Piątek, 24 września 2010
Kategoria Surly-arch, Wypad
Mazury - dzień 7.
Po wczorajszym rekordzie N. znów bolało kolano, a mnie dopadł straszliwy leń, wię zamiast robić małą wycieczkę postanowiliśmy nie ruszać się wcale :P
W końcu się jednak złamaliśmy i pojechaliśmy do "Suwałki Plaza" na zakupy :P
Ogólnie wypocząłem jak rzadko! :)
W końcu się jednak złamaliśmy i pojechaliśmy do "Suwałki Plaza" na zakupy :P
Ogólnie wypocząłem jak rzadko! :)
- DST 25.98km
- Czas 01:19
- VAVG 19.73km/h
- VMAX 46.61km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 139m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 23 września 2010
Kategoria Surly-arch, Wypad
Mazury - dzień 6.
Trygort - Węgorzewo - Gołdap - Stańczyki - Suwałki - Stary Folwark.
Wziąłem sam cały bagaż i dobrze,bo ciężki dzień dziś był. Strome choć krótkie pagórki i wredny, przodoboczny wiatr.
A N. Kolejny raz poprawiła rekord życiowy :)
Poza tym były faktycznie niesamowite mosty w Stańczykach i sympatyczny skwer w centrum Gołdapi, gdzie zjedliśmy drugie śniadanie. No i wreszcie było ciepło - do 19 stopni. To jednak przyjemne okolice, te Mazury i Podlasie ;)
Nocleg na znanej mi sprzed 1,5 roku bardzo sympatycznej kwaterze w Starym Folwarku koło Suwałk. Niestety, również zimno! Widać po sezonie nie opłaca się grzać ;)
Wziąłem sam cały bagaż i dobrze,bo ciężki dzień dziś był. Strome choć krótkie pagórki i wredny, przodoboczny wiatr.
A N. Kolejny raz poprawiła rekord życiowy :)
Poza tym były faktycznie niesamowite mosty w Stańczykach i sympatyczny skwer w centrum Gołdapi, gdzie zjedliśmy drugie śniadanie. No i wreszcie było ciepło - do 19 stopni. To jednak przyjemne okolice, te Mazury i Podlasie ;)
Nocleg na znanej mi sprzed 1,5 roku bardzo sympatycznej kwaterze w Starym Folwarku koło Suwałk. Niestety, również zimno! Widać po sezonie nie opłaca się grzać ;)
- DST 140.45km
- Teren 3.50km
- Czas 06:55
- VAVG 20.31km/h
- VMAX 43.61km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 893m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 22 września 2010
Kategoria Surly-arch, Wypad
Mazury - dzień 5.
Trygort - Mamerki - Sztynort - Ogonki - Węgorzewo - Trygort
Rano może nie byliśmy zziębnięci, ale tylko dzięki dwóm kołdrom użytym na raz, natomiast wstanie z łóżka i wydmuchanie nosa były... trudne. W pokoju było bodaj 9 stopni. Zeszło nam więc nielicho.
Pogoda jednak okazała się być dobrą, więc postanowiliśmy ruszyć na zaplanowany dzień na lekko, tylko w nieco skróconej wersji, ze względu na późną porę wstania i nasze dolegliwości (N. faktycznie się ode mnie zaraziła, choć objawy miała lżejsze, ja wciąż nie do końca byłem zdrów, a do tego N. ponownie rozbolało kolano - no szpital na kółkach! ;)
Pojechaliśmy więc z powrotem wczorajszą trasą, weszliśmy "na nielegalu" do kwatery OKH w Mamerkach (znów wszystkie bunkry takie same :p) i dalej do Sztynortu. Po atmosferze ruchliwego portu, którą zapamiętałem z mojej jedynej tam wizyty (pod żaglami w roku bodaj 2000) nie było niestety o tej porze roku śladu. Stały puste łódki i smętnie kołysały się na wodzie lśniącej w zimnym, wrześniowym słońcu.
Co do pałacu, to kiedyś był niewątpliwie fajny, podobnie jak park, ale obecnie pierwszy jest w ruinie i zamknięty, a drugi w ruinie i zarośnięty ;)
Co prawda jakaś polsko-niemiecka oraz jakaś niemiecko-polska fundacja zbierają pieniądze na ich rewitalizację, ale póki co ich wkład widać tylko w wystawieniu tablicy informacyjnej na ten temat. Co ciekawe zarówno niemiecko-polska jak i polsko-niemiecka mają konta w Deutsche Banku :D
No, ale miejsce ogóle fajne z tego Sztynortu, nawet jesienią. Potem jeszcze przejeżdżaliśmy obok wyraźnie opuszczonego pałacyku w Okowiźnie, ale niestety też nie udało nam się wejść do środka :(
Dzień zakończyliśmy zakupami i ugotowaniem w naszej kuchence pysznego żarcia przez N. - może dzięki niemu kolejnej nocy zmarzliśmy nieco mniej ;)
Rano może nie byliśmy zziębnięci, ale tylko dzięki dwóm kołdrom użytym na raz, natomiast wstanie z łóżka i wydmuchanie nosa były... trudne. W pokoju było bodaj 9 stopni. Zeszło nam więc nielicho.
Pogoda jednak okazała się być dobrą, więc postanowiliśmy ruszyć na zaplanowany dzień na lekko, tylko w nieco skróconej wersji, ze względu na późną porę wstania i nasze dolegliwości (N. faktycznie się ode mnie zaraziła, choć objawy miała lżejsze, ja wciąż nie do końca byłem zdrów, a do tego N. ponownie rozbolało kolano - no szpital na kółkach! ;)
Pojechaliśmy więc z powrotem wczorajszą trasą, weszliśmy "na nielegalu" do kwatery OKH w Mamerkach (znów wszystkie bunkry takie same :p) i dalej do Sztynortu. Po atmosferze ruchliwego portu, którą zapamiętałem z mojej jedynej tam wizyty (pod żaglami w roku bodaj 2000) nie było niestety o tej porze roku śladu. Stały puste łódki i smętnie kołysały się na wodzie lśniącej w zimnym, wrześniowym słońcu.
Co do pałacu, to kiedyś był niewątpliwie fajny, podobnie jak park, ale obecnie pierwszy jest w ruinie i zamknięty, a drugi w ruinie i zarośnięty ;)
Co prawda jakaś polsko-niemiecka oraz jakaś niemiecko-polska fundacja zbierają pieniądze na ich rewitalizację, ale póki co ich wkład widać tylko w wystawieniu tablicy informacyjnej na ten temat. Co ciekawe zarówno niemiecko-polska jak i polsko-niemiecka mają konta w Deutsche Banku :D
No, ale miejsce ogóle fajne z tego Sztynortu, nawet jesienią. Potem jeszcze przejeżdżaliśmy obok wyraźnie opuszczonego pałacyku w Okowiźnie, ale niestety też nie udało nam się wejść do środka :(
Dzień zakończyliśmy zakupami i ugotowaniem w naszej kuchence pysznego żarcia przez N. - może dzięki niemu kolejnej nocy zmarzliśmy nieco mniej ;)
- DST 44.03km
- Teren 1.60km
- Czas 02:23
- VAVG 18.47km/h
- VMAX 44.62km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 216m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 21 września 2010
Kategoria Surly-arch, Wypad
Mazury - dzień 4.
Lidzbark Warmiński - Bisztynek - Reszel - Kętrzyn - Gierłoż - Radzieje - Trygort
Rano czułem się już sporo lepiej, więc widocznie nie była to grypa. Pozostał tylko ból gardła i katar, więc postanowiliśmy jechać.
Zbieraliśmy się dość leniwie i gdy wreszcie o 10 ruszyliśmy spod Lidla, to zaczęło padać. Przejechaliśmy trochę w kapuśniaczku, po czym stwierdziliśmy, że to bez sensu, zwłaszcza w sytuacji, gdy ja wciąż chory, a N. miała wczoraj spore szanse się ode mnie zarazić ;)
No, ale udało się przeczekać i tego dnia deszcz nas złapał jeszcze tylko raz i to raptem 8 km od Lidzbarka. Potem już był spokój.
Były też fajne krajobrazy, ale już nie tak rewelacyjne, jak pierwszego dnia, a może tylko mnie się mniej podobały, bo byłem chory...?
W Bisztynku obejrzeliśmy Diabelski Kamień i przeczytaliśmy jego niedorobioną legendę (właściwie skąd niby wynika, że diabeł MUSI wrócić zanim skończy się msza, by zagarnąć jego duszę?!), w Reszlu zamek był (jak sama nazwa wskazuje) zamknięty, a mostu gotyckiego nie było prawie widać, bo został przebudowany. Tylko parów, nad którym go rozpięto wyglądał fajnie. :)
Wreszcie w Kętrzynie był zameczek, a nie zamek, a w Gierłoży wszystkie bunkry były takie same. No i na koniec ta cholerna, masakryczna kostka między Radziejami a Kamionkiem Wielkim. Mimo spuszczenia powietrza ze wszystkich czterech kół dostaliśmy nieźle w dupę i w nadgarstki ;)
Nie był to więc bardzo atrakcyjny dzień ;)
Ale przynajmniej nocleg znaleźliśmy wypasiony - całe "mieszkanko" (pokój+kuchnia+łazienka) tylko dla nas i to za 30 zł od osoby! :) Niestety był i haczyk: brak ogrzewania. W nocy przekonaliśmy się dobitnie, jak ostry był ów haczyk ;)
Rano czułem się już sporo lepiej, więc widocznie nie była to grypa. Pozostał tylko ból gardła i katar, więc postanowiliśmy jechać.
Zbieraliśmy się dość leniwie i gdy wreszcie o 10 ruszyliśmy spod Lidla, to zaczęło padać. Przejechaliśmy trochę w kapuśniaczku, po czym stwierdziliśmy, że to bez sensu, zwłaszcza w sytuacji, gdy ja wciąż chory, a N. miała wczoraj spore szanse się ode mnie zarazić ;)
No, ale udało się przeczekać i tego dnia deszcz nas złapał jeszcze tylko raz i to raptem 8 km od Lidzbarka. Potem już był spokój.
Były też fajne krajobrazy, ale już nie tak rewelacyjne, jak pierwszego dnia, a może tylko mnie się mniej podobały, bo byłem chory...?
W Bisztynku obejrzeliśmy Diabelski Kamień i przeczytaliśmy jego niedorobioną legendę (właściwie skąd niby wynika, że diabeł MUSI wrócić zanim skończy się msza, by zagarnąć jego duszę?!), w Reszlu zamek był (jak sama nazwa wskazuje) zamknięty, a mostu gotyckiego nie było prawie widać, bo został przebudowany. Tylko parów, nad którym go rozpięto wyglądał fajnie. :)
Wreszcie w Kętrzynie był zameczek, a nie zamek, a w Gierłoży wszystkie bunkry były takie same. No i na koniec ta cholerna, masakryczna kostka między Radziejami a Kamionkiem Wielkim. Mimo spuszczenia powietrza ze wszystkich czterech kół dostaliśmy nieźle w dupę i w nadgarstki ;)
Nie był to więc bardzo atrakcyjny dzień ;)
Ale przynajmniej nocleg znaleźliśmy wypasiony - całe "mieszkanko" (pokój+kuchnia+łazienka) tylko dla nas i to za 30 zł od osoby! :) Niestety był i haczyk: brak ogrzewania. W nocy przekonaliśmy się dobitnie, jak ostry był ów haczyk ;)
- DST 109.77km
- Teren 1.40km
- Czas 05:46
- VAVG 19.04km/h
- VMAX 50.63km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 701m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 20 września 2010
Kategoria Surly-arch, Wypad
Mazury - dzień 3.
Chorowanie w Lidzbarku :-S
Do apteki i sklepu.
Rano miałem już pełen zestaw objawów grypy: do poprzednich doszły "łamanie w kościach" i ponowne dreszcze. Czy miałem gorączkę, nie wiem, ale jeśli nawet, to niewielką. W każdym razie to, w połączeniu z kolejnym zimnym dniem (rano ok. 10 stopni) i nadal nieco bolącym kolanem u N. skłoniło nas do pozostania cały dzień w cieple.
Poza odwiedzinami w Lidlu i aptece skoncentrowaliśmy się na "Polityce" i "Angorze". Było nawet miło - od czasu do czasu lubię takie leniwe dni ;)
Do apteki i sklepu.
Rano miałem już pełen zestaw objawów grypy: do poprzednich doszły "łamanie w kościach" i ponowne dreszcze. Czy miałem gorączkę, nie wiem, ale jeśli nawet, to niewielką. W każdym razie to, w połączeniu z kolejnym zimnym dniem (rano ok. 10 stopni) i nadal nieco bolącym kolanem u N. skłoniło nas do pozostania cały dzień w cieple.
Poza odwiedzinami w Lidlu i aptece skoncentrowaliśmy się na "Polityce" i "Angorze". Było nawet miło - od czasu do czasu lubię takie leniwe dni ;)
- DST 5.13km
- Czas 00:20
- VAVG 15.39km/h
- VMAX 23.06km/h
- Temperatura 17.0°C
- Podjazdy 31m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 19 września 2010
Kategoria Surly-arch, Wypad
Mazury - dzień 2.
Malbork - Raczki Elbląskie - Elbląg - Pasłęk - Orneta - Lidzbark Warmiński.
Do Elbląga płasko jak stół i zimno, ale z wiatrem. W Raczkach Elbląskich zaliczyliśmy najniższy punkt w Polsce, czyli depresję -1,8 m npm. Potem już tylko wychodziliśmy z depresji ;) Zresztą nie bez sukcesów, bo przed Lidzbarkiem stuknęło nam 150 m npm, zatem udało się skutecznie pozbyć tej cholery ;)
A poza tym były piękne warmińskie lasy i pagórki (szczególnie ładnie - na obrzeżach małych kotlinek - położone są Pasłęk i Lidzbark). Taki krajobraz od zawsze mnie urzekał. Niestety pod koniec dnia u N. pojawił się ból kolana, a u mnie bolesny, "zatokowy" katar. Wieczorem, na nie bez trudu znalezionej kwaterze w Lidzbarku miałem już (mimo ciepłego pokoju) dreszcze i ból gardła. Noc przespałem oddychając przez usta - nic przyjemnego, nie polecam ;)
Do Elbląga płasko jak stół i zimno, ale z wiatrem. W Raczkach Elbląskich zaliczyliśmy najniższy punkt w Polsce, czyli depresję -1,8 m npm. Potem już tylko wychodziliśmy z depresji ;) Zresztą nie bez sukcesów, bo przed Lidzbarkiem stuknęło nam 150 m npm, zatem udało się skutecznie pozbyć tej cholery ;)
A poza tym były piękne warmińskie lasy i pagórki (szczególnie ładnie - na obrzeżach małych kotlinek - położone są Pasłęk i Lidzbark). Taki krajobraz od zawsze mnie urzekał. Niestety pod koniec dnia u N. pojawił się ból kolana, a u mnie bolesny, "zatokowy" katar. Wieczorem, na nie bez trudu znalezionej kwaterze w Lidzbarku miałem już (mimo ciepłego pokoju) dreszcze i ból gardła. Noc przespałem oddychając przez usta - nic przyjemnego, nie polecam ;)
- DST 135.39km
- Teren 0.40km
- Czas 06:19
- VAVG 21.43km/h
- VMAX 46.12km/h
- Temperatura 13.0°C
- Podjazdy 620m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 18 września 2010
Kategoria Surly-arch, Wypad, rekordy i hardkory
Pikuś imienia Najświętszej Maryi Panny ;)
Łódź - Łęczyca - Krośniewice - Włocławek - Toruń - Grudziądz - Tczew (i dalej z N. aż do końca wypadu) - Malbork.
Wyliczyłem sobie, że na trasę potrzebuję nieco ponad 15 godzin, a że porę pojawienia się na miejscu determinował pociąg z Łodzi, którym miała dojechać N. (17:17 w Tczewie), więc wyruszyłem o godz. 02:00.
Noc była prawie bezchmurna i prawie bezwietrzna, więc do Krośniewic jechało się dobrze, choć na jednym postoju bardzo zmarzłem (niby aż 7 stopni, a jednak pierońsko zimno). Gdzieś przed Włocławkiem zaczęło świtać, co mi podniosło morale, ale jak się okazało przedwcześnie, bo razem ze słońcem pojawił się wiatr. Zachodni, czyli nie najgorszy, ale i od ideału daleki, tym bardziej, że naprawdę silny. Na odcinku Włocławek - Toruń dał mi się mocno we znaki (szosa wiedzie tam na północo-zachód-zachód) i od totalnego zniechęcenia uratował mnie tylko pewien cudowny traktor, który wyprzedził mnie tuż za Ciechocinkiem i za którym ciągnąłem równo 40 km/h aż do granic Torunia. To było piękne :)
Stamtąd już było lepiej, bo szosa znów wiodła mniej-więcej na północ, aczkolwiek zaczynałem odczuwać zmęczenie. Jednak forma już nie taka, jak by się chciało i przyznam, że walczyłem z chęcią zaczekania w Toruniu na pociąg, którym miała przyjechać N. Zwyciężyła jednak wola walki i świadomość, że w dalszej trasie będę miał lepszy kierunek względem wiatru. Więc pojechałem.
Od Stolna faktycznie jazda zrobiła się bajką. Wiatr, teraz już niemal huraganowy, wiał prawie dokładnie w plecy. 26 km do Grudziądza przeleciałem bodaj w 40 minut. Niestety przed samym miastem złapał mnie przelotny deszcz. Na szczęście długo nie padał i pojechałem dalej.
Teraz liczyłem się z ostrą walką na odcinku do Dolnej Grupy, ale szczęśliwie szosa była od lewej osłonięta drzewami i jakoś dało się jechać 19-20 km/h. Dalej już było nieźle, gdyż wiatr lekko skręcił i wiał teraz z SWW. Więc odcinki pokonywane na północ dawały żyć, a te na północny wschód były wręcz bardzo fajne. Sprawę co prawda skomplikował padający dwukrotnie deszcz, ale udało mi się go przeczekać (w tym raz pod drzewem, które prawie przesiąkło) i tak oto spokojnie zdążyłem do Tczewa na 16:30. Mogę się mylić, ale to chyba jednak było najszybsza trzysetka w moim życiu (314 km w 14h 30min :)
Potem już spokojne płynięcie z N. i z wiatrem aż do Malborka i nocleg w przyjemnym schronisku PTSM. Co prawda było nam dość zimno, ale jak się miało okazać, była to dopiero przygrywka do Naprawdę Zimnych Nocy! ;)
Wyliczyłem sobie, że na trasę potrzebuję nieco ponad 15 godzin, a że porę pojawienia się na miejscu determinował pociąg z Łodzi, którym miała dojechać N. (17:17 w Tczewie), więc wyruszyłem o godz. 02:00.
Noc była prawie bezchmurna i prawie bezwietrzna, więc do Krośniewic jechało się dobrze, choć na jednym postoju bardzo zmarzłem (niby aż 7 stopni, a jednak pierońsko zimno). Gdzieś przed Włocławkiem zaczęło świtać, co mi podniosło morale, ale jak się okazało przedwcześnie, bo razem ze słońcem pojawił się wiatr. Zachodni, czyli nie najgorszy, ale i od ideału daleki, tym bardziej, że naprawdę silny. Na odcinku Włocławek - Toruń dał mi się mocno we znaki (szosa wiedzie tam na północo-zachód-zachód) i od totalnego zniechęcenia uratował mnie tylko pewien cudowny traktor, który wyprzedził mnie tuż za Ciechocinkiem i za którym ciągnąłem równo 40 km/h aż do granic Torunia. To było piękne :)
Stamtąd już było lepiej, bo szosa znów wiodła mniej-więcej na północ, aczkolwiek zaczynałem odczuwać zmęczenie. Jednak forma już nie taka, jak by się chciało i przyznam, że walczyłem z chęcią zaczekania w Toruniu na pociąg, którym miała przyjechać N. Zwyciężyła jednak wola walki i świadomość, że w dalszej trasie będę miał lepszy kierunek względem wiatru. Więc pojechałem.
Od Stolna faktycznie jazda zrobiła się bajką. Wiatr, teraz już niemal huraganowy, wiał prawie dokładnie w plecy. 26 km do Grudziądza przeleciałem bodaj w 40 minut. Niestety przed samym miastem złapał mnie przelotny deszcz. Na szczęście długo nie padał i pojechałem dalej.
Teraz liczyłem się z ostrą walką na odcinku do Dolnej Grupy, ale szczęśliwie szosa była od lewej osłonięta drzewami i jakoś dało się jechać 19-20 km/h. Dalej już było nieźle, gdyż wiatr lekko skręcił i wiał teraz z SWW. Więc odcinki pokonywane na północ dawały żyć, a te na północny wschód były wręcz bardzo fajne. Sprawę co prawda skomplikował padający dwukrotnie deszcz, ale udało mi się go przeczekać (w tym raz pod drzewem, które prawie przesiąkło) i tak oto spokojnie zdążyłem do Tczewa na 16:30. Mogę się mylić, ale to chyba jednak było najszybsza trzysetka w moim życiu (314 km w 14h 30min :)
Potem już spokojne płynięcie z N. i z wiatrem aż do Malborka i nocleg w przyjemnym schronisku PTSM. Co prawda było nam dość zimno, ale jak się miało okazać, była to dopiero przygrywka do Naprawdę Zimnych Nocy! ;)
- DST 335.96km
- Teren 1.00km
- Czas 12:50
- VAVG 26.18km/h
- VMAX 59.66km/h
- Temperatura 12.0°C
- Podjazdy 1135m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 17 września 2010
Kategoria .Author-arch, Użytkowo
Po mieście
- DST 10.17km
- Czas 00:29
- VAVG 21.04km/h
- VMAX 33.50km/h
- Temperatura 12.0°C
- Podjazdy 43m
- Sprzęt Author
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 16 września 2010
Kategoria .Author-arch, Użytkowo
Po mieście
Częściowo z N. :)
- DST 25.04km
- Czas 01:11
- VAVG 21.16km/h
- VMAX 33.50km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 83m
- Sprzęt Author
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 15 września 2010
Kategoria .Author-arch, Użytkowo
Po mieście
- DST 10.06km
- Czas 00:28
- VAVG 21.56km/h
- VMAX 33.50km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 38m
- Sprzęt Author
- Aktywność Jazda na rowerze





















