównej (tylko czesko), a potem już rzeźnicki podjazd. Poza jednym wyplaszczeniem ciągłe 12-13%! I tak prawie 600m pod górę. Sztos!
Ale powiedzmy, że było warto, bo Castelmezzano położne niesamowicie! Dolomiti di Lucania w pełnej krasie!

Postój, spacer, fotki, cola (tym razem już nie zero) i zjazd. A tu zonk, bo droga zamknięta. Powrót tą samą? Wykluczony. Po pierwsze sporo już zjechałem, w tym ze 25% po bruku. Po wtore, dalej znów nie ma alternatywy i musiałbym więcej jechać główną na zakazie. Trudno, zjeżdżam.
Droga uszkodzona, ale przejezdna. Przypomina mi się wymarła dolina Roghudi w Calabrii. Jadę. Osuwisko, błoto, potrzaskany asfalt. Jadę. Kluczowe pytanie: czy któryś most nie jest zerwany... Jeszcze kilka kilometrów i docieram do większej drogi w dół. Uff, przebiłem się!
Teraz lancz, zakładam lampki (tunele!) i w pedał na zakazaną krajówkę. Postanawiam przelecieć jak najszybciej, więc na odcinku 18 km robię średnią 36,5. Ale jest lekko w dół i z grubsza z wiatrem, więc to nie takie znów osiągnięcie.
Na zjeździe staję w barze na colę, bo jest już 37 stopni. Teraz 150m podjazdu, a potem czechy. To jadę. Spoko jest, bo się chmurzy. Mocno chmurzy. Na szczycie zaczyna kropić. Na zjeździe zaczyna lać. Po chwili jest i burza. Ale wiatr nadal z grubsza w plecy, a temperatura spadła do 22, więc jedzie się FANTASTYCZNIE! :-D
Przelatuję w deszczu ok 20 km, po czym staję na przystanku i oceniam sytuację. Miałem spać w Laterza, ale booking, który wyszukałem, znikł. Dzik jest możliwy, ale straszne odludzie i nie widzę, skąd miałbym wziąć wodę. Znajduję inny booking, trochę wcześniej, ale się nada. I cena swietna, 38! Rezerwuję i jadę. Zostalo ok 25 km.


Po drodze nadal wielkie puste przestrzenie. Pagórkowato i niby rolniczo, ale ludzi zero. I wody też. Mijam wprawdzie spore jezioro, ale nie ma dostępu, a woda raczej nie jest pitna. Więc chyba dobrze, że wziąłem kwaterę. Po drodze znów kropi, więc fajnie się jedzie. Zaledwie 27 stopni, przyjemnie :-)
Na koniec jest agriturismo. W środku niczego i... w obronnym dworze z XVI wieku! Czad! :-D
W pokoju wprawdzie gorąco, ale za takie wnętrza i zewnętrza chyba warto się przemęczyć ;-)




Wreszcie fajny dzień! :-)
- DST 119.81km
- Teren 1.00km
- Czas 05:07
- VAVG 23.42km/h
- VMAX 56.40km/h
- Temperatura 29.0°C
- HRmax 141
- HRavg 108
- Kalorie 2339kcal
- Podjazdy 1184m
- Sprzęt Flinta
- Aktywność Jazda na rowerze
Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!





















