Wpisy archiwalne w kategorii
Surly-arch
| Dystans całkowity: | 80462.30 km (w terenie 1049.48 km; 1.30%) |
| Czas w ruchu: | 3886:08 |
| Średnia prędkość: | 20.70 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 82.50 km/h |
| Suma podjazdów: | 763770 m |
| Liczba aktywności: | 991 |
| Średnio na aktywność: | 81.19 km i 3h 55m |
| Więcej statystyk | |
Środa, 7 lipca 2010
Kategoria Surly-arch, Wyprawa
Le B.I.G Tour des Alpes, dzień 5
L'Escarene - Col de Braus (solidna, ale bez przesady - choć było miejsce za 12%) - Sospel (Marek złapał gumę i trochę się podsmażyliśmy w upale podczas wymiany dętki, zwłaszcza, że Markowi popsuła się pompka, a początkowo wyglądało na to, że nowa dętka jest dziurawa i zeszło sporo czasu, zaś dotkliwie pogryziony przez meszki Daniel kupił najdroższe wapno w życiu ;) - Col du Turini (może i niezbyt trudna, ale długa i mocno dała mi w kość) - L'Authion (solidny kawał BIGa, biorąc pod uwagę, że najpierw trzeba wjechać na Col du Turini - na szczycie umocnienia z I Wojny Światowej) - Roquebilliere - St. Martin Vesubie.
Po bezskutecznych poszukiwaniach miejsca na dziko (praktycznie w mieście, bo zaraz za miastem rozpoczynał się podjazd na kolejną przełęcz) i po tym, jak z jednej fajnej miejscówki wypędziła nas jakaś pani z okna sąsiedniego domu, zadekowaliśmy się na niedrogim kempingu. W sumie dobrze wyszło :)
Po bezskutecznych poszukiwaniach miejsca na dziko (praktycznie w mieście, bo zaraz za miastem rozpoczynał się podjazd na kolejną przełęcz) i po tym, jak z jednej fajnej miejscówki wypędziła nas jakaś pani z okna sąsiedniego domu, zadekowaliśmy się na niedrogim kempingu. W sumie dobrze wyszło :)
- DST 100.04km
- Teren 1.50km
- Czas 07:23
- VAVG 13.55km/h
- VMAX 60.24km/h
- Temperatura 34.0°C
- Podjazdy 3048m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 6 lipca 2010
Kategoria Surly-arch, Wyprawa
Le B.I.G Tour des Alpes, dzień 4
Aiguines - Cirque de Vaumal - Comps - Col de Valferiere (z jakiej paki jest to BIG? Pikuś, nie BIG!) - Pas de la Faye - Grasse (fantastycznie położone!) - Nice (zatłoczona i nieprzyjemna, ale kąpiel pod prysznicem na plaży - rewelka!) - La Pointe (niezła pizza z anchois i nocleg na dziko na trawiastym poletku z mnóstwem meszek - zdecydowanie najsłabszy nocleg na wyprawie)
W Nicei fajna promenada z mnóstwem rowerzystów, rolkarzy, biegaczy - naprawdę wielu ludzi uprawia sport, ale wyjazd z miasta był koszmarem - co chwilę kierowało nas do tunelu albo na drogę szybkiego ruchu. Jakoś się wydostaliśmy, ale wymagało to naprawdę sporo samozaparcia.
W Nicei fajna promenada z mnóstwem rowerzystów, rolkarzy, biegaczy - naprawdę wielu ludzi uprawia sport, ale wyjazd z miasta był koszmarem - co chwilę kierowało nas do tunelu albo na drogę szybkiego ruchu. Jakoś się wydostaliśmy, ale wymagało to naprawdę sporo samozaparcia.
- DST 154.34km
- Czas 07:31
- VAVG 20.53km/h
- VMAX 62.00km/h
- Temperatura 30.0°C
- Podjazdy 1778m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 5 lipca 2010
Kategoria Surly-arch, Wyprawa
Le B.I.G Tour des Alpes, dzień 3
Luminy - Cassis - Aubagne - St. Maximin - Barjols - Seillons-Source-d'Argens - Sillans la Cascade - Aups - Aiguines.
Do Aups - poza jedną przełączką przed Cassis - jazda w stylu czeskim. Wczesnym popołudniem wspaniała kąpiel w rzece Argens w okolicy Seillons. Pod koniec jazda była już męcząca, zwłaszcza, że upał dawał się we znaki. Dalej już solidniej pod górę w stronę Kanionu Verdon. Nocleg na kempingu w Aiguines - niezbyt drogim i z pięknym widokiem na Mont Ventoux. Szkoda, że nie tym razem...
Do Aups - poza jedną przełączką przed Cassis - jazda w stylu czeskim. Wczesnym popołudniem wspaniała kąpiel w rzece Argens w okolicy Seillons. Pod koniec jazda była już męcząca, zwłaszcza, że upał dawał się we znaki. Dalej już solidniej pod górę w stronę Kanionu Verdon. Nocleg na kempingu w Aiguines - niezbyt drogim i z pięknym widokiem na Mont Ventoux. Szkoda, że nie tym razem...
- DST 132.67km
- Czas 06:30
- VAVG 20.41km/h
- VMAX 60.24km/h
- Temperatura 33.0°C
- Podjazdy 1852m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 4 lipca 2010
Kategoria Surly-arch, Wyprawa
Le B.I.G Tour des Alpes, dzień 2
Pociągiem do Kaiserslautern,rowerem do Metz, pociągiem do Marsylii, rowerem do Luminy w sąsiedztwie Les Calanques. Niestety nie spaliśmy w Grotte de l'Ours (jak planowałem), ponieważ z powodu zagrożenia pożarowego był całkowity zakaz wstępu w skały i rano groziłby nam zapewne mandat.
- DST 172.04km
- Czas 08:19
- VAVG 20.69km/h
- VMAX 61.00km/h
- Temperatura 28.0°C
- Podjazdy 1158m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 3 lipca 2010
Kategoria Surly-arch, Wyprawa
Le B.I.G Tour des Alpes, dzień 1
Z Transatlantykiem i Serweczem (stąd do odwołania) oraz - UWAGA! - Wilkiem (!!): Łódź - Piątek - Kutno.
Wilk nas kompletnie zaskoczył przyjeżdżając nocą z Warszawy i dołączając do nas o 5 rano na Strykowskiej. Taka niespodzianka to jest COŚ! Super! :D
Na pociąg zdążyliśmy w cuglach.
Wilk nas kompletnie zaskoczył przyjeżdżając nocą z Warszawy i dołączając do nas o 5 rano na Strykowskiej. Taka niespodzianka to jest COŚ! Super! :D
Na pociąg zdążyliśmy w cuglach.
- DST 72.20km
- Teren 0.40km
- Czas 02:48
- VAVG 25.79km/h
- VMAX 40.16km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 176m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 26 czerwca 2010
Kategoria Surly-arch, Wycieczka
Donikąd, bo mi się nie chciało ;)
Za to jak wiało! ;)
Łódź - DK 1 - Tuszyn - Górki - Szczukwin - jakieś bezdroża - Wodzin - Kruszów - DK1 - Gospodarz - Ksawerów - Łódź.
Silny wiatr z niedookreślonych kierunków zbliżonych do północnego ;)
Surly: nowa kaseta i łańcuch przy stanie 18.545 km
Opony Marathon Dureme oraz okładziny przód+tył przy stanie Surly: 18.602 km
Łódź - DK 1 - Tuszyn - Górki - Szczukwin - jakieś bezdroża - Wodzin - Kruszów - DK1 - Gospodarz - Ksawerów - Łódź.
Silny wiatr z niedookreślonych kierunków zbliżonych do północnego ;)
Surly: nowa kaseta i łańcuch przy stanie 18.545 km
Opony Marathon Dureme oraz okładziny przód+tył przy stanie Surly: 18.602 km
- DST 56.89km
- Teren 1.90km
- Czas 02:26
- VAVG 23.38km/h
- VMAX 46.52km/h
- Temperatura 26.0°C
- Podjazdy 195m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 20 czerwca 2010
Kategoria Surly-arch, Wycieczka, rekordy i hardkory
Cięciwą - Łuków, czyli pińceta ;)
To był spontan. W czwartek wpadłem na pomysł machnięcia "500" jeszcze przed wyprawą, w piątek okazało się, że ma być niezła pogoda i zmienny wiatr, w sobotę o 12 już jechałem :)
Kierunek zdeterminował wiatr wiejący w sobotę: wiało z NWW, a zatem Tomaszów i Radom. Mało! Dęblin? Mało, zresztą praktycznie cała tę trasę, tylko w odwrotnym kierunku przejechałem w Wielkanoc (tyle że w dwa dni). Wtedy wpadł mi do głowy Łuków, do którego wybierałem się zimą z Serweczem, ale nie wyszło. A jak Łuków, to i koniecznie cięciwa. A więc łukiem tam, a po cięciwie z powrotem (a wiatr miał się nazajutrz odwrócić na NEE - bajka, nie? :)
Ostatecznie wyszło tak.
Początek mocny. Odczuwalny wiatr w plecy, więc wyraźnie się oszczędzając, w Inowłodzu mam mimo to średnią 28,6. No ale to pierwsze koty za płoty, dalej będzie pod tym względem już tylko gorzej ;)
Pierwszy minikryzys łapie mnie tuż przed Radomiem, już po 135 km. Niepokojące. Robię więc dłuższy postój pod sklepem. Znaczy, jakieś 20 minut ;) Ciastko, dużo soku. Będzie dobrze!
Za Radomiem trasa wiedzie, przez urokliwą puszczę Kozienicką – naprzemienne głębokie lasy i polany, przez które prowadzi droga, są bardzo przyjemne, lecz przywodzą myśl, że już nie za długo zmierzch i trzeba koniecznie się z lasów wydostać, bo w nocy jest w nich choć oko wykol, a moja lampka jest chimeryczna.
Lasy jednak skończyły się niedługo za Pionkami i przez pola oraz nadrzeczne szuwary dotarłem do Wisły. Tu stuknęło mi 200 i zrobiłem kolejny dłuższy postój – na przebranie się w długie i zmianę butów (to ostatnie bezcenne – zabrałem sandały oraz zwykłe buty i kilkukrotnie zmieniałem – chyba tylko dzięki temu moje stopy wytrzymały tę trasę!).
Za Dęblinem zaczęły się niezłe pagórki, przyznam, że się nie spodziewałem. Ponadto szybko się ściemniało, więc niekiedy musiałem zaledwie się domyślać, czemu tak ciężko się jedzie ;) Oprócz pagórków zaczął się też remont drogi na Kock i kilka odcinków ruchu wahadłowego. Na szczęście aut niewiele, więc na bezczelna wchrzaniałem się na czerwonym :P W ogóle jakoś odludno tam było – przez kilkanaście albo i dwadzieścia kilka kilometrów – od Dęblina do Przytyczna - nie przejeżdżałem przez żadną wieś! W środkowej Polsce taka sytuacja jest nie do pomyślenia, a szkoda… W międzyczasie zaś wiatr – jak to wieczorem – prawie całkiem ucichł.
W Przytycznie rzut oka na mapę i już wiem: tu trza odbić w boczne dróżki, bo przez Kock za daleko, zresztą z tym ciągłym ruchem wahadłowym jazda jest nazbyt rwana. Oczywiście ciemno jest już kompletnie, zachmurzenie pełne, więc księżyca ni widu, a w przy drodze w lewo żadnego drogowskazu. Znak przy drodze w prawo (Michów i Lublin) upewnia mnie jednak, że w lewo to właśnie ta droga. Decyzję wspomaga spory jak na tak boczną dróżkę ruch samochodowy – widać wiedzie ona DOKĄDŚ… Ruszam.
Za chwilę droga się rozwidla, a ja nie mam dokładnej mapy… Próbuję prawej odnogi świadom, że to raczej nie ta, ale może to być niezły skrót do Serokomli. Niestety, a może na szczęście już po ok. kilometrze droga przechodzi w gruntówkę. Zawracam. Lewa odnoga prezentuje się nieźle – asfalt przyzwoity, ruch wystarczający, by mieć nadzieję, ale niewystarczający, by zmęczyć. Jadę.
Po raz pierwszy włączam lampkę sprowadzoną z Hong-kongu. Matko, jak ona niewiarygodnie mocno świeci! Czuję się jak na motocyklu! Dopóki asfalt jest gładki, gratuluję sobie w myślach zakupu, przy pierwszych drobnych nierównościach – wraca stara przypadłość – lampka przy każdym wstrząsie zmienia tryb świecenia, więc mam dyskotekę: mocne światło – słabsze światło – strobo. I tak w kółko. Co za debil wymyślił ten spieprzony wyłącznik i te spieprzone tryby?! Nie wystarczyłoby „włącz”?! Wtedy nic by się nie mogło popsuć…
Lampka tak mnie spieniła, że ją wyłączam i przez chwilę jadę na samym Cateye’u. Po chwili jednak stwierdzam, że nie ma co się obrażać na rzeczywistość i że mimo dyskoteki z lampką chińską (w dowolnym trybie świecenia) widzę w każdym razie lepiej niż bez niej, więc od tej pory włączam ją na stałe, co jakiś czas korygując tylko tryb, a z czasem i z tego rezygnując. Nawet przy strobo (bardzo szybkim, uniemożliwiającym akomodację) da się jakoś jechać ;)
A tymczasem droga wije się wśród lasów oraz pól i ogólnie nie bardzo wiadomo, czy to ta droga. Pierwsza wieś „Krzówka”, a na mapie mam napisane „Krzyżówka” – błąd na mapie czy w mojej nawigacji…? Dość długo nie ma żadnej kolejnej wsi, potem są dwie, których nazwy nic mi nie mówią i wreszcie jest – Adamów – dobra nasza, to tędy! :)
Bardzo dobra jest też nawierzchnia – jestem zbudowany postawą tutejszych drogowców ;)
W Wojcieszkowie wylatuję na drogę Kock-Łuków i nawierzchnia się pogarsza, ale ja już poczułem cel, więc rwę do przodu. Jeszcze godzina i o 00:45 staję na dłuższy postój na całodobowej stacji w Łukowie. Jedzenie, napój energetyczny, toaleta, zmiana butów. Chyba z pół godziny tam spędziłem, szukając motywacji do dalszej jazdy. Wreszcie znalazłem: stąd będzie już z każdą chwilą coraz bliżej domu! :) Ruszam o godz. 01:15, a licznik pokazuje 277 km…

Do Stoczka Łukowskiego trasa bez historii, wyznaczana ciągła walką z kiepską dość nawierzchnią i – w konsekwencji – ze zmieniającą jak w kalejdoskopie tryby lampką. Podczas krótkiego postoju za Stoczkiem widzę na niebie najpierwsze oznaki świtu – dobra nasza! Od Wilchty jest już na tyle widno, ze całkowicie gaszę przednie lampki, przetrwałem noc! A na liczniku 325 – będzie dobrze!
Teraz troszkę błądzenia po bocznych (acz tym razem nieźle oznakowanych drogach) – przez Warszawice i Dziecinów docieram w znane mi z wielkanocnego wypadu okolice mostu w Górze Kalwarii. Powoli też zrywa się wiatr. Północny. Nie tak źle, choć mogło i miało być lepiej…
Za Wisłą znów te – zaskakujące w tym miejscu – pagórki. Mając w nogach już ponad 350 km oraz za sobą kilkanaście godzin w siodle nie chce się, oj nie chce się pedałować pod górę… No, ale trzeba, bo takie mini-czechy będą już właściwie aż do samej Łodzi. Trudno, jak nie ja dam radę, to kto?! ;)
400 km stuka mi w Grójcu i uświadamia mi, ze jestem już bardzo, ale to bardzo zmęczony. Widać różnicę w formie z poprzednia poważną trasą („Pikuś z Przodkiem”) – wtedy byłem po wyprawie i chyba w życiowej kondycji, teraz jestem po przerwie i właściwie "z marszu", i mimo że trasa jest przecież o niebo łatwiejsza – „wysiadam”. No, ale przecież dojadę! :)
A tymczasem „mini-czechy” trwają w najlepsze, a ja sukcesywnie skracam dystanse między moimi zwyczajowymi mini-postojami. Na początku było to 30 km, potem przez większość trasy 25, od Łukowa już 20, a teraz 15. Oj, źle się dzieje, panie… Wreszcie, kiedy gdzieś między Białą Rawską a Rawą robię kolejny „postoik” po 8 (!!!) km od poprzedniego, dochodzę do wniosku, ze tak dalej być nie może. Wyłączam audiobooka, wrzucam Rammsteina i w pedał. Pomogło. Na raz dociągnąłem dobrze za Rawę, znów ponad 20 km, a na liczniku już 456 i za 10 padnie rekord życiowy. Widać przyczyna była w dużej mierze psychologiczna ;)
Następny kęs to już Rogów, gdzie zatrzymuje mnie zamknięty przejazd kolejowy. Wykorzystuję to na kolejny postój, ale już wiem, że teraz mnie nic nie powstrzyma. Na liczniku 470, rekord pobity, zostało ok. 35.
Przez Brzeziny przelatuję dość żwawo, jednak wyjazd z kotliny tuż za miastem pokazuje mi skalę zmęczenia – pod górkę wyprzedza mnie dość swobodnie jakiś wsiowy chłopiec na marketowcu. Cóż to jednak znaczy motywacja – po chwili ja go wyprzedzam i następny raz widzę dopiero podczas ostatniego „postoiku” przed Gałkówkiem :)
MakSzynka w menu w Andrespolu ;)

Stąd już z górki: Andrespol, tablica „Łódź” na Rokicińskiej a tuż za nią… stuka mi 500 km trasy. Unoszę ręce, jakbym wygrał etap Tour de France! Kierowcy dziwnie patrzą ;)
Trasą przez Janów, Ofiary i Młynek kończę ten wypad po rekord. Do domu docieram całkowicie zmordowany i nieźle obolały (stopy, dłonie, prawy Achilles, trochę kolana, kark, krocze…) i nawet nie bardzo mam siłę się cieszyć z wyczynu. Właściwie dopiero po trzygodzinnej drzemce do mnie dociera ;)
Łódź - Tomaszów - Radom - Dęblin - Łuków - Góra Kalwaria - Rawa maz. - Łódź
Życiówka. Czas całej wycieczki: 26:05.
PS. Z powodu "psychologicznego" pośpiechu, a potem zmęczenia nie miałem ochoty się zatrzymywać na zdjęcia - olałem nawet pod Przytycznem wielce inspirującą tablicę "Charlejów" (a co z Dawidsonowem? ;)
Kierunek zdeterminował wiatr wiejący w sobotę: wiało z NWW, a zatem Tomaszów i Radom. Mało! Dęblin? Mało, zresztą praktycznie cała tę trasę, tylko w odwrotnym kierunku przejechałem w Wielkanoc (tyle że w dwa dni). Wtedy wpadł mi do głowy Łuków, do którego wybierałem się zimą z Serweczem, ale nie wyszło. A jak Łuków, to i koniecznie cięciwa. A więc łukiem tam, a po cięciwie z powrotem (a wiatr miał się nazajutrz odwrócić na NEE - bajka, nie? :)
Ostatecznie wyszło tak.
Początek mocny. Odczuwalny wiatr w plecy, więc wyraźnie się oszczędzając, w Inowłodzu mam mimo to średnią 28,6. No ale to pierwsze koty za płoty, dalej będzie pod tym względem już tylko gorzej ;)
Pierwszy minikryzys łapie mnie tuż przed Radomiem, już po 135 km. Niepokojące. Robię więc dłuższy postój pod sklepem. Znaczy, jakieś 20 minut ;) Ciastko, dużo soku. Będzie dobrze!
Za Radomiem trasa wiedzie, przez urokliwą puszczę Kozienicką – naprzemienne głębokie lasy i polany, przez które prowadzi droga, są bardzo przyjemne, lecz przywodzą myśl, że już nie za długo zmierzch i trzeba koniecznie się z lasów wydostać, bo w nocy jest w nich choć oko wykol, a moja lampka jest chimeryczna.
Lasy jednak skończyły się niedługo za Pionkami i przez pola oraz nadrzeczne szuwary dotarłem do Wisły. Tu stuknęło mi 200 i zrobiłem kolejny dłuższy postój – na przebranie się w długie i zmianę butów (to ostatnie bezcenne – zabrałem sandały oraz zwykłe buty i kilkukrotnie zmieniałem – chyba tylko dzięki temu moje stopy wytrzymały tę trasę!).
Za Dęblinem zaczęły się niezłe pagórki, przyznam, że się nie spodziewałem. Ponadto szybko się ściemniało, więc niekiedy musiałem zaledwie się domyślać, czemu tak ciężko się jedzie ;) Oprócz pagórków zaczął się też remont drogi na Kock i kilka odcinków ruchu wahadłowego. Na szczęście aut niewiele, więc na bezczelna wchrzaniałem się na czerwonym :P W ogóle jakoś odludno tam było – przez kilkanaście albo i dwadzieścia kilka kilometrów – od Dęblina do Przytyczna - nie przejeżdżałem przez żadną wieś! W środkowej Polsce taka sytuacja jest nie do pomyślenia, a szkoda… W międzyczasie zaś wiatr – jak to wieczorem – prawie całkiem ucichł.
W Przytycznie rzut oka na mapę i już wiem: tu trza odbić w boczne dróżki, bo przez Kock za daleko, zresztą z tym ciągłym ruchem wahadłowym jazda jest nazbyt rwana. Oczywiście ciemno jest już kompletnie, zachmurzenie pełne, więc księżyca ni widu, a w przy drodze w lewo żadnego drogowskazu. Znak przy drodze w prawo (Michów i Lublin) upewnia mnie jednak, że w lewo to właśnie ta droga. Decyzję wspomaga spory jak na tak boczną dróżkę ruch samochodowy – widać wiedzie ona DOKĄDŚ… Ruszam.
Za chwilę droga się rozwidla, a ja nie mam dokładnej mapy… Próbuję prawej odnogi świadom, że to raczej nie ta, ale może to być niezły skrót do Serokomli. Niestety, a może na szczęście już po ok. kilometrze droga przechodzi w gruntówkę. Zawracam. Lewa odnoga prezentuje się nieźle – asfalt przyzwoity, ruch wystarczający, by mieć nadzieję, ale niewystarczający, by zmęczyć. Jadę.
Po raz pierwszy włączam lampkę sprowadzoną z Hong-kongu. Matko, jak ona niewiarygodnie mocno świeci! Czuję się jak na motocyklu! Dopóki asfalt jest gładki, gratuluję sobie w myślach zakupu, przy pierwszych drobnych nierównościach – wraca stara przypadłość – lampka przy każdym wstrząsie zmienia tryb świecenia, więc mam dyskotekę: mocne światło – słabsze światło – strobo. I tak w kółko. Co za debil wymyślił ten spieprzony wyłącznik i te spieprzone tryby?! Nie wystarczyłoby „włącz”?! Wtedy nic by się nie mogło popsuć…
Lampka tak mnie spieniła, że ją wyłączam i przez chwilę jadę na samym Cateye’u. Po chwili jednak stwierdzam, że nie ma co się obrażać na rzeczywistość i że mimo dyskoteki z lampką chińską (w dowolnym trybie świecenia) widzę w każdym razie lepiej niż bez niej, więc od tej pory włączam ją na stałe, co jakiś czas korygując tylko tryb, a z czasem i z tego rezygnując. Nawet przy strobo (bardzo szybkim, uniemożliwiającym akomodację) da się jakoś jechać ;)
A tymczasem droga wije się wśród lasów oraz pól i ogólnie nie bardzo wiadomo, czy to ta droga. Pierwsza wieś „Krzówka”, a na mapie mam napisane „Krzyżówka” – błąd na mapie czy w mojej nawigacji…? Dość długo nie ma żadnej kolejnej wsi, potem są dwie, których nazwy nic mi nie mówią i wreszcie jest – Adamów – dobra nasza, to tędy! :)
Bardzo dobra jest też nawierzchnia – jestem zbudowany postawą tutejszych drogowców ;)
W Wojcieszkowie wylatuję na drogę Kock-Łuków i nawierzchnia się pogarsza, ale ja już poczułem cel, więc rwę do przodu. Jeszcze godzina i o 00:45 staję na dłuższy postój na całodobowej stacji w Łukowie. Jedzenie, napój energetyczny, toaleta, zmiana butów. Chyba z pół godziny tam spędziłem, szukając motywacji do dalszej jazdy. Wreszcie znalazłem: stąd będzie już z każdą chwilą coraz bliżej domu! :) Ruszam o godz. 01:15, a licznik pokazuje 277 km…

Do Stoczka Łukowskiego trasa bez historii, wyznaczana ciągła walką z kiepską dość nawierzchnią i – w konsekwencji – ze zmieniającą jak w kalejdoskopie tryby lampką. Podczas krótkiego postoju za Stoczkiem widzę na niebie najpierwsze oznaki świtu – dobra nasza! Od Wilchty jest już na tyle widno, ze całkowicie gaszę przednie lampki, przetrwałem noc! A na liczniku 325 – będzie dobrze!
Teraz troszkę błądzenia po bocznych (acz tym razem nieźle oznakowanych drogach) – przez Warszawice i Dziecinów docieram w znane mi z wielkanocnego wypadu okolice mostu w Górze Kalwarii. Powoli też zrywa się wiatr. Północny. Nie tak źle, choć mogło i miało być lepiej…
Za Wisłą znów te – zaskakujące w tym miejscu – pagórki. Mając w nogach już ponad 350 km oraz za sobą kilkanaście godzin w siodle nie chce się, oj nie chce się pedałować pod górę… No, ale trzeba, bo takie mini-czechy będą już właściwie aż do samej Łodzi. Trudno, jak nie ja dam radę, to kto?! ;)
400 km stuka mi w Grójcu i uświadamia mi, ze jestem już bardzo, ale to bardzo zmęczony. Widać różnicę w formie z poprzednia poważną trasą („Pikuś z Przodkiem”) – wtedy byłem po wyprawie i chyba w życiowej kondycji, teraz jestem po przerwie i właściwie "z marszu", i mimo że trasa jest przecież o niebo łatwiejsza – „wysiadam”. No, ale przecież dojadę! :)
A tymczasem „mini-czechy” trwają w najlepsze, a ja sukcesywnie skracam dystanse między moimi zwyczajowymi mini-postojami. Na początku było to 30 km, potem przez większość trasy 25, od Łukowa już 20, a teraz 15. Oj, źle się dzieje, panie… Wreszcie, kiedy gdzieś między Białą Rawską a Rawą robię kolejny „postoik” po 8 (!!!) km od poprzedniego, dochodzę do wniosku, ze tak dalej być nie może. Wyłączam audiobooka, wrzucam Rammsteina i w pedał. Pomogło. Na raz dociągnąłem dobrze za Rawę, znów ponad 20 km, a na liczniku już 456 i za 10 padnie rekord życiowy. Widać przyczyna była w dużej mierze psychologiczna ;)
Następny kęs to już Rogów, gdzie zatrzymuje mnie zamknięty przejazd kolejowy. Wykorzystuję to na kolejny postój, ale już wiem, że teraz mnie nic nie powstrzyma. Na liczniku 470, rekord pobity, zostało ok. 35.
Przez Brzeziny przelatuję dość żwawo, jednak wyjazd z kotliny tuż za miastem pokazuje mi skalę zmęczenia – pod górkę wyprzedza mnie dość swobodnie jakiś wsiowy chłopiec na marketowcu. Cóż to jednak znaczy motywacja – po chwili ja go wyprzedzam i następny raz widzę dopiero podczas ostatniego „postoiku” przed Gałkówkiem :)
MakSzynka w menu w Andrespolu ;)

Stąd już z górki: Andrespol, tablica „Łódź” na Rokicińskiej a tuż za nią… stuka mi 500 km trasy. Unoszę ręce, jakbym wygrał etap Tour de France! Kierowcy dziwnie patrzą ;)
Trasą przez Janów, Ofiary i Młynek kończę ten wypad po rekord. Do domu docieram całkowicie zmordowany i nieźle obolały (stopy, dłonie, prawy Achilles, trochę kolana, kark, krocze…) i nawet nie bardzo mam siłę się cieszyć z wyczynu. Właściwie dopiero po trzygodzinnej drzemce do mnie dociera ;)
Łódź - Tomaszów - Radom - Dęblin - Łuków - Góra Kalwaria - Rawa maz. - Łódź
Życiówka. Czas całej wycieczki: 26:05.
PS. Z powodu "psychologicznego" pośpiechu, a potem zmęczenia nie miałem ochoty się zatrzymywać na zdjęcia - olałem nawet pod Przytycznem wielce inspirującą tablicę "Charlejów" (a co z Dawidsonowem? ;)
- DST 513.24km
- Teren 1.50km
- Czas 20:41
- VAVG 24.81km/h
- VMAX 55.34km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 1503m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 13 czerwca 2010
Kategoria Surly-arch, Wycieczka
Z N. dobylegdzie :)
Dom - Młynek - Jędrzejowska - Wiśniowa Góra - Wola Rakowa - Pałczew - Wola Kutowa - Dalków - Zamość - Sługocice - Ceniawy - Lubiatów - Ceniawy - Będków - Prażki - Teodorów - Dalków - Wardzyń - Wola Rakowa - Stróża - Giemzów - Bronisin - Młynek - dom.
- DST 102.36km
- Teren 0.50km
- Czas 05:04
- VAVG 20.20km/h
- VMAX 37.22km/h
- Temperatura 24.0°C
- Podjazdy 325m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 30 maja 2010
Kategoria Surly-arch, Wycieczka
Wichrowe dobylegdzie z Serweczem
Łódź - Stryków - Głowno - Grudze Nowe - Łyszkowice - Kołacin - Jeżów - Brzeziny - Łódź.
Słaby, a potem średni wiatr z SEE - dobrze pomyślany przebieg rasy pozwolił na nim nie bardzo ucierpieć na początku, a ładnie wykorzystać w końcówce.
Słaby, a potem średni wiatr z SEE - dobrze pomyślany przebieg rasy pozwolił na nim nie bardzo ucierpieć na początku, a ładnie wykorzystać w końcówce.
- DST 132.87km
- Czas 04:53
- VAVG 27.21km/h
- VMAX 62.00km/h
- Temperatura 23.0°C
- Podjazdy 685m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 29 maja 2010
Kategoria Surly-arch, Wycieczka
Bez celu dawnymi ścieżkami
Udało mi się dziś przejechać dobrych 40 km drogami, którymi jechałem najwyżej raz w życiu. W tej okolicy to sukces! ;)
Łódź - Młynek - Stróża - Brójce - Dalków - Zamość - Sługocice - Gutków - Cieniawy - Łaznarz = Lubiatów - Wolbórz - Chorzęcin - Zawada - Łazisko - Wygoda - Olszowa - Będków - Zamość - Wola Rakowa - Wandalin - Kolumny - Łódź
Łódź - Młynek - Stróża - Brójce - Dalków - Zamość - Sługocice - Gutków - Cieniawy - Łaznarz = Lubiatów - Wolbórz - Chorzęcin - Zawada - Łazisko - Wygoda - Olszowa - Będków - Zamość - Wola Rakowa - Wandalin - Kolumny - Łódź
- DST 111.74km
- Czas 04:10
- VAVG 26.82km/h
- VMAX 43.58km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 339m
- Sprzęt arch-Surly
- Aktywność Jazda na rowerze





















