Pirenoja, dz. 7
Wczoraj rest, roweru nie dotknąłem, ale zrobiłem rozciąganie (to już ten wiek ;-) i solidny spacer w ramach regeneracji. I chyba pomogło, bo dziś byłem szybki jak Wilk w rui ;-)
A było co jeździć, bo dziś trzy bigi. Co prawda na lekko (mimo że z dość wypchaną sakwą), ale po sumie podjazdów widać, że bynajmniej lekko nie było.
Ale przede wszystkim na dziś kiepska prognoza, potencjalnie już od 13 miało padać. Więc zebrałem się dość wcześnie (jak na mnie), bo start o 8:30. I trzeba przyznać, że jechałem sprawnie. Pierwszy postój po 8 km wymuszony, bo trza kupić chleb. W boulangerie spora kolejka i jedna niemrawa sprzedawczyni, więc trochę to potrwało, a przecież jeszcze trza było trochę tego chleba na śniadanie zjeść.
Potem już longiem 700m na pierwszego biga, Col de Puymorens (ok 2000 npm). Na górze jestem o 10 i mam średnią prędkość... 19 kmh! Kilka ciastek i zjazd z drugiej strony, ale tylko 150m.
Tu już początek podjazdu na Port d'Envalira (2406, chyba najwyższy punkt tej wyprawy). Nachylenia znów dla ludzi (średnio 6%), więc jadę gracko. Przejście graniczne do Andory bez kontroli, tylko szykana, żeby zwolnić. Potem spore miasteczko na podjeździe, nazwa i tablica francuska, ale marki sklepów już andorańskie. Nadal nie wiem, w którym formalnie państwie to leży :-)
I ruch jak na wielkanoc w USC! Jakoś się przebijam i dalej do góry na przełęcz. Na miejscu jestem o 11. Rewelacyjny czas! No i wciąż dobra pogoda (choć marna przejrzystość jak co dzień), więc jest spora szansa, że większość trasy zrobię na sucho. Zatem szybka kanapka i zjazd. Ładne widoki nawet :-)


A na podjeździe pod granicę tym razem regularny korek! Ze dwa kilometry! Dobrze, że wyruszyłem wcześnie i nie musiałem podjeżdżać w tych spalinach!

Potem trzeba podjechać te 140m na Puymorens i dalej już 27 km zjazdu z powrotem do Bourg-Madame. W Carrefour jestem o 12:40. Olbrzymi sklep i ciężko cokolwiek znaleźć, więc schodzi mi mnóstwo czasu i na kempingu jestem dopiero o 13:30 (a to raptem półtora kilometra).
Tu lancz z (wreszcie!) francuskimi pysznościami i o 14 odpalam na trzeciego biga. Zostało mi 37 km i 1100, pogoda wciąż okej, chociaż od strony Envaliry idą chmury i słychać grzmoty...
Na podjeździe na Coma Morera (bodaj 2200) już czuć nóżki plus jest fatalna nawierzchnia, więc jadę wolniej. Ale też jest bardziej stromo, wiec jednak te 700 m/h robię. Wciągam z jednym postojem i na górze jestem tuż przed 16. Stoję tylko chwilę i w pedał. Może cały dzień będzie na sucho...?
Zjazd jest koszmarny. Trzęsie i telepie prawie jak na bruku. A ostatnie dwa kilometry jednak w ulewie, a nawet gradzie! Dojeżdżam posiekany (aż piecze skóra od uderzeń gradu) i kompletnie mokry, ale to już bez znaczenia. Uderzam prosto do sanitariatów (jedyny dach), gdzie przeczekuję najgorsze, a potem biegiem po ręcznik i obozowe ciuchy. No i wreszcie gorący prysznic, pranie, a w międzyczasie się przeciera :-)
Korzystając z poprawy ruszam więc do Karfura po cydr (za pierwszym podejściem nie udało mi się go znaleźć, a jakże tak dwa wieczory we Francji z rzędu i bez cydru? :-/). Z trudem i pomocą sprzedawcy z rybnego w końcu znajduję i wracam na kemping. Pogoda znów się psuje, ale jeszcze zdążyłem kulturalnie zjeść przy stoliku i dopiero pod koniec pisania tej relacji znów przywaliło. Oby się przez noc wypadało!
A było co jeździć, bo dziś trzy bigi. Co prawda na lekko (mimo że z dość wypchaną sakwą), ale po sumie podjazdów widać, że bynajmniej lekko nie było.
Ale przede wszystkim na dziś kiepska prognoza, potencjalnie już od 13 miało padać. Więc zebrałem się dość wcześnie (jak na mnie), bo start o 8:30. I trzeba przyznać, że jechałem sprawnie. Pierwszy postój po 8 km wymuszony, bo trza kupić chleb. W boulangerie spora kolejka i jedna niemrawa sprzedawczyni, więc trochę to potrwało, a przecież jeszcze trza było trochę tego chleba na śniadanie zjeść.
Potem już longiem 700m na pierwszego biga, Col de Puymorens (ok 2000 npm). Na górze jestem o 10 i mam średnią prędkość... 19 kmh! Kilka ciastek i zjazd z drugiej strony, ale tylko 150m.
Tu już początek podjazdu na Port d'Envalira (2406, chyba najwyższy punkt tej wyprawy). Nachylenia znów dla ludzi (średnio 6%), więc jadę gracko. Przejście graniczne do Andory bez kontroli, tylko szykana, żeby zwolnić. Potem spore miasteczko na podjeździe, nazwa i tablica francuska, ale marki sklepów już andorańskie. Nadal nie wiem, w którym formalnie państwie to leży :-)
I ruch jak na wielkanoc w USC! Jakoś się przebijam i dalej do góry na przełęcz. Na miejscu jestem o 11. Rewelacyjny czas! No i wciąż dobra pogoda (choć marna przejrzystość jak co dzień), więc jest spora szansa, że większość trasy zrobię na sucho. Zatem szybka kanapka i zjazd. Ładne widoki nawet :-)


A na podjeździe pod granicę tym razem regularny korek! Ze dwa kilometry! Dobrze, że wyruszyłem wcześnie i nie musiałem podjeżdżać w tych spalinach!

Potem trzeba podjechać te 140m na Puymorens i dalej już 27 km zjazdu z powrotem do Bourg-Madame. W Carrefour jestem o 12:40. Olbrzymi sklep i ciężko cokolwiek znaleźć, więc schodzi mi mnóstwo czasu i na kempingu jestem dopiero o 13:30 (a to raptem półtora kilometra).
Tu lancz z (wreszcie!) francuskimi pysznościami i o 14 odpalam na trzeciego biga. Zostało mi 37 km i 1100, pogoda wciąż okej, chociaż od strony Envaliry idą chmury i słychać grzmoty...
Na podjeździe na Coma Morera (bodaj 2200) już czuć nóżki plus jest fatalna nawierzchnia, więc jadę wolniej. Ale też jest bardziej stromo, wiec jednak te 700 m/h robię. Wciągam z jednym postojem i na górze jestem tuż przed 16. Stoję tylko chwilę i w pedał. Może cały dzień będzie na sucho...?
Zjazd jest koszmarny. Trzęsie i telepie prawie jak na bruku. A ostatnie dwa kilometry jednak w ulewie, a nawet gradzie! Dojeżdżam posiekany (aż piecze skóra od uderzeń gradu) i kompletnie mokry, ale to już bez znaczenia. Uderzam prosto do sanitariatów (jedyny dach), gdzie przeczekuję najgorsze, a potem biegiem po ręcznik i obozowe ciuchy. No i wreszcie gorący prysznic, pranie, a w międzyczasie się przeciera :-)
Korzystając z poprawy ruszam więc do Karfura po cydr (za pierwszym podejściem nie udało mi się go znaleźć, a jakże tak dwa wieczory we Francji z rzędu i bez cydru? :-/). Z trudem i pomocą sprzedawcy z rybnego w końcu znajduję i wracam na kemping. Pogoda znów się psuje, ale jeszcze zdążyłem kulturalnie zjeść przy stoliku i dopiero pod koniec pisania tej relacji znów przywaliło. Oby się przez noc wypadało!
- DST 122.76km
- Teren 0.35km
- Czas 05:57
- VAVG 20.63km/h
- VMAX 60.50km/h
- Temperatura 27.0°C
- HRmax 150
- HRavg 128
- Kalorie 3072kcal
- Podjazdy 2690m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Pirenoja, dz. 5
Wreszcie zasnąłem bez problemu i to mimo stresiku związanego z dzikiem. Na szczęście strumień szumiał na tyle głośno, że żadnych dziwnych odgłosów nie było ;-)
Pobudka o 7. Ciepło, bluza znów niepotrzebna mimo że to 900 m npm. Szykowałem się na spokojnie, ale i tak wystartowałem o 9. Widać, że brak kibelka dużo zmienia :-P
Pierwsze kroki na dół do Berga, bo trza zrobić zakupy w ostatniej Mercadonie. Na zjeździe okazuje się, że mam do wymiany tylne klocki. Wczoraj kompletnie o tym zapomniałem :-/
Pod Mercadoną szybka wymiana, potem kibelek i zakupy. Godzinę mi zjadło. Ruszam już w solidnym upale. Trudno.
Ostry podjazd z powrotem na rozjazd nad Bergą i dalej fajną boczną szosą, która wcale nie robi wiecej podjazdów niż główna. Spokój, cisza i piękne widoki.

Potem szosy się łączą i lecę juz bardzo ruchliwą C-16. Zakazu nie ma i Hiszpanie jadą kulturalnie, tylko jakiś Francuz mnie otrąbił :-P
Przed Guardiolą jem lancz na fajnym parkingu z dżizasami, potem przez miasteczko i ostatnie 2 km główną do Baga. Tu już zaczyna się big, ale muszę nabrać wody, a nie bardzo jest gdzie. A jeszcze ślad coś pokręcony i prowadzi... schodami. W końcu wodę biorę z umywalki w nieczynnej informacji turystycznej i zaczynam podjazd.
Niezły. 5-9%, do tego niewiele, ale jednak trochę cienia. Mijam skały z przystawiającymi się łojantami oraz (chyba) obóz kondycyjny policji, bo najpierw widzę dwa radiowozy, a potem grupkę ludzi biegnacych w ich kierunku ze sporym (i niemal identycznym u wszystkich) ekwipunkiem. Dobrze, że się nie przyczepili, że nie mam kasku! ;-) A jeszcze mnie pozdrawiali :-)
Pierwszy postój po 300m, świeży to już dzisiaj nie jestem (w planach był dziś rest, ale na dziku nie bardzo :-P). Kolejny znów po 300, bo o dziwo jest woda. Spotykam tam szosowca spod Barcelony i chwilę gadamy. Następne 700m na dwa razy i pod koniec mam już raczej serdecznie dosyć. A jeszcze robi się wiatr w pysk.
No, ale wszystko się kiedyś kończy i Coll de Pal też, na wysokości 2100m. Ciepło, 28 stopni, więc od razu zjazd. Pierwsze 1,5 km to asfalt donikąd, a potem już szuter. Kamienisty albo kopny albo jedno i drugie. Odcinki ponad 20% sprowadzam, a jest ich kilka. Wolę tak niż zaliczyć szlify.

A sztywny rower z pełnym bagażem sprawuje się na takiej drodze nieco gorzej niż full ;-)
Wreszcie jestem w La Molina, tylko 4 km, a ok 500m w dół! Teraz już asfaltem, dobra nasza! Długi, falujący zjazd, potem trochę po płaskim, a na koniec leciutki podjazd do Puigcerda z niestety przodobocznym wiatrem. Tu wyprzedza mnie elektriczka, więc siadam na koło i zamiast 19 jadę 24 kmh :-)
W miasteczku ostatnie zakupy (mleko do kawy!) i jadę na kemping już po francuskiej stronie. O dziwo jest płasko, a myślałem, że granica to jakaś grań, ale na szczęście nie :-)
Kemping trochę zapuszczony, ale strasznie mily właściciel, dostaję kabel do namiotu (i mogę się kulturalnie i bezpiecznie ładować!), pożyczam krzesło i stolik, super! A cena 9 za noc! :-D
No to biorę na trzy noce, bo jutro wreszcie rest, a pojutrze 2 solidne bigi na lekko. Szkoda tylko, że rest w niedzielę, ale na szczęście ten mały market po hiszpańskiej stronie (raptem kilometr stąd) będzie czynny do 14. Dobre i to :-)
Pobudka o 7. Ciepło, bluza znów niepotrzebna mimo że to 900 m npm. Szykowałem się na spokojnie, ale i tak wystartowałem o 9. Widać, że brak kibelka dużo zmienia :-P
Pierwsze kroki na dół do Berga, bo trza zrobić zakupy w ostatniej Mercadonie. Na zjeździe okazuje się, że mam do wymiany tylne klocki. Wczoraj kompletnie o tym zapomniałem :-/
Pod Mercadoną szybka wymiana, potem kibelek i zakupy. Godzinę mi zjadło. Ruszam już w solidnym upale. Trudno.
Ostry podjazd z powrotem na rozjazd nad Bergą i dalej fajną boczną szosą, która wcale nie robi wiecej podjazdów niż główna. Spokój, cisza i piękne widoki.

Potem szosy się łączą i lecę juz bardzo ruchliwą C-16. Zakazu nie ma i Hiszpanie jadą kulturalnie, tylko jakiś Francuz mnie otrąbił :-P
Przed Guardiolą jem lancz na fajnym parkingu z dżizasami, potem przez miasteczko i ostatnie 2 km główną do Baga. Tu już zaczyna się big, ale muszę nabrać wody, a nie bardzo jest gdzie. A jeszcze ślad coś pokręcony i prowadzi... schodami. W końcu wodę biorę z umywalki w nieczynnej informacji turystycznej i zaczynam podjazd.
Niezły. 5-9%, do tego niewiele, ale jednak trochę cienia. Mijam skały z przystawiającymi się łojantami oraz (chyba) obóz kondycyjny policji, bo najpierw widzę dwa radiowozy, a potem grupkę ludzi biegnacych w ich kierunku ze sporym (i niemal identycznym u wszystkich) ekwipunkiem. Dobrze, że się nie przyczepili, że nie mam kasku! ;-) A jeszcze mnie pozdrawiali :-)
Pierwszy postój po 300m, świeży to już dzisiaj nie jestem (w planach był dziś rest, ale na dziku nie bardzo :-P). Kolejny znów po 300, bo o dziwo jest woda. Spotykam tam szosowca spod Barcelony i chwilę gadamy. Następne 700m na dwa razy i pod koniec mam już raczej serdecznie dosyć. A jeszcze robi się wiatr w pysk.
No, ale wszystko się kiedyś kończy i Coll de Pal też, na wysokości 2100m. Ciepło, 28 stopni, więc od razu zjazd. Pierwsze 1,5 km to asfalt donikąd, a potem już szuter. Kamienisty albo kopny albo jedno i drugie. Odcinki ponad 20% sprowadzam, a jest ich kilka. Wolę tak niż zaliczyć szlify.

A sztywny rower z pełnym bagażem sprawuje się na takiej drodze nieco gorzej niż full ;-)
Wreszcie jestem w La Molina, tylko 4 km, a ok 500m w dół! Teraz już asfaltem, dobra nasza! Długi, falujący zjazd, potem trochę po płaskim, a na koniec leciutki podjazd do Puigcerda z niestety przodobocznym wiatrem. Tu wyprzedza mnie elektriczka, więc siadam na koło i zamiast 19 jadę 24 kmh :-)
W miasteczku ostatnie zakupy (mleko do kawy!) i jadę na kemping już po francuskiej stronie. O dziwo jest płasko, a myślałem, że granica to jakaś grań, ale na szczęście nie :-)
Kemping trochę zapuszczony, ale strasznie mily właściciel, dostaję kabel do namiotu (i mogę się kulturalnie i bezpiecznie ładować!), pożyczam krzesło i stolik, super! A cena 9 za noc! :-D
No to biorę na trzy noce, bo jutro wreszcie rest, a pojutrze 2 solidne bigi na lekko. Szkoda tylko, że rest w niedzielę, ale na szczęście ten mały market po hiszpańskiej stronie (raptem kilometr stąd) będzie czynny do 14. Dobre i to :-)
- DST 74.68km
- Teren 5.00km
- Czas 05:14
- VAVG 14.27km/h
- VMAX 58.30km/h
- Temperatura 34.0°C
- HRmax 136
- HRavg 112
- Kalorie 1952kcal
- Podjazdy 1773m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Pirenoja, dz. 4
Wczoraj doszedłem do wniosku, ze skoro wszystkie kempingi w okolicy są pełne lub mają max jedno miejsce, to warto by zadzwonić na następny i sprawdzić, czy mnie przyjmą. Dzwonię i lipa. Camping Resort w Berga jest full, a mniejszy Fontfreda (znacznie wyżej, ale po drodze na biga)... też jest full. Nie ma gdzie spać. Więc wieczorem wyszukałem sobie nieźle wyglądające miejsce na dzika w pobliżu początku biga i tam dziś zmierzam. A skoro dzik, to nie ma sensu być tam zbyt wcześnie, żeby uwagi nie zwracać obozem. W związku z tym, rano działam zupełnie bez spiny. Po zakupie bagietki w kempingowym markecie odpalam dopiero o 9:50.
Na początek dalszy łagodny zjazd doliną Ter aż do Ripoll. Tu okazuje się, że o dziwo mimo 15 sierpnia niektóre markety są czynne! Mercadona i Lidl zamknięte, ale Esclat i Dia otwarte. Szok! Niemniej, akurat wczoraj kupiłem wszystko, co potrzebne (bo myslałem, ze todo będzie cerrado), więc nawet się nie zatrzymuję. Natomiast jem lancz na ławeczce na skwerze i ok południa wbijam się w dwie przełączki.
Upał niewąski, więc jadę spokojnie i jakoś te metry lecą. Za drugą przełączką jest niewielki falujący zjazd do Vilady, a tam widzę znak "kąpielisko Gorg de Salt". Mam czas, mam ochotę na kąpiel, a gorże zawsze lubiłem, więc postanawiam się przejść w bok i zobaczyć, jak tam jest. Ok 500m skalistą ścieżką i widzę takie oto miejsce:

Wygląda super, ale ludzi mnóstwo, kilka psów i woda bardzo mętna, więc wchodzę tylko po kolana, żeby się schłodzić. Po kilkunastu minutach wracam do roweru i jadę dalej. A dalej jest lekko czeska trasa wzdłuż jeziora zaporowego na Llobergat (ta sama rzeka, któa w Barcelonie uchodzi do morza, tylko tam prawie nie ma w niej wody, a tutaj super jezioro! :)

Potem jeszcze ostry podjazd na rozdroże nad Bergą i zaczynam biga.

"Stary zamek" nad Bergą
Ale tylko ze 150m, bo po chwili już jestem na moim zaplanowanym dziku. Jest mnóstwo dżizasów porozrzucanych po lesie, są co najmniej dwa źródełka, siłownia na świeżym powietrzu, plac zabaw, obita spitami skała i... ćma narodu! Mnóstwo ludzi piknikuje, wszystkie dżizasy zajęte! Ale miejsce na nocleg się zdecydowanie nadaje, a ludzie przecież się wieczorem wyniosą, prawda? Więc jem późny lancz na o dziwo wolnej ławce (bez stolika), kitram sakwy w krzakach po drugiej stronie szosy (tu raczej nikt nie dociera) i ok. godz. 16 ruszam na górę. To jeszcze 1000 podjazdu, więc nie w kij dmuchał.

Biga robię na dwa razy, ale mimo że na lekko, to czuć już wyraźne zmęczenie. Niby VAM 700, ale mam trochę dosyć. Należałby się jutro rest (i taki był plan), ale na dziku to nie ma sensu (ani nawet się nie da, bo trza nałądować cały sprzęt!), więc trzeba będzie wytrzymać jeszcze jeden (oby tylko) dzień. A póki co z biga ładne widoki, ale przejrzystość powietrza fatalna, więc fotki słabe.

Zjeżdżam w niecałą godzinę i sprawdzam sytuację na dziku. O godz. 19 ludzi wciąż sporo, ale jednak juz znacznie mniej. Upatrzony wcześniej dżizas wolny, a z sąsiedniego właśnie się zbierają biesiadnicy (chyba z 15 osób z dostawionym dodatkowym stolikiem i kilkoma turystycznymi krzesłami!). Zajmuję swoje miejsce rowerem i sakwami, przebieram w kapielówki i lecę sie myć do rzeczki, póki nie jest chłodno. Aktualnie 27 stopni. Rzeka zimna, ale nie lodowata i o dziwo woda nie jakoś bardzo miękka, więc mycie jest nawet fajne :)
Potem sobie gotuję, krzatam się i spokojnie czekam, aż ostatni piknikowicze się zmyją. Nastepuje to dopiero o zmroku, więc w te pędy rozbijam namiot, póki jeszcze cokolwiek widać. A juz po zmroku na sąsiednie gniazdo dżizasów (ok 100m dalej) robi najazd wataha (jak sądzę) młodzieży. Świecą szperaczami, hałasują jakby tłukli o siebie butelkami PET, drą ryje... no klasyk. Na szczęście do mnie nie docierają i wreszcie jakoś przed 23 się zmywają. Nareszcie cisza... to znaczy strumyk dość głośno szumi, a poza tym spokój. Z lekkim stresikiem (z powodu tej młodzieży), ale jednak kładę się spać i o dziwo zasypiam niemal natychmiast...
Na początek dalszy łagodny zjazd doliną Ter aż do Ripoll. Tu okazuje się, że o dziwo mimo 15 sierpnia niektóre markety są czynne! Mercadona i Lidl zamknięte, ale Esclat i Dia otwarte. Szok! Niemniej, akurat wczoraj kupiłem wszystko, co potrzebne (bo myslałem, ze todo będzie cerrado), więc nawet się nie zatrzymuję. Natomiast jem lancz na ławeczce na skwerze i ok południa wbijam się w dwie przełączki.
Upał niewąski, więc jadę spokojnie i jakoś te metry lecą. Za drugą przełączką jest niewielki falujący zjazd do Vilady, a tam widzę znak "kąpielisko Gorg de Salt". Mam czas, mam ochotę na kąpiel, a gorże zawsze lubiłem, więc postanawiam się przejść w bok i zobaczyć, jak tam jest. Ok 500m skalistą ścieżką i widzę takie oto miejsce:

Wygląda super, ale ludzi mnóstwo, kilka psów i woda bardzo mętna, więc wchodzę tylko po kolana, żeby się schłodzić. Po kilkunastu minutach wracam do roweru i jadę dalej. A dalej jest lekko czeska trasa wzdłuż jeziora zaporowego na Llobergat (ta sama rzeka, któa w Barcelonie uchodzi do morza, tylko tam prawie nie ma w niej wody, a tutaj super jezioro! :)

Potem jeszcze ostry podjazd na rozdroże nad Bergą i zaczynam biga.

"Stary zamek" nad Bergą
Ale tylko ze 150m, bo po chwili już jestem na moim zaplanowanym dziku. Jest mnóstwo dżizasów porozrzucanych po lesie, są co najmniej dwa źródełka, siłownia na świeżym powietrzu, plac zabaw, obita spitami skała i... ćma narodu! Mnóstwo ludzi piknikuje, wszystkie dżizasy zajęte! Ale miejsce na nocleg się zdecydowanie nadaje, a ludzie przecież się wieczorem wyniosą, prawda? Więc jem późny lancz na o dziwo wolnej ławce (bez stolika), kitram sakwy w krzakach po drugiej stronie szosy (tu raczej nikt nie dociera) i ok. godz. 16 ruszam na górę. To jeszcze 1000 podjazdu, więc nie w kij dmuchał.

Biga robię na dwa razy, ale mimo że na lekko, to czuć już wyraźne zmęczenie. Niby VAM 700, ale mam trochę dosyć. Należałby się jutro rest (i taki był plan), ale na dziku to nie ma sensu (ani nawet się nie da, bo trza nałądować cały sprzęt!), więc trzeba będzie wytrzymać jeszcze jeden (oby tylko) dzień. A póki co z biga ładne widoki, ale przejrzystość powietrza fatalna, więc fotki słabe.

Zjeżdżam w niecałą godzinę i sprawdzam sytuację na dziku. O godz. 19 ludzi wciąż sporo, ale jednak juz znacznie mniej. Upatrzony wcześniej dżizas wolny, a z sąsiedniego właśnie się zbierają biesiadnicy (chyba z 15 osób z dostawionym dodatkowym stolikiem i kilkoma turystycznymi krzesłami!). Zajmuję swoje miejsce rowerem i sakwami, przebieram w kapielówki i lecę sie myć do rzeczki, póki nie jest chłodno. Aktualnie 27 stopni. Rzeka zimna, ale nie lodowata i o dziwo woda nie jakoś bardzo miękka, więc mycie jest nawet fajne :)
Potem sobie gotuję, krzatam się i spokojnie czekam, aż ostatni piknikowicze się zmyją. Nastepuje to dopiero o zmroku, więc w te pędy rozbijam namiot, póki jeszcze cokolwiek widać. A juz po zmroku na sąsiednie gniazdo dżizasów (ok 100m dalej) robi najazd wataha (jak sądzę) młodzieży. Świecą szperaczami, hałasują jakby tłukli o siebie butelkami PET, drą ryje... no klasyk. Na szczęście do mnie nie docierają i wreszcie jakoś przed 23 się zmywają. Nareszcie cisza... to znaczy strumyk dość głośno szumi, a poza tym spokój. Z lekkim stresikiem (z powodu tej młodzieży), ale jednak kładę się spać i o dziwo zasypiam niemal natychmiast...
- DST 94.94km
- Teren 0.30km
- Czas 05:16
- VAVG 18.03km/h
- VMAX 65.90km/h
- Temperatura 34.0°C
- HRmax 142
- HRavg 116
- Kalorie 2092kcal
- Podjazdy 1944m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Pirenoja, dz. 3
Rano nadal ciepło, zwijam się jakoś bez pośpiechu i odpalam o 9:30. Na początek zakup bagietki w Sparze, a potem toczę się aż do Olota. Tutaj mam misję: wczoraj mocząc bandanę w Mercadonie zostawiłem na umywalce okulary słoneczne :/ Więc dziś trza kupić, bo zjazdy bez okularów są zwyczajnie niebezpieczne (owad w oko?). Sporawdziłem wczesniej w kilku zwykłych marketach, ale albo nie ma wcale, albo same "musze" modele. Na szczęście przed Olotem mnie olśniło: chiński market! W Hiszpanii są w każdym większym miasteczku, więc i tutaj powinien być, to szukam.
Market się znalazł, a nim olbrzymi wybór okularów w śmiesznych cenach (3-5 EUR). Wybieram najmniej niewygodne i już jestem uratowany. potem jeszcze lancz i zakupy w Mercadonie (ostatni market dziś) i dopiero jakoś wczesnym popołudniem ruszam dalej.
Po krótkim zjeździe ma sie zacząć ostry podjazd na przełączkę prowadzącą do doliny Ter. Fajnie, ale okazuje się, że droga jest z zakazem z powodu długich tuneli. To wyjaśnia "ostry podjazd" na mapie, ale nie ułatwia dalszej jazdy. Na szczęście jest sensowna alternatywa. Nie wiadomo wprawdzie, o ile więcej ma podjazdów (bo te w tunelach są przekłamane), ale nie ma jakoś dużo, więc układam trasę w connect, zrzucam na Edga i heja. Przełączka wchodzi bezproblemowo, potem krótki zjazd do doliny i juz jestem na kempingu Els Roures w Sant Pau. Mają ostatnie wolne miejsce! Oglądam je i nie podoba mi się: jest tuż przy wjeździe, każde auto będzie mi świecić w namiot. Oprócz tego mnóstwo hałaśliwej dzieciarni i ogólnie rejwach, jak to w Hiszpanii. Kawałek dalej jest drugi kemping. Dzwonię i okazuje się, że też mają jedno miejsce. Proszę o zarezerwowanie na pół godziny i ryzykuję, że tam będzie lepiej. A tymczasem poważnie się zachmurzyło, a w oddali słychać grzmoty ze strony mojego zaplananowanego na popołudnie biga... No to jadę.
Faktycznie, miejsce wyraźnie lepsze (z dżizasem, prąd blisko, cień), więc cieszę się z tej decyzji. Obóz, kanapka, kitranie żarcia w cieniu krzaków i ok godz. 16 ruszam na biga. Czasem chmury, czasem słońce, wciąż gorąco, ale niekiedy grzmi...
Podjazd na Vallter 2000 bardzo długi, a pierwsza połowa prawie płaska, za to pod lekki wiatr. Pod koniec nudy dopada mnie deszczyk, ale nie jakiś mocny, więc jadę dalej. W Setcases przestaje padać, a ja robię krótki postój pod parasolem knajpki. Teraz już chłodno, raptem 20 stopni. Ale nie pada i wg prognoz juz nie powinno raczej, więc kanapka i w drogę.
Pozostałe na biga 900 metrów robię o dziwo na raz, więc z formą nie jest źle!

Na górze (2150 m npm) również 20 stopni, ale po krótkiej chwili zjazdu okazuje się, że to za zimno na samą koszulkę, więc wrzucam nową bluzę i kurtkę, i jedzie się okej. Zjazd też bardzo długi, ale jednak druga część nie całkiem płaska, bo nawet tam lecę powyżej 30. A może to dlatego, że z wiatrem? :) Na kempingu jestem jakoś około 19, nawet w niezłej formie. Burzy w końcu nie było, a i dzieciarni, choć sporo, jakoś jednak mniej i nieco cichsza niż na poprzednim. Fajnie.
Market się znalazł, a nim olbrzymi wybór okularów w śmiesznych cenach (3-5 EUR). Wybieram najmniej niewygodne i już jestem uratowany. potem jeszcze lancz i zakupy w Mercadonie (ostatni market dziś) i dopiero jakoś wczesnym popołudniem ruszam dalej.
Po krótkim zjeździe ma sie zacząć ostry podjazd na przełączkę prowadzącą do doliny Ter. Fajnie, ale okazuje się, że droga jest z zakazem z powodu długich tuneli. To wyjaśnia "ostry podjazd" na mapie, ale nie ułatwia dalszej jazdy. Na szczęście jest sensowna alternatywa. Nie wiadomo wprawdzie, o ile więcej ma podjazdów (bo te w tunelach są przekłamane), ale nie ma jakoś dużo, więc układam trasę w connect, zrzucam na Edga i heja. Przełączka wchodzi bezproblemowo, potem krótki zjazd do doliny i juz jestem na kempingu Els Roures w Sant Pau. Mają ostatnie wolne miejsce! Oglądam je i nie podoba mi się: jest tuż przy wjeździe, każde auto będzie mi świecić w namiot. Oprócz tego mnóstwo hałaśliwej dzieciarni i ogólnie rejwach, jak to w Hiszpanii. Kawałek dalej jest drugi kemping. Dzwonię i okazuje się, że też mają jedno miejsce. Proszę o zarezerwowanie na pół godziny i ryzykuję, że tam będzie lepiej. A tymczasem poważnie się zachmurzyło, a w oddali słychać grzmoty ze strony mojego zaplananowanego na popołudnie biga... No to jadę.
Faktycznie, miejsce wyraźnie lepsze (z dżizasem, prąd blisko, cień), więc cieszę się z tej decyzji. Obóz, kanapka, kitranie żarcia w cieniu krzaków i ok godz. 16 ruszam na biga. Czasem chmury, czasem słońce, wciąż gorąco, ale niekiedy grzmi...
Podjazd na Vallter 2000 bardzo długi, a pierwsza połowa prawie płaska, za to pod lekki wiatr. Pod koniec nudy dopada mnie deszczyk, ale nie jakiś mocny, więc jadę dalej. W Setcases przestaje padać, a ja robię krótki postój pod parasolem knajpki. Teraz już chłodno, raptem 20 stopni. Ale nie pada i wg prognoz juz nie powinno raczej, więc kanapka i w drogę.
Pozostałe na biga 900 metrów robię o dziwo na raz, więc z formą nie jest źle!

Na górze (2150 m npm) również 20 stopni, ale po krótkiej chwili zjazdu okazuje się, że to za zimno na samą koszulkę, więc wrzucam nową bluzę i kurtkę, i jedzie się okej. Zjazd też bardzo długi, ale jednak druga część nie całkiem płaska, bo nawet tam lecę powyżej 30. A może to dlatego, że z wiatrem? :) Na kempingu jestem jakoś około 19, nawet w niezłej formie. Burzy w końcu nie było, a i dzieciarni, choć sporo, jakoś jednak mniej i nieco cichsza niż na poprzednim. Fajnie.
- DST 103.09km
- Teren 0.40km
- Czas 05:41
- VAVG 18.14km/h
- VMAX 55.60km/h
- Temperatura 28.0°C
- HRmax 142
- HRavg 118
- Kalorie 2421kcal
- Podjazdy 2118m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Pirenoja, dz. 2
Pobudka o 6:30. Pospałbym dłużej, ale dziś długi dzień. Rano na spokojnie robię przepak, bo na samolot w sakwach wszystko inaczej poukładane i nic nie mogę znaleźć ;-)
O 9 zostawiam 3 sakwy i namiot w recepcji i ruszam na biga Turo del'home. 1500 podjazdu, czyli to co tygrysy... Już 30 stopni, ale po wyjechaniu z miasteczka sporo odcinków w cieniu. Jadę spokojnie, bez szaleństw, ale VAM 700+ jednak jest. Nie jest źle! Pierwszy postój po 600m, zjadam kanapkę i heja. Niestety nigdzie nie ma wody, więc trochę oszczędzam. Ale zabrałem 1,5 litra, więc powinno wystarczyć.
Drugi postój na 1200 już tylko na ciastka. Potem miejscami bardzo kiepska nawierzchnia, ale jakoś jadę. Na szczycie (faktycznie szczycie, nie przełęczy) o 12:30. 28 stopni. Chłodek ;-)
Na górze róże i 28 stopni
Na dole zwiędłe fiołki i 42 stopnie. Uch! ;-)
Lancz w Mercadonie (znów lazania) i jadę do hotelu po rzeczy. Trochę mi schodzi i odpalam o 14. Zostało 60 km.

Okazuje się, że z wiatrem znów mam fart. Jest tyłoboczny z prawej póki lecę główną, a jak skręcam w górki, to jest tyłoboczny z lewej :-) mimo to jadę dość powoli, jednak 42 stopnie robią swoje, świeży nie jestem. Po drodze jeszcze dwa postoje na zakup dużej ilości picia (łącznie wypiłem dziś 7 litrów!) i o 18 z minutami jestem na kempingu Alguer. Tu chwila grozy, bo ponoć nie mają miejsc! Ale jednak uff, jedna piazzola wolna. Biorę! Cena 16, tanio. Jeszcze zapraszam do siebie francuską rodzinę rowerzystów (ojciec i dwóch synów), bo dla nich już piazzoli brak, a spoko się pomieścimy.
O godz. 20 wciąż 30 stopni, gróbo. No, ale z każdą chwilą jednak przyjemniej... :-)
O 9 zostawiam 3 sakwy i namiot w recepcji i ruszam na biga Turo del'home. 1500 podjazdu, czyli to co tygrysy... Już 30 stopni, ale po wyjechaniu z miasteczka sporo odcinków w cieniu. Jadę spokojnie, bez szaleństw, ale VAM 700+ jednak jest. Nie jest źle! Pierwszy postój po 600m, zjadam kanapkę i heja. Niestety nigdzie nie ma wody, więc trochę oszczędzam. Ale zabrałem 1,5 litra, więc powinno wystarczyć.
Drugi postój na 1200 już tylko na ciastka. Potem miejscami bardzo kiepska nawierzchnia, ale jakoś jadę. Na szczycie (faktycznie szczycie, nie przełęczy) o 12:30. 28 stopni. Chłodek ;-)
Na górze róże i 28 stopni
Na dole zwiędłe fiołki i 42 stopnie. Uch! ;-)
Lancz w Mercadonie (znów lazania) i jadę do hotelu po rzeczy. Trochę mi schodzi i odpalam o 14. Zostało 60 km.

Okazuje się, że z wiatrem znów mam fart. Jest tyłoboczny z prawej póki lecę główną, a jak skręcam w górki, to jest tyłoboczny z lewej :-) mimo to jadę dość powoli, jednak 42 stopnie robią swoje, świeży nie jestem. Po drodze jeszcze dwa postoje na zakup dużej ilości picia (łącznie wypiłem dziś 7 litrów!) i o 18 z minutami jestem na kempingu Alguer. Tu chwila grozy, bo ponoć nie mają miejsc! Ale jednak uff, jedna piazzola wolna. Biorę! Cena 16, tanio. Jeszcze zapraszam do siebie francuską rodzinę rowerzystów (ojciec i dwóch synów), bo dla nich już piazzoli brak, a spoko się pomieścimy.
O godz. 20 wciąż 30 stopni, gróbo. No, ale z każdą chwilą jednak przyjemniej... :-)
- DST 119.28km
- Czas 06:07
- VAVG 19.50km/h
- VMAX 56.60km/h
- Temperatura 35.0°C
- HRmax 143
- HRavg 120
- Kalorie 2616kcal
- Podjazdy 2185m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Pirenoja, dz. 1
O 6 rano wylot z Wiednia, w Barcelonie byłem o 8:30. Już cieplutko ;-)
Znalazłem fajne miejsce na rozpak, w którym nikt mi nie przeszkadzał i był cień. Na lotnisku zawsze łażą tlumy, a tu, na ławce przy wyjeździe z parkingu tylko samochody obok i to powoli :-)
Nie spieszyłem się i zeszło mi chyba do 11. Przy okazji okazało się, że mi potężnie wygięli tylną rurkę bagażnika. Szok, jak musieli przyjebać rowerem! To jest stal cro-mo i przecież był w 5 warstwach pianki!

Z lotniska pojechałem w upatrzone miejsce koło parku, gdzie miałem zostawić piankę na czas wyprawy. Ale zanim tam dotarłem, trafiłem lepsze miejsce. Bardziej odludne, ogrodzone jeżynami, a sama pianka gęstej kępie trzcin. Rewelacja. Jestem prawie pewien, że ją tam zastanę po powrocie do Barcelony :-)
Potem jeszcze lunch i drobne zakupy w Mercadonie i wreszcie ok 13 ruszam w trasę. To znaczy w miasto, a Barcelona...

... to setki identycznych skrzyżowań z mnóstwem, MNÓSTWEM świateł. A co trzecie czerwone. Okropnie się jechało, a musiałem przejechać całą na wskroś. Wreszcie w Badalonie wyleciałem na szosę przy plaży. Nawet przyjemnie, ochlapałem się w plażowym prysznicu, bo było już ze 40 stopni.

Tuż obok też dość niesamowite pozostałości po dawnej elektrowni. Na żywo super wyglądają!

Potem dłuuugo i dość nudno wzdłuż morza. Wyjątkowo płasko i miałem też fart, bo początkowo przodoboczny wiatr wkrótce zrobił się tyłoboczny. Jeszcze po drodze nie bez trudu kupiłem benzynę (na kilku stacjach nie chcieli mi sprzedać, bo moja butelka od MSRa jest nie "homologado"! Ale wreszcie się udało, a potem dotarłem do Mataro, gdzie zakup kolacji w Mercadonie (skrzydełka pieczone i gruba fasolka szparagowa, mniam!) i gdzie odbiłem w górki.
Podjazd 300m trochę mnie zmęczył, ale złożyłem to na karb nieprzespanej nocy. Potem trochę falowania i zaraz kemping. Na koniec ostra ścianka po szutrze, a potem... Camping jest privado i nie przyjmuje obcych! Dziwne. Ale jakoś to zdzierżyłem nawet. Więc kilka kilometrów lekko w dół do Sant Celoni, a tam ma być area sosta camper. I nawet była, ale to asfaltowy plac, tylko z kranikiem. No, nie dla mnie. Trudno, jadę do hotelu. Cena na booking 63, na miejscu 60. Drogo, ale nie dramat, biorę.
Pokój klitka i strasznie gorąco, ale jest klima. Dość wolno działa, ale jednak zdołała schłodzić pokój w ok 2 godziny. A w całym hotelu upał, na zewnątrz jeszcze większy, więc fajnie, że się udało. O 22 spać. O dziwo nie padam po zarwanej nocy i jeszcze z pół godziny mija zanim zasypiam. Ale potem już śpię jak zabity, nawet hałasująca tuż obok winda mi nie przeszkadza...
Znalazłem fajne miejsce na rozpak, w którym nikt mi nie przeszkadzał i był cień. Na lotnisku zawsze łażą tlumy, a tu, na ławce przy wyjeździe z parkingu tylko samochody obok i to powoli :-)
Nie spieszyłem się i zeszło mi chyba do 11. Przy okazji okazało się, że mi potężnie wygięli tylną rurkę bagażnika. Szok, jak musieli przyjebać rowerem! To jest stal cro-mo i przecież był w 5 warstwach pianki!

Z lotniska pojechałem w upatrzone miejsce koło parku, gdzie miałem zostawić piankę na czas wyprawy. Ale zanim tam dotarłem, trafiłem lepsze miejsce. Bardziej odludne, ogrodzone jeżynami, a sama pianka gęstej kępie trzcin. Rewelacja. Jestem prawie pewien, że ją tam zastanę po powrocie do Barcelony :-)
Potem jeszcze lunch i drobne zakupy w Mercadonie i wreszcie ok 13 ruszam w trasę. To znaczy w miasto, a Barcelona...

... to setki identycznych skrzyżowań z mnóstwem, MNÓSTWEM świateł. A co trzecie czerwone. Okropnie się jechało, a musiałem przejechać całą na wskroś. Wreszcie w Badalonie wyleciałem na szosę przy plaży. Nawet przyjemnie, ochlapałem się w plażowym prysznicu, bo było już ze 40 stopni.

Tuż obok też dość niesamowite pozostałości po dawnej elektrowni. Na żywo super wyglądają!

Potem dłuuugo i dość nudno wzdłuż morza. Wyjątkowo płasko i miałem też fart, bo początkowo przodoboczny wiatr wkrótce zrobił się tyłoboczny. Jeszcze po drodze nie bez trudu kupiłem benzynę (na kilku stacjach nie chcieli mi sprzedać, bo moja butelka od MSRa jest nie "homologado"! Ale wreszcie się udało, a potem dotarłem do Mataro, gdzie zakup kolacji w Mercadonie (skrzydełka pieczone i gruba fasolka szparagowa, mniam!) i gdzie odbiłem w górki.
Podjazd 300m trochę mnie zmęczył, ale złożyłem to na karb nieprzespanej nocy. Potem trochę falowania i zaraz kemping. Na koniec ostra ścianka po szutrze, a potem... Camping jest privado i nie przyjmuje obcych! Dziwne. Ale jakoś to zdzierżyłem nawet. Więc kilka kilometrów lekko w dół do Sant Celoni, a tam ma być area sosta camper. I nawet była, ale to asfaltowy plac, tylko z kranikiem. No, nie dla mnie. Trudno, jadę do hotelu. Cena na booking 63, na miejscu 60. Drogo, ale nie dramat, biorę.
Pokój klitka i strasznie gorąco, ale jest klima. Dość wolno działa, ale jednak zdołała schłodzić pokój w ok 2 godziny. A w całym hotelu upał, na zewnątrz jeszcze większy, więc fajnie, że się udało. O 22 spać. O dziwo nie padam po zarwanej nocy i jeszcze z pół godziny mija zanim zasypiam. Ale potem już śpię jak zabity, nawet hałasująca tuż obok winda mi nie przeszkadza...
- DST 77.55km
- Teren 0.30km
- Czas 03:43
- VAVG 20.87km/h
- VMAX 49.80km/h
- Temperatura 36.0°C
- HRmax 139
- HRavg 116
- Kalorie 1533kcal
- Podjazdy 593m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Pirenoja, dz. 0
Nocą na lotnisko w Wiedniu. Cisza, spokój, chłodno :-)
Ogłaszam konkurs na nazwę wyprawy!
Hiszpania - Francja - Andora - Hiszpania. Dużo bigów.
Zwycięzcy odbiorę nagrodę pocztą pantoflową.
EDIT: konkurs zakończony, nagrodę otrzymuję ja :p
Ogłaszam konkurs na nazwę wyprawy!
Hiszpania - Francja - Andora - Hiszpania. Dużo bigów.
Zwycięzcy odbiorę nagrodę pocztą pantoflową.
EDIT: konkurs zakończony, nagrodę otrzymuję ja :p
- DST 24.44km
- Czas 01:07
- VAVG 21.89km/h
- VMAX 39.10km/h
- Temperatura 18.0°C
- HRmax 139
- HRavg 109
- Kalorie 399kcal
- Podjazdy 90m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Po mieście Wiedeń
- DST 5.10km
- Czas 00:17
- VAVG 18.00km/h
- VMAX 30.10km/h
- Temperatura 30.0°C
- HRmax 113
- HRavg 104
- Kalorie 118kcal
- Podjazdy 57m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze
Irenental
Klasycznie przez Exelberg, Tulbingerkogel, Siehartskirchen, Irenental i Purkersdorf.
Na koniec myjnia, bo czeka mnie wymiana łożysk suportu, a jak się przyjrzałem rowerowi, to okazało się, że linka przedniej przerzutki się strzępi, więc też do wymiany. Więc ten. Dobrze, ze na wyprawę jadę na innym rowerze :p
Ale za to nieodmiennie jest piękny, its bjutiful! :)
Na koniec myjnia, bo czeka mnie wymiana łożysk suportu, a jak się przyjrzałem rowerowi, to okazało się, że linka przedniej przerzutki się strzępi, więc też do wymiany. Więc ten. Dobrze, ze na wyprawę jadę na innym rowerze :p
Ale za to nieodmiennie jest piękny, its bjutiful! :)
- DST 70.41km
- Czas 02:41
- VAVG 26.24km/h
- VMAX 63.20km/h
- Temperatura 34.0°C
- HRmax 151
- HRavg 126
- Kalorie 1253kcal
- Podjazdy 922m
- Sprzęt Colnago
- Aktywność Jazda na rowerze
Regenerum regeneracyjne rowerum
Stała trasa, a przy okazji sprawdziłem, że wszystko w Surlierze gra i nic nie bucy :)
- DST 15.50km
- Czas 00:44
- VAVG 21.14km/h
- VMAX 41.80km/h
- Temperatura 29.0°C
- HRmax 135
- HRavg 110
- Kalorie 285kcal
- Podjazdy 190m
- Sprzęt Surlier
- Aktywność Jazda na rowerze





















