Wtorek, 26 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici de Bici, dz. 52
Rano pochmurno, ale nie padało, więc ruszamy. Szast-prast do granicy kosowskiej, gdzie chwila na paszporty (wokół pełno uzbrojonych po zęby policjantów w kamizelkach kuloodpornych - na żadnej dotychczasowej granicy tak nie było!). W Kosowie krajobraz niewiele się zmienił. Nadał ładne, choć niewybitne góry i przebrzydkie wytwory ręki ludzkiej. Jedziemy w górę doliny Ibaru i nudzimy się setnie. Sprawniej zaczęło iść dopiero, gdy wzięliśmy się za słuchanie książek.
W Kosowskiej Mitrowicy mieliśmy jechać przez miasto, ale N. genialnie wymyśliła, żeby jechać obwodnicą. Zazwyczaj to zły pomysł, bo pełno ciężarówek i wszyscy gnają, ale tutaj - strzał w dziesiątkę! Zero ruchu, przyzwoita droga, sielanka. Dopiero jak obie drogi się zeszły, to zrobił się ruch i to duży. Pył, hałas, smród. Po chwili pyłu już nie było, bo zaczęło padać. Było za to błoto dostające się na asfalt z pobocza. Do Prisztiny (40 km) jechaliśmy w deszczu. Niby to niewiele, ale w tym ruchu, wśród ciężarówek sypiących na nas kurtynami błota, przyjemne to nie było. Na szczęście ostatnie ok 20 km to dwupasmówka z szerokim poboczem - standard DK91 pod Łodzią, więc zrobiło się wręcz przyjemnie (gdyby nie wciąż padający deszcz).
15 km przed miastem poinformowaliśmy SMSowo gospodarza, ze będziemy za godzinę (zapas na małe zakupy) i jechaliśmy jak w dym. Po dotarciu na miejsce okazało się, że apartament zamknięty, nikt nie wie, gdzie szukać gospodarza i w ogóle jest lipa. Trafiło się otwarte wifi, więc przeglądamy serwisy, stoimy i czekamy. Jak wreszcie mnie olśniło, żeby sprawdzić maila, to się okazało, że rano dostaliśmy wiadomość z numerem telefonu. Szkoda, że innym niż podano na booking! Kolejny SMS z bośniackiej karty (a drogie są!) i czekamy. Cisza. Wreszcie na polski numer przyszedł SMS, że Play wita... w Słowenii! WTF?! Ale taki sam tekst przyszedł wcześniej na bośniacka kartę, tylko że dla niej to jest drogi roaming, a dla polskiej karty Słowenia to UE, więc połączenia i SMSy mamy bez limitu za darmo... Rada w radę, ryzykujemy i dzwonimy. Odbiera babka i mówi, że będzie za 10 minut. Była za kwadrans, ale niech tam. Czekając, co prawda na klatce schodowej (instytucji domofonu tu chyba nie znają), ale zmoknięci, nieźle zmarzliśmy. No, ale że mieszkanko okazało się fajne, więc dość szybko nam się humory poprawiły.
Wyskoczyłem jeszcze po zakupy, do bankomatu i jedzenie do pobliskiej knajpki. W bankomatach prowizja 5 EUR za każdą wypłatę, więc odpuściłem, jakoś nam wystarczy gotówki. Zakupy - lepiej niż w Serbii i Chorwacji, porównywalnie asortymentowo z Bośnią, ale trochę drożej, chyba bardziej w okolicach cenowych Słowenii właśnie ;) Natomiast jak wracałem, to knajpki zamknęli mi przed nosem. Czynne do godz. 18. No żeż shit!
Skończyło się na hamburgerze z frytkami z pobliskiego fast-foodu, bleh! :(
Jutro ma dalej cały dzień padać, więc zostajemy tu jeszcze jeden dzień. Przynajmniej obejrzymy sobie Prisztinę, a wbrew oczekiwaniom zapowiada się dość fajnie :)
Raszka - Rudnica - Kosowska Mitrovica - Prisztina.
W Kosowskiej Mitrowicy mieliśmy jechać przez miasto, ale N. genialnie wymyśliła, żeby jechać obwodnicą. Zazwyczaj to zły pomysł, bo pełno ciężarówek i wszyscy gnają, ale tutaj - strzał w dziesiątkę! Zero ruchu, przyzwoita droga, sielanka. Dopiero jak obie drogi się zeszły, to zrobił się ruch i to duży. Pył, hałas, smród. Po chwili pyłu już nie było, bo zaczęło padać. Było za to błoto dostające się na asfalt z pobocza. Do Prisztiny (40 km) jechaliśmy w deszczu. Niby to niewiele, ale w tym ruchu, wśród ciężarówek sypiących na nas kurtynami błota, przyjemne to nie było. Na szczęście ostatnie ok 20 km to dwupasmówka z szerokim poboczem - standard DK91 pod Łodzią, więc zrobiło się wręcz przyjemnie (gdyby nie wciąż padający deszcz).
15 km przed miastem poinformowaliśmy SMSowo gospodarza, ze będziemy za godzinę (zapas na małe zakupy) i jechaliśmy jak w dym. Po dotarciu na miejsce okazało się, że apartament zamknięty, nikt nie wie, gdzie szukać gospodarza i w ogóle jest lipa. Trafiło się otwarte wifi, więc przeglądamy serwisy, stoimy i czekamy. Jak wreszcie mnie olśniło, żeby sprawdzić maila, to się okazało, że rano dostaliśmy wiadomość z numerem telefonu. Szkoda, że innym niż podano na booking! Kolejny SMS z bośniackiej karty (a drogie są!) i czekamy. Cisza. Wreszcie na polski numer przyszedł SMS, że Play wita... w Słowenii! WTF?! Ale taki sam tekst przyszedł wcześniej na bośniacka kartę, tylko że dla niej to jest drogi roaming, a dla polskiej karty Słowenia to UE, więc połączenia i SMSy mamy bez limitu za darmo... Rada w radę, ryzykujemy i dzwonimy. Odbiera babka i mówi, że będzie za 10 minut. Była za kwadrans, ale niech tam. Czekając, co prawda na klatce schodowej (instytucji domofonu tu chyba nie znają), ale zmoknięci, nieźle zmarzliśmy. No, ale że mieszkanko okazało się fajne, więc dość szybko nam się humory poprawiły.
Wyskoczyłem jeszcze po zakupy, do bankomatu i jedzenie do pobliskiej knajpki. W bankomatach prowizja 5 EUR za każdą wypłatę, więc odpuściłem, jakoś nam wystarczy gotówki. Zakupy - lepiej niż w Serbii i Chorwacji, porównywalnie asortymentowo z Bośnią, ale trochę drożej, chyba bardziej w okolicach cenowych Słowenii właśnie ;) Natomiast jak wracałem, to knajpki zamknęli mi przed nosem. Czynne do godz. 18. No żeż shit!
Skończyło się na hamburgerze z frytkami z pobliskiego fast-foodu, bleh! :(
Jutro ma dalej cały dzień padać, więc zostajemy tu jeszcze jeden dzień. Przynajmniej obejrzymy sobie Prisztinę, a wbrew oczekiwaniom zapowiada się dość fajnie :)
Raszka - Rudnica - Kosowska Mitrovica - Prisztina.
- DST 106.50km
- Czas 05:12
- VAVG 20.48km/h
- VMAX 47.17km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 719m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 25 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wycieczka
Amici de Bici, dz. 51, (ever)restowy*
Raszka - Rudnica - Kapaonik (BIG) i z powrotem. Chłodno, na starcie 14 stopni, na górze 9, pochmurno, a pod koniec zaczęło nawet kropić i rozpadało się, jak już wróciłem do hotelu. Coś nas nie rozpieszcza ta bałkańska wczesna jesień...

Podjazd solidny, z miejscami za 12%, ale przez większość czasu 8% i spora różnica poziomów - ponad 1300 metrów. Nic strasznego, taki mocny średniak. Ale nie wstyd przed Ryśkiem, że akurat taki się trafił jako mój big nr 300 :)
* (c) Huann

Podjazd solidny, z miejscami za 12%, ale przez większość czasu 8% i spora różnica poziomów - ponad 1300 metrów. Nic strasznego, taki mocny średniak. Ale nie wstyd przed Ryśkiem, że akurat taki się trafił jako mój big nr 300 :)
* (c) Huann
- DST 62.33km
- Czas 03:16
- VAVG 19.08km/h
- VMAX 54.95km/h
- Temperatura 13.0°C
- Podjazdy 1570m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 24 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici de Bici, dz. 50
Dziś ciąg dalszy brzydkiej Serbii. Nieotynkowane chałupy, śmieci walające się wszędzie, niekiedy całymi hałdami, śmierdzące gruchoty i miasta miejscami przyppominające już arabskie a nie europejskie klimaty. Ogólnie, gdyby nie wczoraj i jutro, to można by nie przyjeżdżać do tego kraju. Aczkolwiek szkoda, bo potencjał (góry, góry, góry!) ma wielki. Ale póki co leżący odłogiem a nawet straszący nieco.
Sjenica - Duga Polana - Novi Pazar - Raszka.

Sjenica



Gdzieś na trasie

Niezwykły blok w Nowym Pazarze
Sjenica - Duga Polana - Novi Pazar - Raszka.

Sjenica



Gdzieś na trasie

Niezwykły blok w Nowym Pazarze
- DST 86.12km
- Teren 0.20km
- Czas 04:24
- VAVG 19.57km/h
- VMAX 55.05km/h
- Temperatura 23.0°C
- Podjazdy 547m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 23 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wycieczka
Amici de Bici, dz. 49, Uvac, czyli najpiękniejsze miejsce Europy?
Sjenica - Krstac - kanion Uvacu i z powrotem.
TO-JEST-NIE-SA-MO-WI-TE!! Przepiekne, przewspaniałe, absolutna klasa światowa! Urwanie dupy! Najpiękniejsze miejsce Europy!
I do tego za darmo i z bardzo niewielka frekwencją, czyli Serbowie jeszcze nie wiedzą, że mają tu turystyczną żyłę złota, a przynajmniej nie wiedza, jak na niej zarobić. Tym lepiej dla nas, bo mieliśmy te cuda (prawie) wyłącznie dla siebie! :))
Najpierw był długi dojazd, trochę pod góre, torchę w dól, a potem 6,5 km po szutrze z nawet solidnym podjazdem. N. już nawet miała trochę dosyć ;)

A potem... było TO.




Amen.
PS. Przez pomyłkę wykasowałem ślad z GPS, ale każdemu z zamkniętymi oczami mogę wskazać, gdzie TO jest :)
TO-JEST-NIE-SA-MO-WI-TE!! Przepiekne, przewspaniałe, absolutna klasa światowa! Urwanie dupy! Najpiękniejsze miejsce Europy!
I do tego za darmo i z bardzo niewielka frekwencją, czyli Serbowie jeszcze nie wiedzą, że mają tu turystyczną żyłę złota, a przynajmniej nie wiedza, jak na niej zarobić. Tym lepiej dla nas, bo mieliśmy te cuda (prawie) wyłącznie dla siebie! :))
Najpierw był długi dojazd, trochę pod góre, torchę w dól, a potem 6,5 km po szutrze z nawet solidnym podjazdem. N. już nawet miała trochę dosyć ;)

A potem... było TO.




Amen.
PS. Przez pomyłkę wykasowałem ślad z GPS, ale każdemu z zamkniętymi oczami mogę wskazać, gdzie TO jest :)
- DST 33.51km
- Teren 14.00km
- Czas 02:19
- VAVG 14.46km/h
- VMAX 44.12km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 615m
- Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 22 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Użytkowo
Amici de Bici, dz. 48, restowy
Po mieście Sjenica. Nie można tego nazwać zwiedzaniem, bo nie ma tu co zwiedzać. Oglądaliśmy zatem. Z niewiary że jest tu aż tak beznadziejnie zaglądaliśmy w każdą dziurę. Ale faktycznie jest. Masakra :P
Większość domów nieotynkowanych, samochodów (gruchotów) mnóstwo i mimo że miasteczko ma z kilometr od krańca do krańca, to chyba wszyscy po nim jeżdżą brykami, bo na ulicach tworzą się korki! Sklepy słabiutko zaopatrzone, a niektóre wręcz jak żywcem wyjęte z czasów komuny:

Papierniczy
Pierzeja "reprezentacyjnego" rynku z fontanną wygląda tak:

A miejsce oznaczone na mapie jako "hipermarket" jest zamknięte na głucho, ale przez szybę widać coś takiego:

Natomiast przy domu mamy śmiesznego pieska, niby-goldena, który jest strasznym łakomczuchem (pożera nawet suchy chleb) i chrumka przy tym jak świnka. Wabi się Czapa, ale nazwaliśmy ją Ciocia Chrum Chrum.

Resztę dnia spędziliśmy na oglądaniu beznadziejnych filmików i próbie ugotowania czegoś niepaskudnego. Z obu czynności wyszła lipa :P Ale przynajmniej odpoczęliśmy :)
Większość domów nieotynkowanych, samochodów (gruchotów) mnóstwo i mimo że miasteczko ma z kilometr od krańca do krańca, to chyba wszyscy po nim jeżdżą brykami, bo na ulicach tworzą się korki! Sklepy słabiutko zaopatrzone, a niektóre wręcz jak żywcem wyjęte z czasów komuny:

Papierniczy
Pierzeja "reprezentacyjnego" rynku z fontanną wygląda tak:

A miejsce oznaczone na mapie jako "hipermarket" jest zamknięte na głucho, ale przez szybę widać coś takiego:

Natomiast przy domu mamy śmiesznego pieska, niby-goldena, który jest strasznym łakomczuchem (pożera nawet suchy chleb) i chrumka przy tym jak świnka. Wabi się Czapa, ale nazwaliśmy ją Ciocia Chrum Chrum.

Resztę dnia spędziliśmy na oglądaniu beznadziejnych filmików i próbie ugotowania czegoś niepaskudnego. Z obu czynności wyszła lipa :P Ale przynajmniej odpoczęliśmy :)
- DST 12.33km
- Teren 0.50km
- Czas 00:51
- VAVG 14.51km/h
- VMAX 31.89km/h
- Temperatura 11.0°C
- Podjazdy 91m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 21 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici de Bici dz. 47
Z rana lekko siąpiło, ale dzielnie ruszyliśmy z motelu Vodice, może dlatego, że ciasnota pokoju, słabiutki zasięg wifi i cieknący brodzik raczej nie zachęcały, by tam spędzić cały dzień. W nagrodę za odwagę wkrótce dostaliśmy koniec deszczyku i do końca jazdy juz było sucho. Za to zimno. Na dole 9 stopni, a jak podjechaliśmy na przełęcz z serbską granicą, to zrobiło się 5. Ubrani we wszystko

N. ubrana we wszystko, w tym moją koszulkę
postaliśmy chwilę na granicy, a potem wdepnęliśmy do jedynej przydrożnej restauracji na herbatę, żeby się rozgrzać. Herbaty nie było (!) więc wypiliśmy po kawie. Sypanej, ale bardzo smacznej. Cena 100 dinarów (1 dolar), ale przyjęli 5 euro i wydali 400 dinarów reszty. Będzie na drugą kawę ;-)
Potem był długi i bardzo fajny (równe nachylenie, bez ostrych zakrętów) zjazd do Prijepola. Tzn. byłby fajny, gdyby nie było tak pieruńsko zimno. Na dole 11 stopni, ale nie zrobiło nam to różnicy, za bardzo byliśmy przemarznięci. Zjedliśmy kanapki, kupiliśmy trochę więcej dinarów w kantorze i pojechaliśmy dalej. Przed nami została większa połowa trasy, a była już prawie 14...
Po kilku kilometrach łagodnego podjazdu ślad skręcił ostro w prawo i górę i od razu zrobił się... szuter. Nooo, tak to my się nie będziemy bawić! Może jeszcze jesteśmy w stanie zrobić dziś 42 km i ponad 1000 metrów w górę, ale nie w terenie! Obejrzawszy mapę, z której wynikało, że szutru może być nawet 26 km, zawróciliśmy z planem awaryjnego noclegu w Prijepolju. Szkoda, bo w Sjenicy mieliśmy tanią rezerwację, ale co zrobić, nie będziemy przecież się tłuc szutrami po nocy, a rezerwację można bezkosztowo odwołać...
I wtedy N. wpadła na genialny pomysł, żeby sprawdzić, czy nie ma jakiegoś autobusu. O dziwo, był i to za pol godziny. Jedyny dziś na tej trasie! No cóż za fart! :-):-) a pan kierowca zgodził się zabrać rowery, wow!
Potem już z górki, tzn. pod górkę, ale autobusem ;-) A dużo jeszcze tych górek było, również na alternatywnej do szutru trasie szosą naokoło przez Nową Varosz. Dobrze, że tym razem podjazd kosztował nas nie pot i łzy, tylko 10 euro ;-)
Sjenica, to chyba najbrzydsze miasteczko Serbii (i świata! :p), ale okolica ponoć piękna (jutro sprawdzimy), a nasza kwatera za 16 EUR za noc (za 2 osoby!) nawet niezła. Wygody podstawowe, ale w sumie ok. Teraz wieczorem znów jest 6 stopni, więc się grzejemy w domku :-)

N. ubrana we wszystko, w tym moją koszulkę
postaliśmy chwilę na granicy, a potem wdepnęliśmy do jedynej przydrożnej restauracji na herbatę, żeby się rozgrzać. Herbaty nie było (!) więc wypiliśmy po kawie. Sypanej, ale bardzo smacznej. Cena 100 dinarów (1 dolar), ale przyjęli 5 euro i wydali 400 dinarów reszty. Będzie na drugą kawę ;-)
Potem był długi i bardzo fajny (równe nachylenie, bez ostrych zakrętów) zjazd do Prijepola. Tzn. byłby fajny, gdyby nie było tak pieruńsko zimno. Na dole 11 stopni, ale nie zrobiło nam to różnicy, za bardzo byliśmy przemarznięci. Zjedliśmy kanapki, kupiliśmy trochę więcej dinarów w kantorze i pojechaliśmy dalej. Przed nami została większa połowa trasy, a była już prawie 14...
Po kilku kilometrach łagodnego podjazdu ślad skręcił ostro w prawo i górę i od razu zrobił się... szuter. Nooo, tak to my się nie będziemy bawić! Może jeszcze jesteśmy w stanie zrobić dziś 42 km i ponad 1000 metrów w górę, ale nie w terenie! Obejrzawszy mapę, z której wynikało, że szutru może być nawet 26 km, zawróciliśmy z planem awaryjnego noclegu w Prijepolju. Szkoda, bo w Sjenicy mieliśmy tanią rezerwację, ale co zrobić, nie będziemy przecież się tłuc szutrami po nocy, a rezerwację można bezkosztowo odwołać...
I wtedy N. wpadła na genialny pomysł, żeby sprawdzić, czy nie ma jakiegoś autobusu. O dziwo, był i to za pol godziny. Jedyny dziś na tej trasie! No cóż za fart! :-):-) a pan kierowca zgodził się zabrać rowery, wow!
Potem już z górki, tzn. pod górkę, ale autobusem ;-) A dużo jeszcze tych górek było, również na alternatywnej do szutru trasie szosą naokoło przez Nową Varosz. Dobrze, że tym razem podjazd kosztował nas nie pot i łzy, tylko 10 euro ;-)
Sjenica, to chyba najbrzydsze miasteczko Serbii (i świata! :p), ale okolica ponoć piękna (jutro sprawdzimy), a nasza kwatera za 16 EUR za noc (za 2 osoby!) nawet niezła. Wygody podstawowe, ale w sumie ok. Teraz wieczorem znów jest 6 stopni, więc się grzejemy w domku :-)
- DST 54.06km
- Teren 0.50km
- Czas 03:19
- VAVG 16.30km/h
- VMAX 63.27km/h
- Temperatura 6.0°C
- Podjazdy 733m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 20 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici de Bici, dz. 46
Gorażde - Cajniće - Metaljka (BIG) - Pljevlja (MNE).
3/4 dnia pod górę, z tego część w deszczu, a część przeczekując. Zjazd podobnie, tylko szybciej i zimniej :P
W ogóle zimno, mokro, do domu przez większość dnia daleko. Ale największa ulewa się rozpętała, jak już na szczęście byliśmy zalogowani w motelu Vodice w Pljevlji. I dobrze, wystarczyło nam i bez tego atrakcji :P
Z ciekawostek: pogranicznicy bośniaccy rezydują 6 km przed przełęczą i granicą, a dalej ciągnie się bośniacka ziemia niczyja (czyli las). Natomiast czarnogórscy rezydują 2 km za granicą, ale na ziemi niczyjej jest np. malutka wieś oraz droga gruntowa w bok. Ewentualne nielegalne przekroczenie granicy byłoby bajecznie łatwe. Ciekawe...
3/4 dnia pod górę, z tego część w deszczu, a część przeczekując. Zjazd podobnie, tylko szybciej i zimniej :P
W ogóle zimno, mokro, do domu przez większość dnia daleko. Ale największa ulewa się rozpętała, jak już na szczęście byliśmy zalogowani w motelu Vodice w Pljevlji. I dobrze, wystarczyło nam i bez tego atrakcji :P
Z ciekawostek: pogranicznicy bośniaccy rezydują 6 km przed przełęczą i granicą, a dalej ciągnie się bośniacka ziemia niczyja (czyli las). Natomiast czarnogórscy rezydują 2 km za granicą, ale na ziemi niczyjej jest np. malutka wieś oraz droga gruntowa w bok. Ewentualne nielegalne przekroczenie granicy byłoby bajecznie łatwe. Ciekawe...
- DST 72.47km
- Czas 04:54
- VAVG 14.79km/h
- VMAX 51.65km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 1452m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 19 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wyprawa
Amici de Bici, dz. 45
No to ruszyliśmy dalej. W Sarajewie było bardzo miło i fajne mieliśmy mieszkanko (dzięki, Vladimir!), ale ileż można siedzieć na tyłkach? ;)
Rano zimno, raptem 14 stopni, ale szybko się rozgrzaliśmy, bo najpierw 10 km przez miasto (na szczęście udało się znaleźć dość mało ruchliwą trasę, bo całe Sarajewo jest zakorkowane chyba porównywalnie jak Warszawa!), a potem od razu podjazd, tunel i ładny gorge Miljacki, aczkolwiek zeszpecony licznymi kamieniołomami. Podjazd dość długi, bo w sumie do 30. km trasy, ale najostrzejsze górki przecinał tunelami (w tym jednym nieczynnym tuż przed Pale, w którym trwały jakieś prace, ale mili panowie robotnicy nas przepuścili, mimo, że auta miały objazd :) , więc w sumie niezbyt wymagający. Potem dość długi i łagodny zjazd do Pracy (sprawdźcie sobie na mapie :p), co nam dobrze zrobiło, bo goniła nas niepogoda i chętnie trochę pocisnęliśmy, żeby jej uciec. Potem znów podjazd o 500 metrów, a na szczycie przywitały nas nieziemskie widoki na dolinę Driny i dalej leżące góry, w tym Durmitor. Za każdym razem, jak patrze z góry na te okolice, to uświadamiam sobie, czemu ten kraj nazywa się Czarno-góra :)
Zjazd do Gorazde długi, kręty i z kiepską nawierzchnią, ale że zaczynało co chwilę padać, to nie traciliśmy czasu, tylko mimo wybojów długa na dół. Tu nocleg w pensjonacie Somun, stosunkowo drogi (22 EUR) w nie najlepszym standardzie, ale czysto, więc też nic strasznego. Jak pogoda i siły dopiszą, to jutro opuszczamy Bośnię :)
Sarajewgo - Pale - Praca - Hrenovica - Osjecani - Gorazde.
Rano zimno, raptem 14 stopni, ale szybko się rozgrzaliśmy, bo najpierw 10 km przez miasto (na szczęście udało się znaleźć dość mało ruchliwą trasę, bo całe Sarajewo jest zakorkowane chyba porównywalnie jak Warszawa!), a potem od razu podjazd, tunel i ładny gorge Miljacki, aczkolwiek zeszpecony licznymi kamieniołomami. Podjazd dość długi, bo w sumie do 30. km trasy, ale najostrzejsze górki przecinał tunelami (w tym jednym nieczynnym tuż przed Pale, w którym trwały jakieś prace, ale mili panowie robotnicy nas przepuścili, mimo, że auta miały objazd :) , więc w sumie niezbyt wymagający. Potem dość długi i łagodny zjazd do Pracy (sprawdźcie sobie na mapie :p), co nam dobrze zrobiło, bo goniła nas niepogoda i chętnie trochę pocisnęliśmy, żeby jej uciec. Potem znów podjazd o 500 metrów, a na szczycie przywitały nas nieziemskie widoki na dolinę Driny i dalej leżące góry, w tym Durmitor. Za każdym razem, jak patrze z góry na te okolice, to uświadamiam sobie, czemu ten kraj nazywa się Czarno-góra :)
Zjazd do Gorazde długi, kręty i z kiepską nawierzchnią, ale że zaczynało co chwilę padać, to nie traciliśmy czasu, tylko mimo wybojów długa na dół. Tu nocleg w pensjonacie Somun, stosunkowo drogi (22 EUR) w nie najlepszym standardzie, ale czysto, więc też nic strasznego. Jak pogoda i siły dopiszą, to jutro opuszczamy Bośnię :)
Sarajewgo - Pale - Praca - Hrenovica - Osjecani - Gorazde.
- DST 86.95km
- Teren 0.50km
- Czas 05:00
- VAVG 17.39km/h
- VMAX 54.48km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 1227m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 18 września 2017
Kategoria Wycieczka, AdB, Surly-arch
Amici de Bici, dz. 44, na spokojnie
Dziś tylko do źródeł Bośni (rozczarowanie, nawet nie bardzo jest sens zdjęcia pokazywać ;) , po zakupy i z powrotem. Kończymy naszą przygodę z Sarajewem ;)
- DST 22.02km
- Teren 1.00km
- Czas 01:15
- VAVG 17.62km/h
- VMAX 27.01km/h
- Temperatura 23.0°C
- Podjazdy 47m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 17 września 2017
Kategoria Surly-arch, AdB, Wycieczka
Amici de Bici, dz. 43, (ever)restowy*
Sarajevo - Bukavica - Jasik - Jahorina (BIG) i z powrotem. Podjazd w wichurze najmocniejszej chyba ze wszystkich dotychczasowych. Momentami wiatr zatrzymywał mnie w miejscu i musiałem jechać w okularach przeciwsłonecznych (a nigdy tak nie jeżdżę pod górę, bo zalewa je pot), bo inaczej ciągle mi się coś sypało do oczu. Pod koniec zaczęło padać, przez chwilę mocno, ale akurat było drzewo (jedno z niewielu) nadające się do przeczekania, a potem już średnio, ale stale. Na samej górze deszcz na chwilę ustał, ale jak tylko dojechałem, to znów zaczął popadywać, więc przebierałem się na zjazd w pośpiechu. Przy okazji stwierdziłem, że zapomniałem długich spodni i rękawiczek, więc zjazd w deszczu przy 13 stopniach może być lekko dyskomfortowy ;)
Po ok. kilometrze zjazdu usłyszałem za sobą głośny szum. Myślałem, że to doganiający mnie samochód, ale nic nie jechało. Po chwili już wiedziałem: goniła mnie... ściana deszczu! Na szczęście akurat przejeżdżałem obok jednego z wielu hoteli w okolicach szczytu (Jahorina to ośrodek narciarski), więc zdążyłem wpaść pod daszek, zanim na serio przywaliło. Z nudów, czekając aż przestanie, postanowiłem wymienić klocki. Tak naprawdę już w momencie wyjazdu były w kiepskim stanie, ale kto by wymieniał, póki działały? Ale przed tym zjazdem na mokro poczułem, że jednak chociaż w jednym kole warto mieć pewny hamulec ;) Padło na tylne, bo były w gorszym stanie (choć przód też już prawie gotów na następców ;) Wychodzi mi z moich notatek, że tylne Authory (czarno-pomarańczowe wsuwki, modelu nie pomnę) przejechały ponad 18 Mm!! Nie wiem, czy to możliwe, może zapomniałem zanotować poprzednią wymianę...? Z reguły wytrzymały ok 10...
W międzyczasie ulewa przeszła w normalny deszcz, więc po wymianie i regulacji umyłem w hotelu ręce i ruszyłem. Na zjeździe jeszcze 3 razy łapała mnie straszliwa ulewa i 2 razy grad, na szczęście mały (jak ziarnka grochu), ale i tak siekł niemiłosiernie i musiałem ręką osłaniać głowę i twarz, bo schować się nie było gdzie. Na szczęście akurat działo się to na podjazdach (na zjeździe były takie trzy, łącznie ok 250 m pod górę), co umożliwiało prowadzenie jedną ręką. Podczas jazdy w dół, zwłaszcza w wietrze (już nieco słabszym, ale wciąż solidnym) i w deszczu, nie ma mowy, żeby puścić kierownicę choćby na chwilę...
Wreszcie tuż przed powrotem do miasta się przetarło, nawet kurtka zdążyła mi przeschnąć, zanim wróciłem do domu. Ale muszę przyznać, że to była chyba największa nawałnica, w jakiej w życiu zdarzyło mi się jechać :)
PS. Ze względu na pogodę nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Zresztą większość trasy była niezbyt widowiskowa, tylko panorama na Ilidżę w tym sarajewskie lotnisko była dość interesująca ;)
Po ok. kilometrze zjazdu usłyszałem za sobą głośny szum. Myślałem, że to doganiający mnie samochód, ale nic nie jechało. Po chwili już wiedziałem: goniła mnie... ściana deszczu! Na szczęście akurat przejeżdżałem obok jednego z wielu hoteli w okolicach szczytu (Jahorina to ośrodek narciarski), więc zdążyłem wpaść pod daszek, zanim na serio przywaliło. Z nudów, czekając aż przestanie, postanowiłem wymienić klocki. Tak naprawdę już w momencie wyjazdu były w kiepskim stanie, ale kto by wymieniał, póki działały? Ale przed tym zjazdem na mokro poczułem, że jednak chociaż w jednym kole warto mieć pewny hamulec ;) Padło na tylne, bo były w gorszym stanie (choć przód też już prawie gotów na następców ;) Wychodzi mi z moich notatek, że tylne Authory (czarno-pomarańczowe wsuwki, modelu nie pomnę) przejechały ponad 18 Mm!! Nie wiem, czy to możliwe, może zapomniałem zanotować poprzednią wymianę...? Z reguły wytrzymały ok 10...
W międzyczasie ulewa przeszła w normalny deszcz, więc po wymianie i regulacji umyłem w hotelu ręce i ruszyłem. Na zjeździe jeszcze 3 razy łapała mnie straszliwa ulewa i 2 razy grad, na szczęście mały (jak ziarnka grochu), ale i tak siekł niemiłosiernie i musiałem ręką osłaniać głowę i twarz, bo schować się nie było gdzie. Na szczęście akurat działo się to na podjazdach (na zjeździe były takie trzy, łącznie ok 250 m pod górę), co umożliwiało prowadzenie jedną ręką. Podczas jazdy w dół, zwłaszcza w wietrze (już nieco słabszym, ale wciąż solidnym) i w deszczu, nie ma mowy, żeby puścić kierownicę choćby na chwilę...
Wreszcie tuż przed powrotem do miasta się przetarło, nawet kurtka zdążyła mi przeschnąć, zanim wróciłem do domu. Ale muszę przyznać, że to była chyba największa nawałnica, w jakiej w życiu zdarzyło mi się jechać :)
PS. Ze względu na pogodę nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Zresztą większość trasy była niezbyt widowiskowa, tylko panorama na Ilidżę w tym sarajewskie lotnisko była dość interesująca ;)
- DST 67.74km
- Czas 03:36
- VAVG 18.82km/h
- VMAX 53.12km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 1727m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze





















